Społeczeństwo
Репортажі з акцій протестів та мітингів, найважливіші події у фокусі уваги наших журналістів, явища та феномени, які не повинні залишитись непоміченими

List protestacyjny Polek do Premiera, Sejmu, Senatu i Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
25 sierpnia Prezydent RP ogłosił weto do rządowej ustawy, która miała uporządkować ochronę i wsparcie dla rodzin uciekających przed wojną. Ta decyzja i towarzyszący jej język – zapowiedzi warunkowania pomocy dziecku pracą rodzica, wydłużania drogi do obywatelstwa, rozpalania na nowo sporów pamięci – nie są kwestią nastrojów, lecz zimnej kalkulacji politycznej. Uderzają w ukraińskie kobiety-uchodźczynie, w ich dzieci, w osoby starsze i chore; uderzają też w nasze szkoły, lekarzy i samorządy. Zamiast pewności, przynoszą lęk, zamiast spokoju – groźbę rozdzielania rodzin, wtórnej migracji i erozję zaufania do polskiego państwa.
Wyobraźcie sobie, że to Wy jesteście na wojnie w obronie Ojczyzny, a sąsiedni kraj traktuje Wasze żony, matki i córki jak zakładniczki polityki.
Po decyzji Prezydenta w tysiącach domów w całej Polsce nastał szok, rozgoryczenie i poczucie zawodu. Matki, które z dziećmi i chorymi rodzicami uciekły z miast i wsi obróconych w pył, dziś zadają sobie pytanie, gdzie mają teraz uciekać. Kobiety, które wybrały Polskę z miłości i zaufania, czują, że ta miłość nie została odwzajemniona.
Dziecko nie jest martwym zapisem w ustawie, a pomoc na nie przyznawana nie może być dźwignią nacisku na jego matkę. Solidarność nie jest sezonowa, nie jest modą. Jeśli jest prawdą w marcu, musi być nią także w sierpniu. Pamięć nie jest pałką. Państwo, które zamiast leczyć rany historii sięga po łatwe symbole, nie buduje wspólnoty. Państwo nie może być ulicznym teatrem. Poważne państwo wybiera odpowiedzialność, a nie polityczny spektakl: procedury, jasny komunikat, ochronę najsłabszych.
My, polskie kobiety – matki, żony, córki, siostry i babcie – mówimy wprost: nikt w naszym imieniu nie ma prawa stawiać warunków kobietom uciekającym przed wojną. Nie zgadzamy się, by ból i cierpienie ludzi potrzebujących naszego wsparcia przerabiano na paliwo sporów. Nie pozwolimy na niszczenie zaufania, na którym stoi wspólnota. To jest racja stanu i racja sumienia nas wszystkich. To mosty – a nie mury – czynią z sąsiadów sojuszników, a przewidywalne i sprawiedliwe prawo oraz język szacunku wzmacniają bezpieczeństwo Polski bardziej niż populistyczny wrzask z mównicy.
Europa, a więc także my, opowiedziała się za ciągłością ochrony cywilów uciekających przed agresją. Naszym obowiązkiem jest dotrzymać słowa. To oznacza jedno: potwierdzić publicznie, jasno i bez dwuznaczności, że rodziny, które zaufały Polsce, nie obudzą się jutro w prawnej próżni; że dziecko nie będzie karane za to, że rodzic nie ma zatrudnienia; że język władzy nie będzie dzielił ludzi na „swoich” i „obcych”. Dla dziecka i jego samotnej matki prawo ma być tarczą, a nie narzędziem wymuszania na nich lojalności i posłuszeństwa. Polityka ma być służbą, a nie widowiskiem.
Wzywamy Was, którzy stanowicie prawo i reprezentujecie Rzeczpospolitą, do przywrócenia pewności ochrony i odrzucenie słów, które piętnują zamiast chronić. Niech ustawy służą ludziom, a nie politycznym grom. Niech Polska pozostanie domem, w którym matka nie musi pytać: „Dokąd teraz?”, bo odpowiedź zawsze będzie brzmieć: „Zostań w kraju, który dotrzymuje słowa”.
To nie jest spór o prawne technikalia. To pytanie o oblicze Rzeczypospolitej. Czy będzie państwem słowa, którego się dotrzymuje – czy państwem słów rzucanych na wiatr. Czy staniemy po stronie matek i dzieci, czy po stronie strachu.
Jeśli chcesz również podpisać list — do czego zachęcamy — prosimy o wypełnienie poniższego formularza:
https://docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLScjORH_vWb47f4J75se9Yt_zKWfCI7HbLDUaceuvidxxP4Ipg/viewform
Podpisano, polskie kobiety – matki, żony, córki, siostry, babcie:
Abramowicz Marta, pisarka
Adamowicz Anna, diagnostka laboratoryjna, poetka
Aleksowska Dorota
Amirowicz Anna
Andreis Susanna
Andrulewicz Aldona
Animucka Małgorzata matka, babcia, sąsiadka uchodźców, współpracowniczka ngs
Apalkow Anna
Araszkiewicz Agata, Doktora nauk o literaturze, Paryż, Bruksela
Arnold - Kaczanowska Agnieszka, reżyserka, dokumentalistka
Artym Baryła Aneta
Audycka-Szatrawska Tatiana, redaktorka
Augustynek Katarzyna, aktywistka
Badowiec Bogna, lekarka - psychiatra,
Bajda Agnieszka, kustosz
Balcerowicz Ewa, ekonomistka
Banasiak Dorota - psycholożka
Baranowa Anna, historyczka sztuki, krytyczka (również mama i babcia)
Baranowicz Beata
Baranowska Bożena -aktorka, pedagog, reżyser
Barańska Natalia
Barańska-Morzy Dagmara
Barczyk Anna adwokat
Barry Izabela Joanna, bibliotekarka, dziennikarka
Bartczak Agata
Bartkowiak Agnieszka
Bartnikowska Ewa, dziennikarka
Bartosik Ewelina, edukatorka i muzealniczka
Bastek-Balcerek Kasia
Batko-Tołuć Katarzyna, członkini zarządu Fundacji dla Polski, przy której działa Fundusz Obywatelski im. Ludwiki i Henryka Wujców
Bator Ewa, Gdańsk
Bator Ewelina, literaturoznawczyni, Uniwersytet Warszawski
Batorczak Anna
Bauman Beata
Bauman Katarzyna, nauczycielka
Bauman Magdalena
Baumiller Anna -scenografka
Baumiller Joanna - matka, babcia
Baumiller Katarzyna, architektka
Baumritter Anna, psychoterapeuta
Bażyńska Joanna Właścicielka wydawnictwa Poradnia K
Bączyńska Anna matka, nauczycielka, Polka, Europejka, kobieta
Bednarczyk-Krzyżowska Dominika, aktorka Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Bednarek Michalina, dziennikarka Gazety Wyborczej
Berdowska Joanna
Biała Alicja, artystka Ok
Białasiewicz Renata córka, matka, wdowa
Bielas Katarzyna, dziennikarka
Bielska Magdalena, działaczka społeczna
Bierońska - Lach Beata, dyrektorka Ukraina! Festiwal Filmowy
Bieryłło-Białobrzeska Donata
Bilik Justyna, scenarzystka
Bińczak Halina, dziennikarka
Bińka Anna, Stowarzyszenie „Pracownia Etnograficzna"
Błaszczak-Banasiak Anna - prawniczka na rzecz praw człowieka.
Błaszczyk-Warchoł Ewa, społeczniczka prawoczłowiecza
Błońska Agnieszka, reżyserka
Bochenska Anna, rencistka - polska emigrantka mieszkająca w Kanadzie
Bochińska Antonina, przedsiębiorczyni
Bogaczyk Martyna, działaczka pozarządowa, Fundacji Edukacja dla Demokracji
Bogdan Ewa
Bogdanowicz Milena radca prawna
Bogobowicz Anna
Bogucka Julia
Bogucka Lityńska Elżbieta, wdowa po Janie Lityńskim
Bogucka Teresa
Bogucka-Sakowicz Joanna, mgr filologii polskiej, neurologopeda
Boguslavska Julia, prezeska Fundacji Ukrainka w Polsce
Borkiewicz Agnieszka, germanistka, animatorka kulturalna, psycholożka
Borowiec Magdalena, psycholog, matką 3 dzieci.
Borowska Beata
Borzyszkowska Weronika
Bosacka Katarzyna, dziennikarka telewizyjna
Brasławska Anna
Brunty Agata
Brzostowska Anna
Brzozowska Lidia, emerytka
Budzyńska Natalia, pisarka
Bujan-Żmuda Elżbieta, nauczycielka
Buncler Anna, Uniwersytet Warszawski
Bunio-Mroczek Paulina, socjolożka, UŁ
Burnat Kalina, mama, neurobiolożka
Büthner-Zawadzka Małgorzata
Butrymowicz Justyna, aktywistka
Byłów Katarzyna
Capińska Ewa
Chamienia Katarzyna nauczycielka i aktywistka
Chantry Maria Uniwersytet Wrocławski
Chenczke Natalia
Chęć Anna- Fundacja Świat w Naszych Rękach
Chimiak Julia, mama, edukatorka, tłumaczka
Chmielewska Bogna pedagoga, Warszawa
Chmielewska Grażyna historyk
Chmielewska-Szlajfer Helena
Chruślicka Barbara
Chrzczonowicz Magdalena, redaktorka naczelna OKO.press
Chutnik Sylwia, pisarka
Chwedorczuk Sylwia, pisarka
Chylak Anna
Chylińska Maria
Chyrowicz Urszula
Ciepłucha J. Joanna
Cobel-Tokarska Marta
Colombier Elżbieta
Concejo Joanna
Connor Marta
Cronin Magdalena
Cwiach Lucyna
Cyran- Juraszek Karolina, matka, działaczka społeczna, trenerka i doradczyni organizacji pozarządowych
Czarnacka Agata, filozofka polityki
Czarnkowska-Listoś Renata, Producentka filmowa, działaczka społeczna, liderka Inicjatywy Kobiety Filmu
Czarnota Anna
Czech-Pokorska Monika
Czechmanowska Danuta
Czeredercka Agnieszka, Ogólnopolski Strajk Kobiet
Czerska - Thomas Joanna, Radna Rady Miasta Bydgoszczy
Częścik Anna
Czuba Beata (wykładowczyni, matka, obywatelka)
Czudec Joanna, tłumaczka
Czwarnóg Kalina, członkini zarządu Fundacji Ocalenie
Czyż Magdalena, prezeska Fundacja Demokracja
Dagmara Siadlak Kinga, Wiceprezeska Fundacji Aktywna Demokracja
Danielewicz Justyna Matka, Polka, której los innych ludzi nie jest obojętny.
Darska Bernadetta, literaturoznawczyni, krytyczka literacka
Daszkiewicz Ewa
Dąbrowska Anna, prezeska Homo Faber
Dąbrowska Justyna, psychoterapeutka, pisarka, wieloletnia redaktor naczelna miesięcznika “Dziecko”
Dąbrowska Krystyna, poetka
Dąbrowska Paula
Dąbrowska-Kuchna Monika
de Barbaro Natalia
Deja Agnieszka, socjolożka, wolontariuszka, Laureatka I edycji Nagrody Portrety Siostrzeństwa
Dembińska Róża
Dembska-Pierzchała Zofia
Demska-Olbrychska Krystyna
Dereniowska Kinga, dziennikarka
Dębska Kinga, reżyserka filmowa, scenarzystka
Diaczuk Teresa nauczycielka
Diduszko-Zyglewska Agata
Dimitrova Cveta, psychoterapeutka
Dmochowska Katarzyna Kobieta
Dobrowolska Izabela - redaktorka, graficzka
Dodziuk Anna opozycjonistka antykomunistyczna
Dolatkowska Aleksandra
Domagała Justyna
Domańska Julia, studentka AMUZ Łódź
Dowjat Danuta, tłumaczka
Dranikowska Anna, SNRSS
Duczmal Iwona, artystka
Duda-Olechowska Edyta, scenarzystka
Dudek Anna, dziennikarka
Dudzińska Agnieszka, Uniwersytet Warszawski
Duniewicz Anna, aktywistka, Inicjatywa “Nasz Rzecznik”, Inicjatywa obywatelska “Chcemy całego życia!”
Duralska Hanna
Duriasz-Bułhak Justyna – pracowniczka organizacji pozarządowej
Dwilińska Katarzyna, programistka, klientka i sąsiadka Ukrainek w Polsce
Dyduch Agnieszka Lekarz psychiatra
Dymecka-Michalska Agnieszka
Dziechciarz Anna, nauczycielka
Dziekan Monika
Dzienniak-Pulina Daniela, wykładowczyni, socjolożka
Dzierzgowska Anna Natalia, nauczycielka, tłumaczka
Dzik- Makara Katarzyna
Dziubandowska Aleksandra
Dźwigoń Agnieszk,- zwykła Połka
Dżabagina Anna, naukowczyni, historyczka literatury
Dżon-Ozimek Beata, dziennikarka
Eichler Maria , dziennikarka w lokalnej gazecie
Ejme Agnieszka
Elbert Renata
Emilia Gołos
Engelking Anna, profesor Instytutu Slawistyki PAN
Ewart Ewa, dziennikarka, reżyserka filmów dokumentalnych
Falkowska Małgorzata, prywatna działalność gospodarcza (konsultant)
Farynowska Małgorzata, Obywatele RP
Fedas Anna , koordynatorka projektów międzynarodowych w organizacjach społecznych
Federowicz Hanna
Fiałkowska Kamila, Uniwersytet Warszawski
Fiedler Milenia, rektorka Szkoły Filmowej w Łodzi
Fiedorczuk Julia, pisarka, prof. UW
Fijuth-Dudek Agata, medioznawczyni
Filipkowska Monika , prawniczka, aktywistka
Filippowicz Maria, emerytka, świecka szkoła
Florianczyk Zofia
Fomina Joanna, socjolożka, prof. IFiS PAN
Foryś Agnieszka, praktyczka edukacji kulturalnej, autorka ""Blisko tekstu""
Frenkiel Monika
Fryczkowska Anna, pisarka
Fus Lena
Gabała Dorota
Gabryl Ewa
Gach Katarzyna
Gajowniczek-Pruszyńska Katarzyna, adw. dr
Gałązka Alina
Gałczyńska Alicja
Ganowicz Joanna
Ganowicz Maria, polonistka, agent ubezpieczeniowy
Gańczarczyk Iga, dramaturżka, wykładowczyni AST
Gańczarczyk Maja, tłumaczka, promotorka literatury
Gardapkhadze Katarzyna
Gawron Natalia
Gądek Anna, artystka wizualna, rzemieślniczka teatralna
Genow Magdalena pisarka
Geppert Beata, tłumaczka
Giejsztowt-Rzewuska Aleksandra
Gierak-Onoszko Joanna, pisarka
Gierat-Bieron Bożena
Gintowt Katarzyna malarka, matka i babcia
Glosowitz Monika, UŚ, badaczka, działaczka, mama
Głowacka Anna sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie w stanie spoczynku.
Głowacka Anna, sędzia SO w Krakowie w stanie spoczynku
Głuska-Durenkamp Monika, dziennikarka
Gmiterek Wiesława, emerytowana bibliotekarka
Gmiterek-Zabłocka Anna, dziennikarka
Gnacikowska Wioletta
Goerke Natasza, pisarka
Golczyńska Anna
Golczyńska Grondas Agnieszka ,prof. UŁ
Gołąb Gabriela Maria
Gołębiowka Monika
Gołota Małgorzata, dziennikarka, reportażystka
Gorczyńska Małgorzata, UWr
Gorzecka Małgorzata
Górecka-Granat Katarzyna
Górniak-Dzioba Daria, radca prawny
Grabowska Jolanta Fundacja Nienieodpowiedzialni
Grabowsks-Urbaniak Barbara Matka i babcia, dziennikarka i tlumaczka
Graczyk Alicja opozycja uliczna
Grad-Mizgała Anna, aktywistka, działaczka społeczna, Radna Miasta Przemyśla
Gralak Michalina
Gregorczyk-Abram Sylwia, adwokatka, obrończyni praw człowieka
Gren Aleksandra
Grędzka Beata
Grochowiak Anetta
Grochowska Agnieszka Polka, córka, matka
Grochowska Ewa, muzyk, edukatorka, doktorka nauk humanistycznych
Grodzka Joanna
Grunwald Barbara, emerytka
Grygier-Kołodziejczyk Stefania - emerytowana filolożka polonistka
Grzegrzółka-Jóźwiak Beata
Grzelak-Sarnowicz Halina
Grzeszkiewicz-Radulska Katarzyna obywatelka
Grzybek-Osowska Joanna
Grzywacz Marta dziennikarka, autorka książek non-fiction
Gutowska-Ibbs Maria
Gutry-Bulik Dorta - matka, nauczycielka
Guzek Anna, człowiek, jako kobieta, matka (adopcyjna) a także jako prezeska Fundacji Wsparcia i Rozwoju Rodziny "Zielone Wzgórze"
Guzik Dorota
Guzińska Karolina
Gwiazda-Kulig Danuta
Gworek Paulina
Halfar-Bartz Anna
Halicka Katarzyna, Fundacja Mili Ludzie,
Harris Iwona
Hartwińska Aldona, dziennikarka, wolontariuszka,
Hasiak Joanna, prawniczka, przedsiębiorczyni, matka
Helander Joanna, pisarka, fotografka, tłumaczka
Hemmerling Katarzyna, socjolożka, przedsiębiorczyni
Henzler Marta, Stowarzyszenie BORIS
Hereta Jadwiga, dziennikarka Tygodnika Zamojskiego, wolontariuszka
Herun Wiktoria, Urząd Miasta Lublin
Hirna-Budka Magdalena, lingwistka, aktywistka pracownicza, wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego
Hirszfeld Aleksandra, Entuzjastki World
Hnatiuk Ola, prof. em., Uniwersytet Warszawski
Hoffman Ela
Holland Agnieszka, reżyserka filmowa
Hołoweńko Elżbieta, plastyczka, edukatorka grup senioralnych w MSN
Homel-Ficenes Kseniya, socjolożka, Uniwersytet Warszawski
Hordy Mirosława
Hryniszyn Bogna, Dyrektorka Biura Doskonałości Naukowej PAN
Hulii Marina, dziennikarka
Huszaluk Sylwia
Hybowska Małgorzata
Ilska Agata
Iwańska Martyna, reżyserka
Jabłońska Ela
Jabłońska-Biedka Ewa, matka, babcia
Jackiewicz Jolanta, Stowarzyszenia Śląskie Perły
Jagodzińska Ewa
Jaklewicz Karolina, artystka, wykładowczyni Politechniki Wrocławskiej
Jakóbik Irena, emerytka
Jakubek-Lalik Jowanka, UW
Jakubowicz-Mount Tanna psychoterapeutka
Jamroziak Emilia, Poznań
Janas Kinga
Janawa-Fyda Małgorzata
Janc Renata
Janczewska Maria Danuta, emerytowana nauczycielka,
Janda Krystyna, aktorka
Janiak Dorota
Janicka Katarzyna
Janikowska Ingeborga, ekspertka ds. wspierania organizacji społecznych
Janin Zuzanna, artystka sztuk wizualnych
Janiszek Ewa
Janiszewska Anna
Jankiewicz Zofia
Jankowska Hanna tłumaczka
Jankowska Renata
Janowicz-Urbaniak Hanna, psycholog
Janowska Renata
Jaroć Danuta
Jarosik Wanda
Jaroszyńska Barbara - nauczycielka
Jasikowska Joanna
Jasionowska Ola, graficzka
Jaworska-Róg Ingeborga, redaktorka
Jesis-Polewska Joanna, prezes Zarządu
Joanna Helander, pisarka, fotografka, tłumaczka
Jończyk Joanna, emerytowana nauczycielka
Jung Leokadia, aktywistka
Jurasz Ewelina, dyrektorka Biura Wystaw Artystycznych w Krośnie, mama
Jurasz Izabela
Justa Aleksandra, aktorka
Kabara-Dziadosz Marta
Kacprzak Karolina, redaktorka
Kacprzyk Anna, psycholożka
Kaczkowska Katarzyna, urzędniczka
Kaczmarek Monika, farmaceutka
Kaczmarek-Śliwińska Monika, prof. UW, naukowczyni
Kaczyńska Diana, przedsiębiorczynia, aktywistka, mentorka
Kalarus Kinga, nauczycielka
Kalina Ochędzan Justyna
Kalmus Bożena
Kamińska Aneta, poetka, tłumaczka poezji ukraińskiej
Kamińska Anna
Kamińska Anna, aktywistka
Kamińska-Maurugeon Magdalena, tłumaczka
Kantorowska Aleksandra
Karasinska Aleksandra ,dziennikarka i aktywistka feministyczna
Karniol Joanna, adwokatka
Karoń Aleksandra, malarka
Karwan-Makosch Patrycja, psychoterapeutka
Kasia Katarzyna, dziennikarka
Kasica Katarzyna, reżyserka
Kasica Patrycja, adwokatka, aktywistka na rzecz poprawy równości płci
Kasperska Joanna, aktorka, społecznik
Kawa Jolanta, prezeska Fundacji Geremka
Kaźmierczak Marta
Kądziela Katarzyna feministka, matka, babcia, emerytka
Kąkol Maria
Keller-Hamela Maria
Kennedy Agnieszka, promotorka kultury i menedżerka artystów
Kertyczak Natalia, członkini zarządu Fundacji Edukacja dla Demokracji
Kicińska Magdalena, dziennikarka
Kietlinska Kasia
Kijak Teresa
Kijak Ula, reżyserka
Kijowska Olena
Kim Renata, dziennikarka
Kindler Marta, socjolożka, Uniwersytet Warszawski
Kirschke Marina, inżynier
Kisłowska Aleksandra Matka, babcia, córka, teściowa, emerytka.
Kisza Sonia pisarka
Kleczewska Maja
Kleczkowska Ewa
Klemczak Aleksandra była nauczycielka z Poznania
Klemensowicz Magdalena, Polka, kobieta, przyzwoity zwyczajny człowiek
Klich Aleksandra, redaktorka, pisarka, menedżerka kultury
Klich-Kluczewska Barbara, historyczka, UJ
Klimaszewska Ada , aktywistka, Różowa Skrzyneczka
Klimkiewicz Jolanta
Kloczkowska Milena, prawniczka, członkini zarządu Stowarzyszenia Homo Faber
Kluczewska Agata, działaczka na rzecz praw człowieka
Knyt Agnieszka matka
Kobierowska-Dębiec Dorota - polonistka na emeryturze
Kocejko Magdalena, socjolożka i polityczka społeczna
Kochnowicz-Kann Anna, pisarka, publicystka, dokumentalistka
Koczanowicz Dorota , Wydział Nauk Historycznych i Pedagogicznych
Kolankowska Małgorzata, akademiczka
Kolwas Krystyna
Kołodziej Joanna, nauczycielka
Kołodziejczyk Kaya - artystka choreografka
Kołtunowicz Anna, Fundacja Agory
Komorowska Anna, pierwsza dama Rzeczpospolitej Polskiej w latach 2010-2015,
Komorowska Maja, aktorka
Kondratowicz Marzanna, restauratorka
Kopeć Dorota emerytka, babcia
Kopeć-Kubit Magdalena, redaktorka, matka dwóch córek
Kopka-Piątek Małgorzata, prezeska stowarzyszenia FemGlobal. Kobiety w polityce międzynarodowej
Kopycińska Helena Komitet Obrony Demokracji
Kordeusz-Zegadłowicz Elżbieta, psycholog, Kraków
Korolczuk Elżbieta, prof UW
Kosecka Karolina, dramaterapeutka, aktywistka w ruchu protestującym „2119”
Kosecka Katarzyna
Kosik Wiesława
Kosińska Bożena
Kosińska Iwona
Kospin Jolanta
Kossowska Barbara, matka, babcia
Kowalcze-Pawlik Anna, nauczycielka akademicka, literaturoznawczyni, tłumaczka, matka trójki dzieci
Kowalczyk Anna
Kowalczyk Dorota, lekarka
Kowalczyk Eliza, kobieta, matka czwórki dzieci, psychotraumatolożka i ratowniczka
Kowalska Beata, prof. UJ
Kowalska Sylwia, społeczniczka, Fundacja Autism Team, Iniacjatywa Chcemy Całego Życia
Kozioł Jolanta
Kozłowska Magdalena, wykładowczyni UW
Koźniewska Ewa, profesor, naukowczyni
Kraińska Agnieszka edukatorka, liderka dialogu
Krajczyńska Mirosława
Krakowska Katarzyna, doktorantka, Szkoła Doktorska Nauk Społecznych Uniwersytet Łódzki
Krassowska Modlinger Elżbieta, graficzka komputerowa, działaczka społeczna
Krawczenko Elena
Krawczyk Joanna, Dyrektorka CORRECTIVE.Europe
Krawczyk Maria, psychoterapeutka, redaktorka
Krawczyk Monika
Król Anna nauczycielka
Kruczyńska Marta
Krupa Iwona, mam 70 lat i niezgodę w sobie dla polityki siły
Krych Maja
Krych Melania, reżyserka i aktywistka
Krynicka Krystyna
Krynicka Natalia
Krynska Katarzyna
Krysztofik Olga kobieta
Krzempek Kornelia
Krzyształowicz-Posyłek Anita
Krzyżanowska - Mierzewska Magda, radca prawna, Gdańsk
Kubiak Katarzyna, tłumaczka
Kubicius Natalia
Kubicka Agata
Kucharska-Dziedzic Anita Posłanka na Sejm RP X kadencji, wiceprzewodnicząca Koalicyjnego Klubu Parlamentarnego Lewicy
Kuciel-Frydryszak Joanna
Kuczyńska Irena, dziennikarka, blogerka, emerytowana nauczycielka
Kufel Monika, prezes Fundacji Dziesięciu Talentów na rzecz Teatru BARAKAH, aktorka, scenograf
Kuik Kama, artystka i edukatorka
Kulakowska-Mróz Magda, opozycjonistka, malarka, mama i babcia
Kulczyk Dominika
Kuligowska Danuta, Gazeta Wyborcza
Kułakowska Aleksandra, scenarzystka i reżyserka filmowa
Kuntze Paulina, pracowniczka humanitarna
Kuroń Danuta
Kurowska Anna
Kurowska Kornelia, Fundacja BORUSSIA
Kurz Iwona, kulturoznawczyni, Uniwersytet Warszawski
Kusińska Barbara
Kusińska-Źrebiec Aleksandra
Kustra Hanna Fundacja Ogólnopolski Strajk Kobiet, przewodnicząca Rybnickiej Rady Kobiet
Kuśnierz Bogna, aktywistka obywatelska
Kuzka Julia
Kwaśniewska Jolanta, pierwsza dama Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1995-2005
Kwiatkowska Anna, redaktorka "Gazety Wyborczej"
Kwiatkowska Marta, prawniczka
Kwiatkowska- Jabłońska Krystyna, prezes Zarządu Fundacji im. Ireny Kwiatkowskiej
Kwiatkowska-Ratajczak Maria, polonistka, UAM w Poznaniu
Kwiecińska Elżbieta, adiunkt, Instytut Slawistyki PAN
Kwiecińska Maria, matka trójki dzieci i babka ośmiorga wnucząt
Lach Dyba, dokumentalistka
Lalak-Szawiel Lidia
Landsberg Ewa
Larenta Anna - nauczycielka
Laskowska Jolanta, edukatorka
Laskowska Marzena
Lasota-Sirghi Aleksandra
Lech Kasia, Associate Professor, Uniwersytet Amsterdamski
Lech-Krawczyk Małgorzata
Legczylina Olga
Lemańska Anna, filozof, emerytowana profesor Wydziału Filozofii Chrześcijańskiej Akademii Teologii Katolickiej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego
Lempart Marta, Ogólnopolski Strajk Kobiet
Lesiak Magda, aktywistka, Komitet Obrony Demokracji
Lesiak Zuzanna, aktywistka
Lesińska Kawa Anna Warszawa Bemowo
Leszczyńska Katarzyna, tłumaczka, prezeska Stowarzyszenia na Rzecz Dialogu Tropinka
Leszczyńska Magdalena
Leśniak Danuta ,emerytka z Gorzowa Wielkopolskiego
Lewandowicz Anna
Lewandowska Agata, wykładowczyni UAM
Lewandowska Katarzyna, akademiczka, kuratorka , aktywistka
Lewandowska-Jagiełło Anna
Lewicka Ewa
Lewko Grażyna psycholog
Linde-Usiekniewicz Jadwiga, UW.
Lipczak Aleksandra, reporterka, pisarka
Lipmann Małgorzata, aktorka, wykładowczyni.
Lipska Elżbieta - lekarka, ratowniczka, pisarka
Lipska Izabelle
Lis Renata - pisarka
Lis-Owczarek Anna
Lisowska Katarzyna dr, literaturoznawczyni (Uniwersytet Wrocławski)
Litwinowicz Małgorzata, profesorka UW
Luberadzka-Gruca Joanna, Fundacja Polki Mogą Wszystko
Lubiniecka-Różyło Katarzyna, radna Sejmiku Województwa Dolnośląskiego
Lubińska Monika, pisarka, doktorka nauk humanistycznych
Lubowska Anna, mentorka Liderek
Lutostańska Agnieszka
Łabno-Hajduk Kamila biografka
Łach Emi, artystka
Łagowska Justyna, scenografka, reżyserka
Ławrynow Daria
Łazar Anna
Łazarkiewicz Magdalena, reżyserka
Łazowska Barbara
Łazowska Dorota
Łętowska Ewa, prof., była rzecznik praw obywatelskich
Łojkowska Ewa, Akademiczka Uniwersytet Gdański
Łozińska Agnieszka
Łozińska Kinga, Komitet Obrony Demokracji
Łuczyńska Ewa, przewodniczką, Warszawa
Łukaszewska Honorata
Łyczakowska Krystyna, architekt
Łyżwa-Sokół Beata, fotoedytorka Sestry.eu, kierowniczka działu wystaw DSH
Machińska Hanna, doktor nauk prawnych, była zastępczyni rzecznika praw obywatelskich
Maciejaszek Karolina, reżyserka, wykładowczyni Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, Filii we Wrocławiu
Maciejewska-Mroczek Ewa, antropolożka, badaczka dzieciństwa
Macioszek Ivka, aktywistka
Magnuszewska Wiktoria, LexQ
Maj-Stachyra Elżbieta
Majchrzak Jadwiga
Majczyk Joanna, akademiczka, PWr
Majewska Betty, iberystka, nauczycielka w LO
Majewska-Cieśla Elżbieta, mama i babcia, nauczycielka i aktywistka
Majorowska Magdalena
Makarewicz Irena
Makowiecka-Pastusiak Agnieszka , psychoanalityczka
Malinowska Maria, Krasiczyn
Malinowska Maryla
Maliszewska-Mazek Joanna
Maloy Paulina, kierowniczka Wspólnego Sekretariatu Interreg Polska-Saksonia
Małaszuk Monika
Małecka Urszula
Małgorzata Komorkowska
Mańkowska Ewa
Marczewska Marzena, wykładowczyni Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach
Marek Małgorzata
Markiewicz Dorota
Markowska Sylwia
Materska -Sosnowska Anna, UW, Fundacja Batorego
Maziarska Anna, aktywistka, członkini Rady Stowarzyszenia Kongres Kobiet, współprzewodnicząca Warszawskiej Rady Kobiet
Maziuk Anna, pisarka, reporterka
Mazur Elżbieta
Mazur Maria, Rektor Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie
Mazur-Wierzańska Elżbieta
Mazuś Marta, reporterka
Mechelewska-Gryz Jolanta
Medwedowska Maryla
Mendyk Agata, nauczycielka
Męcfal Sylwia
Mędza Patrycja, zastępca Dyrektora ds. Finansowych i Administracyjnych
Mękarska Anna
Mękarska Ewa
Michalik Monika
Michałowska Joanna
Michałowska Katarzyna
Miecznikowska Hanna psychoterapeutka
Miedzińska Anna, aktywistka ruchu Obywatele RP. przedsiębiorczyni
Mierzyńska Anna, analityczka, OKO.press
Mieszczak Natalia
Mieścicka-Lidderdale Anna, tłumaczka
Milczewska Anna
Milczewska Anna
Mirkes-Radziwon Anna, redaktorka, przewodnicząca stowarzyszenia Memoriał Polska
Mironowicz Izabela, urbanistka
Mirowska Weronika - prezeska Fundacji Grand Press
Miś-Skrzypczak Joanna
Miśkurka-Schoeneich Danuta
Modrzejewska Jadwiga (Jagoda)
Modzelewska-Kossowska Ewa, psychoanalityczka
Molenda Alicja Magdalena aktywistka ogólnopolski Strajk Kobiet
Molęda-Zdziech Małgorzata, prof.SGH
Molęda-Zdziech Małgorzata, socjolożka i politolożka
Mołoniewicz Katarzyna
Morawska Katarzyna, mama, aktywistka, siostra
Moroń Joanna
Mosiej Joanna, redaktorka naczelna Sestry.eu
Mosingiewicz Elżbieta, emerytka
Moskal Anna, aktorka, wykładowczyni
Moszczyńska Urszula
Mrowińska Agnieszka
Mróz Ewa
Mruk Krystyna, emerytka
Mucha Romana, prezeska Fundacja Miejsce na Ziemi
Mularczyk Anna
Murek Weronika, pisarka
Musiał Magdalena
Musielak Maria - emerytowana nauczycielka
Muskała Gabriela - aktorka, dramatopisarka, scenarzystka i reżyserka
Muskała Monika, pisarka
Nagańska-Pilak Małgorzata
Nalepka Dorota, biolożka, emerita
Narkiewicz Ewa, konserwatorka dzieł sztuki
Nawrocka-Olejniczak Paulina, dziennikarka
Nawrot Anna
Niburska Agnieszka, menedżerka kultury i komunikacji
Niedenthal Karolina, tłumaczka
Niedźwiecka Monika nauczycielka, aktywistka
Niedźwiedź Anna, etnografka/antropolożka kulturowa
Niemczuk-Kobosko Magdalena, mama, córka, wychowawczyni, nauczycielka, joginka, Polka i Europejka
Niewiadomska Magdalena, bibliotekarz akademicki, tłumaczka
Niewiera Elwira, reżyserka filmowa i wolontariuszka
Niżegorodcew Anna, em. prof. UJ anglistka
Nocuń Agata
Nowacka Agnieszka
Nowak Aleksandra
Nowak Alicja, prof. UJ
Nowak Dorota, redaktorka
Nowak Jadwiga
Nowak Marta, dziennikarka
Nowicka-Daniel Teresa
Noworól Maria, architektka
Nygren Dorota, dziennikarka, redaktorka
Obrocka-Ratajczak Iwona
Ochojska Janina
Ohia-Nowak Margaret
Olczak Joanna animatorka kultury. kobieta. człowiek
Olech Joanna , pisarka
Olejnik Monika, dziennikarka
Olszewska Danuta, matematyk, redaktor
Olszewska Solange
Omąkowska Iwona
Oponowicz Karolina, redaktorka naczelna Wydawnictwa Agora dla dzieci
Orłowska Aga, nauczycielka matematyki, złotniczka
Orłowska Anna, psychoterapeuta
Orłowska Gabriela
Osińska Paulina, tłumaczka audiowizualna
Osipiak Beata, farmaceutka, emerytka
Osmólska Elżbieta
Osmólska-Mętrak Anna, tłumaczka
Ostrowska Alicja socjolożka, emerytka, mama
Ostrowska Ewa
Ostrowska Joanna, Instytut Kulturoznawstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu
Ostrożańska Dorra , trenerka biznesu, mentorka, feministka i herstoryczka
Osuch Kinga, położna
Owczarek Aleksandra
Owczarek Hanna
Owczarek-Staśkiewicz Katarzyna, Równoważnia
Pacewicz Alicja, ekspertka edukacyjna, sieć SOS dla Edukacji
Palińska Beata, nauczycielka
Palińska Michalina, psycholożka
Pańków-Tomczak Sylwia, jako matka-Polka trójki dzieci empatyzuję z ukraińskimi uchodźczyniami i uchodźcami.
Papierska Barbara
Paprota Małgorzata
Pasierska Agnieszka, graficzka
Pasikowska Anna nauczycielka
Paś Zofia, studentka
Pawlikowska Anna, Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej
Pawlukiewicz Tomecka Anna
Pawłowska Katarzyna, dziennikarka, redaktorka
Pecul-Kudelska Magdalena, chemiczka, Obywatele RP
Petelenz Barbara, chemik, emerytka, wolontariuszka
Petrajtis-O'Neill Elżbieta, Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita, tłumaczka
Petrusewicz Marta
Petrykowska Aleksandra, radczyni prawna, doktorantka i założycielka Fundacji Od Granicy do Mieszkania
Pęcikiewicz Monika, reżyserka
Pękalska Justyna, biolog, cytogenetyk. Kobieta, której nie jest obojętne jak Prezydent i rząd wypełniają swoje obowiązki
Pękalska Marta, bibliotekarz
Pękała Jolanta, społecznik, rodzina zastępcza, radna
Piasecka Ewa
Piasecka-Nieć Olga, Fundacja Kocham Dębniki
Piątek Maria, artystka wizualna i wykładowczyni uniwersytecka
Piechocińska Agnieszka, psycholog
Pieciul Monika
Piekarska Agnieszka
Pierończyk Karolina
Piersa Wanda
Pierzak Agnieszka, obywatelka, manager w sektorze finansów
Pietraszun Marta, terapeutka zajęciowa
Pietruszczak Basia, edukatorka i autorka
Pilawska Ewa, dyrektorka Teatru Powszechnego w Łodzi, dyrektorka artystyczna Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych
Pilecka-Różycka Beata
Pilska Magdalena
Piotrowska Anita, krytyczka filmowa, "Tygodnik Powszechny"
Piotrowska Joanna, prezeska fundacji Feminoteka
Piotrowska-Marchewa Monika, Instytut Historyczny UWr
Piotrowski Helena, adwokat niewykonujący zawodu
Pirogowska Ewa, wykładowca UAM, matka czworga dzieci
Plaga-Głowacka Viola, artystka, aktywistka
Plawgo Małgorzata, psycholożka, redaktorka
Pluta Karolina pedagożka teatru, artystka społeczna
Pluta Nina, iberystka
Plutecka Małgorzata
Płachtij Pamela, scenarzystka
Podczerwińska Marta, mama trójki dzieci
Podgórna Katarzyna
Podgórska Beata
Podkowinska Marzena
Podleśna Elżbieta, psycholożka, aktywistka
Podołowska Agnieszka
Polak Ewa
Polets-Gerus Iryna, zakład Studiów Polsko-Ukraińskich, Uniwersytet Jagielloński
Połtowicz-Bobak Marta, archeolożka IA UR, uczestniczka ruchu Obywatele RP, członkini zarządu Stowarzyszenia Folkowisko
Popko Joanna, aktywistka, matka
Porada-Labuda Małgorzata, była dziennikarka
Porębska Agnieszka Maria nauczycielka języka angielskiego, szkoła językowa Kliny English Courses
Porębska Agnieszka Maria, nauczycielka języka angielskiego
Porębska Teresa Małgorzata dr nauk humanist., emeryt. wykł. UJ, Wydz. Filozof.
Poszelężna Katarzyna
Poszepczyńska Agnieszka, nauczycielka plastyki w Szkole Podstawowej nr 11 w Warszawie
Potempa Dominika
Potępa Anna
Potocka Masza
Prajs Aleksandra, emerytka
Praszałowicz Dorota, Instytut Amerykanistyki i Studiów Polonijnych, Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych
Preizner Joanna, wykładowczyni akademicka
Prekiel Manuela, Balonik Klub Dziecięcy Montessori, działaczka społeczna, prezeska Fundacji Przestrzeń dla Rozwoju, oraz współzałożycielka Stowarzyszenia Niepublicznych Żłobków Klubów Dziecięcych i Opiekunów Dziennych DIALOG
Prochwicz Marta
Prokesz Katarzyna, mama
Prot-Klinger Katarzyna, psychiatrka, psychoterapeutka
Pruchniewska Agata, aktorka, pisarka
Prusinowska Magdalena
Pruszyńska Agnieszka
Przegalinska-Gorączkowska Małgorzata, emerytowany nauczyciel akademicki
Przepiórkowska Danuta, tłumaczka, socjolożka
Przepiórska Agnieszka, aktorka
Przyborska Katarzyna
Przybylska Małgorzata E.
Przychodniak Maria
Przychodzeń Dominika, aktywistka
Przyłucka Marcelina
Przywara Danuta, Fundacja Helsińska
Puacz Aleksandra
Pugacewicz-Kowalska Iwona
Pustuła-Lewicka Hanna
Puto Kaja, redaktorka naczelna krytykapolityczna.pl
Pytel Ewelina, aktywistka
Quoos Maria , dyrygent
Raczkiewicz Anna
Raczyńska Ewa , p.o. redaktor naczelnej Onet Lifestyle
Radecka Aniela
Radek Patrycja
Radomińska Justyna
Radulska Michalina
Radziwiłł Katarzyna, wydawczyni
Rakiel-Czarnecka Walentyna
Rancew-Sikora Dorota, socjolożka, naukowczyni i nauczycielka akademicka
Ratajczak Magdalena
Ratajczak Marika
Reichardt Iwona, zastępczyni redaktora naczelnego New Eastern Europe
Reiter Paulina, redaktorka Wysokich Obcasów
Rejniak-Majewska Agnieszka, badaczka, tłumaczka
Rembacka Katarzyna, historyczka i edukatorka
Rembiałkowska Agnieszka, nauczycielka, tłumaczka
Rey-Radlińska Marta
Rochowska Katarzyna
Roczniak Dorota
Rodak Justyna, nauczycielka
Rodowicz Agnieszka, reporterka
Rodowicz Izabella
Rogala Ewa
Rogalska Karolina, dziennikarka
Rogucka Jagoda, emerytka
Rokosz Katarzyna
Roman-Rawska Katarzyna, badaczka, pisarka
Romanowska Małgorzata, aktywistka, specjalistka ds. innowacji społecznych
Romanyshyn Nadija, emeryt
Romer Małgorzata, obywatelka RP
Rosa Małgorzata nauczycielka
Rosenau Alicja, tłumaczka
Rosnowska Malgorzata
Rosochacka Henryka Pracująca seniorka, wyższe maedyczne
Rospek Beata
Rostafińska-Hagemejer Anna
Rotfeld Alicja
Rottenberg Anda
Roux-Biejat Ewa
Rowicka Lena - Dziennik Płocki
Rozwód Karolina
Rubin Tamara
Rudniańska Joanna, pisarka.
Rudzisz Bożena, Warszawa
Rudzka Zyta, pisarka
Rusin Joanna z Rzeszowa
Ruszkowska Marta, ilustratorka
Ruszpel Maja, specjalista psychoterapii uzależnień
Rut-Ratajczak Marta, matka
Ruttmar Sonia
Rybka Koch Daria, terapeutka par i rodzin, nauczycielka
Ryll Maria, doula
Ryłow Anna, urzędnik sądowy
Rzączyńska Joanna, aktorka, mama
Rzeplińska Róża
Rzeszewska Agata
Rzeźnik Krystyna
Rzeźnikowska Anna
Rzonca Agnieszka, redaktorka
Sabała Olga
Sacha Magdalena, wykładowczyni i tłumaczka
Sadowska Agnieszka, fotoreporter
Sadowska Lilla, redaktor naczelny portalu LCA.PL
Sadowska Małgorzata, dyrektorka artystyczna festiwalu Nowe Horyzonty.
Sadowska Sylwia Kobieta, matka
Sadurska Barbara
Sajkiewicz-Kręt Małgorzata, matka trójki dzieci
Salach Agnieszka
Salak Joanna
Salonek Beata, dyrektorka biura w Instytucie Rozwoju Spraw Społecznych
Samsel Anna
Samsel-Czerniawska Elżbieta, dziennikarka.
Samsonowska Katarzyna
Sankari Nina, wiceprezeska Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego
Sankowska-Borman Maria, adwokatka, aktywistka
Sarapata Marta
Sarnecka Elżbieta, emerytka
Sarnecka Joanna, Fundacja na Rzecz Kultury "Walizka" i Grupa Granica
Sasnal Anka, reżyserka
Satora Patrycja, Instytut Finansów Publicznych
Sawicka Paula, Stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita
Sawka Natalia, dziennikarka OKO.press
Schmidt Magdalena
Seredyńska Marta , mama, adwokatka
Seweryn Maria, aktorka, reżyserka
Siegień Paulina, dziennikarka, redaktorka
Siemaszko Beata, prezeska Stowarzyszenia No To Ci Pomogę
Sienkiewicz Hanna
Sierańska Anna, logopedka, ekonomistka, mama.
Sikora-Masal Jolanta, matka i nauczycielka
Sikorska Grażyna, ambasador tytularna
Sikorska Magda
Sikorska-Michalak Anna
Sikorska-Siudek Katarzyna, lekarka, aktywistka Obywatele RP
Sińczuk Barbara, demokratka z Warszawy
Sitarska Maria, psychoterapeutka, siostra
Siwek Kama, działaczka dla klimatu
Siwek Marta
Siwko Anna, spec. d.s. zarządzania nieruchomościami i rozwoju
Ska Aleksandra, dra hab. prof. Akademii Sztuki w Szczecinie, artystka sztuk wizualnych
Skibińska Beata
Skiendziel Anna, Stowarzyszenie Szlakiem Kobiet
Skierkowska Marta, psycholożka
Skolankiewicz Łucja
Skolimowska Katarzyna, aktorka
Skowrońska Anna, wydawczyni
Skrzydło Justyna
Skrzynska Malgorzata
Skrzypczak Małgorzata, psycholog
Skrzyszowska Joanna
Sliupkas-Dyrda Elektra, biolożka, matka osoby z ASD
Sławek Maria
Sławska Agnieszka
Słowikowska Aleksandra
Słubik Katarzyna, prezeska zarządu
Smardzewska Teresa
Smełka-Leszczyńska Zofia, kulturoznawczyni, radna m. st. Warszawy, mama
Smoczyńska Magdalena, psycholożka, em. prof. UJ
Smolak Małgorzata, prawniczka
Smolar Anna, reżyserka teatralna,
Smoleń Maria, nauczycielka
Smolicha Barbara, psycholog
Smulewska Ewa
Smulewska-Dziadosz Maria
Snochowska-Gonzalez Claudia, Instytut Slawistyki PAN
Sobczak Anna
Sobczak Justyna Łódź koordynatorka pomocy Ukrainie w Łodzi
Sobczyńska Aleksandra, mama trójki dzieci, właścicielka agroturystyki
Sobolewska Justyna, Polityka
Sochacka Marta, Film Expert
Sokołowska Monika adwokatka
Sokur-Worowska Nadia, nauczycielka
Solarczyk-Konik Ewa
Soltan Teresa, artysta plastyk
Sołtysiak-Perz Aleksandra, ekspert komunikacji, córka, siostra, przyjaciółka, żona - człowiek przede wszystkim
Sowińska Agnieszka, tłumaczka
Springer Dominika, Fundacja HumanDoc
Srebrna Alicja, psychoterapeutka
Sroka Magdalena, managerka kultury
Stachura Iwona, malarka i nauczycielka
Stadniczeńko Izabela
Stafisz Małgorzata
Stalinska Dorota
Stanislawska Ewa, nauczyciel
Stanowska Barbara Lublin
Stańczak-Wiślicz Katarzyna, historyczka, PAN
Stańczuk Katarzyna
Stańczuk Kinga, nauczycielka Liceum Artes Liberales/ Fundacja School Without Borders
Stawowska Sylwia
Stec Barbara, emerytka z Warszawy
Stecko Maria
Stein Małgorzata
Stołecka Danuta, opozycjonistka antykomunistyczna
Straszewska Anna, Instytut Sztuki PAN
Strehlau Milena
Stroińska Dorota, tłumaczka literatury
Strychalska Magdalena, rehabilitantka
Strzałkowska Anna
Strzałkowska Anna, wykładowczyni akademicka
Sufin-Jacquemart Ewa, Fundacja Strefa Zieleni
Sulej Karolina, reporterka, felietonistka Polityki, aktywistka Fundacji Kraina
Sułek Dominika
Sułek Emilia
Surmiak-Domańska Katarzyna, dziennikarka, pisarka
Suszczyńska Natalka, pisarka
Suszkiewicz Katarzyna, edukatorka
Szafraniec Monika, Komitet Obrony Demokracji
Szafranowska Katarzyna, filozofka i kulturoznawczyni
Szałańska Loreta, aktywistka Obywatele RP
Szałkowska Barbara
Szaniawska Kacha, redaktorka
Szapiel Anna
Szatkowska Iwa
Szczepan Aleksandra badaczka
Szczepaniak Kamila
Szczęsna Joanna, pisarka
Szczurek Małgorzata, wydawczyni, wydawnictwo Karakter
Szczygielska-Jakubowska Agata, Gazeta Wyborcza Bydgoszcz
Szczyrek Aleksandra, studentka reżyserii Szkoły Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego w Katowicach
Szeligowska Joanna
Szeniec Anna, emerytka
Szeptycka Alicja, aktywistka
Szewczyk Monika, dyrektorka Galerii Arsenał w Białymstoku
Szewczyk Monika, mama, siostra, córka, przedsiębiorczyni
Szklarz Teresa
Szlachcic Malwina
Szlązak Ewa
Szmel Anna, Obywatele RP
Szmyt Julia
Sznajderman Monika, wydawczyni, pisarka, Wydawnictwo Czarne
Szoka Iwona
Szpecht Magda, reżyserka i aktywistka
Szredzińska Renata, socjolożka, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę
Szturo-Over Maria
Szumlicz Janina, b. dyrektor Departamentu Polityki Rodzinnej w b. Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, (emerytowana urzędniczka służby cywilnej)
Szumowska Małgorzata, Prezeska Fundacji Centrum Edukacji Niewidzialna
Szumowska-Jaskowska Roxana
Szwat-Gyłybowa Grażyna , profesor Instytutu Slawistyki PAN
Szwed Aleksandra
Szymańska Jolanta
Szymańska Joanna, emerytka, działaczka pierwszej Solidarności, była doradcą wicepremiera Longina Komołowskiego.
Szymczyk Beata - Hałas, lekarka, pediatra
Szymkowiak Anna Maria, Fundacja Akceptacja
Szyniszewska Katarzyna, specjalistka ds. projektów badawczych
Śnieżyńska-Stolot Ewa
Śpiewak Ruta, mama córek, socjolożka wsi
Świątkowska Bogna
Świercz Dorota, aktywistka
Święcka Dorota, przewodnicząca stowarzyszenia Polki Solidarnie Przystanek Freiburg
Świtek Beata
Talewicz Joanna, prezeska Fundacji w Stronę Dialogu
Taras Kasia, prof. PWSFTViT
Tarasewicz Maria, muzyk, edukatorka, wykładowczyni uczelni międzynarodowych
Tarczyńska Elżbieta
Tatarczuk Adrianna, nauczycielka
Tateshvili Bella, doktor nauk teologicznych, tłumaczka przysięgła języka gruzińskiego
Tess Gołębiowska Anna, aktywistka, dziennikarka
Thieme Anna Monika, aktywistka, pracowniczka NGO
Tilszer Magdalena, wykładowczyni UW
Timofiejew-Orfinger Magdalena
Tkacz-Janik Małgorzata, śląska aktywistka feministyczna, członkini Zarządu Stowarzyszenia Kongres Kobiet
Tkacz-Sawicka Aleksandra, mama
Tłuczkiewicz Elżbieta
Tokarczuk Olga
Tokarska Karina
Tomaszewicz Agnieszka, akademiczka, PWr
Tomaszewska Anna, Akcja Demokracja
Tomczyk Aleksandra
Tomkiewicz-Januszewska Marta, adwokatka
Toruńczyk Barbara, opozycjonistka antykomunistyczna, redaktorka naczelna Zeszytów Literackich
Tosiek Antonina, poetka, eseistka, literaturoznawczyni, badaczka kobiecej diarystyki ludowej
Tracz Magdalena, matka dwójki dzieci, rolniczka
Treder Monika
Treit Dominika
Trojanowska Ewa, Obywatele RP
Trudnowska Ewa
Trybuch Anna
Trybus Izabela, psychoterapeutka
Tubylewicz Katarzyna, pisarka, tłumaczka
Tutak-Goll Monika, redaktorka naczelna "Wysokich Obcasów"
Tylewska-Nowak Beata
Urbanska Monika, psychoterapeutka, producentka
Urlik Monika
Urszula Nowinska Agnieszka
Uta Małgorzata
Voelkel Krokowicz Ewa, Fundacja Voelkel, Concordia Design
Wachowska Judyta, akademiczka, UAM w Poznaniu.
Wachowska-Kucharska Anna, aktywistka miejska, działaczka społeczna, Poznań
Wagner Wanda, emerytowana nauczycielka
Wal Jolanta
Waleczek Mirella, autorka "Siedmiu kobiet. Śląskie opowieści"
Wałajtys Wiktoria, jestem kobietą wchodzę w dorosłość, pracuję po studiach
Wałęsa Danuta
Wancerz-Gluza Alicja, szefowa programów edukacyjnych i innowacyjnych
Waniek Katarzyna, prof. UŁ
Warchulska Agnieszka, aktorka, matka, żona, siostra, córka
Warecka Aleksandra, dziennikarka
Wasielewska Karolina, właścicielka firmy Girls Gone Tech
Waszczak Joanna
Wawrowska Danuta
Wawruszczak Halina, prezeska UTW Tęcza w Trzebnicy, emerytka, matka i babcia
Wdowczyk Agnieszka, emerytka
Wecsile Marta
Wejbert-Wąsiewicz Ewelina
Wejchert Dominika
Wejcman Joanna , emerytka
Wernio Elżbieta ASP Wrocław
Westermann Barbara, tłumaczka
Widacka-Bisaga Agnieszka, historyk sztuki
Wiekiera Katarzyna
Wielgus Justyna, reżyserka
Wiercińska-Kazimierczuk Elżbieta
Wierzbicka Izabela, redaktorka
Więckowska Maria, historyk, mama
Wilczek Agata, adiunkt na Uniwersytecie Śląskim, wolontariuszka
Wilengowska Joanna, dziennikarka, pisarka
Winiarska Katarzyna
Wińska Agata
Wiro-Kiro Maria, prezes zarządu Przyjaciele Żoliborza i Bielan
Wiśniewska Aldona, nauczycielka
Witeska Małgorzata
Witeska-Młynarczyk Anna
Witowska Izabela, opozycjonistka antykomunistyczna, aktywistka Obywatele RP
Włoch-Salamon Dominika, dr hab. profesor UJ biolożka, matka. Uchodźczynie i ich dzieci potrzebują wsparcia!
Włodarczyk Malina Julia
Włodarska-Fabisiak Barbara, wykladowca akademicki, muzyk, matka
Włodek Ludwika, socjolożka, pisarka
Wodecka Dorota, dziennikarka Gazety Wyborczej,
Wojcieszak Irena
Wojtaczka Anna
Wojtaszewska Anna, pracownik socjalny
Wojtko Joanna
Wojtkowska Beata
Wojtulewska Beata, emerytka
Wolfram Urszula, prezeska POPH. Podlaskie Ochotnicze Pogotowie Humanitarne
Wolińska Anna, radczyni prawna
Wolniewicz-Wrabec Justyna, aktywistka, matka, przedsiębiorca
Woydyłło-Osiatyńska Ewa
Woyke-Polec Dorota, graficzka, wieloletnia dyrektorka artystyczna wydawnictwa Granna
Woźniak Iga, Akcja Demokracja
Woźniewska Marta, chrześcijanka, urzędniczka, córka, siostra, żona, matka.
Wójciak Ewa , Teatr Ósmego Dnia
Wójcik Joanna, kulturoznawczyni
Wójtowicz Olga, bibliotekarka
Wroniszewska Magda, architekta
Wróbel-Górecka Dorota
Wróblewska Kornelia
Wróblewska Małgorzata
Wrzaskowska Agnieszka, psycholożka
Wrzosek Ewa, prokuratorka
Wydra Amelia
Wydrych Aśka, aktywistka prozwierzęca,
Wylon Lucyna
Wyszogrodzka Iwona, dziennikarka, aktywistka
Zabłocka Joanna
Zacharjasz Dorota
Zachwatowicz-Wajda Krystyna
Zagajewska Maja
Zagórska Monika, Fundusz Obywatelski im. Ludwiki i Henryka Wujców
Zając Małgorzata, badaczka i muzealniczka
Zamojska Eva, pedagożka, UAM w Poznaniu
Zano Aga, tłumaczka literatury
Zapała Joanna, psychoterapeutka, wykładowczyni akademicka
Zaręba-Piotrowicz Luiza
Zaryan Aga, wokalistka jazzowa
Zarzycka Magda
Zatorska Marzenna
Zazula Magdalena, matka i babka 6 wnuczek
Zdziechowska Krystyna, lekarz anestezjolog
Ziątek Agnieszka, psycholożka
Zielińska Bożenna
Zielska Musiał Katarzyna
Zientek Sylwia, pisarka
Ziętek Agata
Ziętkiewicz Magdalena, nauczycielka, tłumaczka, aktywistka
Ziminska Jolanta
Zińczuk Aleksandra, Wydawnictwo Warsztaty Kultury
Ziułkowska Iwona
Zmarz Koczanowicz Maria reżyserka, prof szkoły filmowej w Łodzi/
Znamirowska Magdalena
Zowczak Agnieszka
Zowczak-Jastrzębska Krystyna, aktywistka, opozycjonistka, matka i babcia
Żmijewska Ewa, pedagożka międzykulturowa, nauczycielka akademicka
Żmuda Julia, studentka
Żmuda Majam, studentka
Żurawel Anna, nauczycielka
Żygowska Joanna, kuratorka i badaczka sztuki dla młodych
Żytkowicz Ana
Lista wszystkich sygnatariuszek naszego apelu dostępna jest pod tym linkiem:


Dzień wstydu po Dniu Niepodległości: instrukcja cynizmu
Na początek fakt: dziś prezydent Karol Nawrocki odmówił podpisania nowelizacji ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy. Uzasadnił weto m.in. postulatem, by 800+ przysługiwało tylko tym ukraińskim rodzinom, w których rodzic pracuje w Polsce, oraz zapowiedział własny projekt: wydłużenie drogi do obywatelstwa z 3 do 10 lat, podniesienie kar za nielegalne przekroczenie granicy do 5 lat więzienia i wrzutkę do ustawy w postaci hasła "stop banderyzmowi". Równocześnie zakwestionował rozwiązania dotyczące dostępu do ochrony zdrowia dla uchodźców.
Wczoraj uściski, życzenia dla Prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, deklaracje o "niezachwianej solidarności z walczącą Ukrainą". Dziś weto wobec ustawy, która miała przedłużyć ochronę i doprecyzować wsparcie dla dzieci. Najpierw konfetti, potem młotek. To nie jest polityka państwa z taką historią za wolność waszą i naszą, to nie jest Europa. To jest pokaz: uśmiech do kamery, pałka w przepisach, cynizm w działaniu. I to wszystko dzień po Dniu Niepodległości Ukrainy.
Trzon zabiegu jest prosty: zamienić słowo "solidarność" w słowo "warunkowo". "Pomoc — owszem, ale pod warunkiem pracy rodzica". Jakby 800+ było premią w korpo, a nie świadczeniem na dziecko. Dziecko nie powinno być algorytmem do weryfikacji PIT-u. Dziecko nie jest "beneficjentem na próbę".
Zderzenie symboliczne — wczorajsze "gratulacje" i dzisiejsze "ale" — nie jest wypadkiem przy pracy. To metoda: najpierw gest wobec sąsiada, potem gest wobec elektoratu. Grawitacja jest oczywista: zjechać w stronę strachu, podejrzliwości, resentymentu.
Nie będę tu nic "omawiać". Nie trzeba. Wystarczy usłyszeć, co dzieje się w sercach naszych ukraińskich przyjaciół:
- Chcę się wypłakać na temat weta, kto jest na statusie, jakie macie plany?*
- Zabierzcie mnie ze sobą, gdziekolwiek się wybieracie. Nie chcę tu zostać sama. (...) psychicznie jest mi cieżko.
- Mogę tylko wesprzeć moralnie i przytulić w myślach. To bestialstwo. Nie ma inncy słów.
Ten cynizm działa w konkretnym życiu. Nie w memach. Nie w studio. W podróżach, szkołach, w planach na wrzesień. W poczuciu, że wszystko, co udało się jakoś poukładać przez ostatnie dwa lata, można jednym zdaniem z mównicy rozbujać tak, żeby człowiek znowu miał wrażenie, że ziemia ucieka spod nóg.
- Byliśmy w Pradze, kupiłam dziecku prezent urodzinowy. Było tak dobrze, nikt nas nie wyśmiewał na ulicy za to że mówiliśmy po ukraińsku. Wracamy do domu — otwieram wiadomości, bo wcześniej świadomie nie chciałam nic czytać
To nie jest "uprzejmość Czechów" kontra "brak uprzejmości Polaków". To jest pytanie o to, czy państwo w kryzysie umie być przewidywalne. Czy władza jest w stanie powiedzieć prawdę prostym zdaniem: "Tak, status ochrony będzie kontynuowany zgodnie z europejską decyzją. Tak, nie będziemy karać dzieci za zatrudnienie rodziców. Tak, nie będziemy paliwem do wojny pamięci".
Zamiast tego zapowiedź pakietu "porządku": ostrzejsze kary, dłuższa droga do obywatelstwa, hasła o "banderyzmie" wrzucone do debaty jak zapałka do suchej trawy. To nie jest obrona polskiej pamięci. To jest wywołanie pożaru w magazynie z amunicją rosyjskiej propagandy. Nie trzeba być strategiem, żeby zrozumieć, że im mniej mówimy o rosyjskiej agresji, a więcej o "symbolach", tym lepiej dla Kremla i gorzej dla realnej, codziennej współpracy polsko-ukraińskiej.
W świecie normalnym, jeśli w ogóle jeszcze pamiętamy, jak on wygląda, prawo socjalne działa dwojako: daje przewidywalność i chroni najsłabszych. To jest to, co buduje zaufanie.
Tu, teraz, robimy coś odwrotnego: dezorientujemy i przerzucamy koszt na rodziny. Jeszcze raz: rodziny, nie "system".
- Mam wyjazd służbowy 22 września, a nie ma statusu, jak mam wrócić, jeśli mogą nie przedłuży go do 30? Powinnam wrócić 3 września.
*czarny humor: Zostaw nam przynajmniej klucze i adres, żebyśmy mogli ci później przesłać rzeczy. Od 22 września do 30 września jeszcze tu będziemy.
- Jeśli przedłużą, istnieje ryzyko, że utkniemy po różnych stronach granicy z dzieckiem.
To jest język realnej niepewności. Czarny humor, bo jak inaczej trzymać nerwy na wodzy? I równolegle próba racjonalizacji, szukanie gruntu pod nogami:
- Nie podsycajcie atmosfery. Ze statusem na pewno będzie dobrze. Nie mogą go oddzielnie od innych krajów unieważnić
- Polska nie może samodzielnie unieważnić statusu ochrony tymczasowej ponieważ jest on przyznawany w ramach prawa europejskiego, a nie tylko polskiego
Jasne. Ale to nie rozwiązuje problemu zaufania. Bo zaufanie nie kończy się na zdaniu "muszą". Ludzie muszą planować: podróż, szkołę, studia, pracę, mieszkanie, terapię dziecka po traumie. Zaufanie to jest poczucie, że państwo nie włączy nagle trybu "show" i nie zaryzykuje czyjegoś września, żeby dopisać sobie punkt w sondażach.
A pod spodem — coś jeszcze cięższego: poczucie zdrady. Bo wybór Polski często nie był "z kalkulatora". Był z serca.
- Teraz myślę, że to była idiotyczna decyzja, zatrzymać się na Polsce. Dziecko nauczyło się polskiego, żeby dostać się na studia, bo w Ukrainie jest w ostatniej klasie. A ja nie widzę w tym dobrego pomysłu. Lepiej, żeby nauczyła się angielskiego/niemieckiego. Bo ten antyukraiński temat – jest prawie we wszystkich obozach, wszyscy rywalizowali, kto stworzy gorsze warunki. Tak mi tego wszystkiego żal, bo wybrałam Polskę z miłości, a nie z kalkulacji Irlandia/Niemcy/Wielka Brytania. Ale miłość okazała się nieodwzajemniona.
To zdanie powinno wisieć nad każdym biurkiem, przy którym ktoś kreśli dziś "korektę kursu". Nie dlatego, że mamy zaspokajać wszystkim wszystko. Dlatego, że państwo, które od lat powtarza, że jest liderem solidarności, nie może grać w grę "wczoraj kwiaty, a dziś miękka deportacja ".
Zauważmy jeszcze jedną zbitkę: wątek "ochrony zdrowia" przeciwstawionej "gościom". Tu nie chodzi o rzekomą "preferencję". Chodzi o realną reformę systemu, żeby kolejki były krótsze dla wszystkich Polaków i Ukraińców, bo wszyscy stoją w tej samej kolejce do lekarza rodzinnego, a jedyną różnicę robi liczba lekarzy i finansowanie, a nie pochodzenie pacjenta. W przeciwnym razie zamiast polityki publicznej budujemy podział publiczny.
Dobra polityka szczególnie w kryzysie jest mniej spektakularna, niż się politykom śni. Składa się z nudnych, konkretnych decyzji: wdrożyć europejską ochronę do 4 marca 2026 r. bez medialnych zygzaków; jasno napisać, że świadczenia na dzieci nie zależą od fluktuacji na rynku pracy rodziców; wreszcie przestać podpinać bieżącą politykę pod wojnę pamięci. Historii nie rozstrzygają konferencje prasowe. Historii nie załatwia się dopiskiem "stop" w ustawie. Historii się uczy, komunikuje ją i leczy przez edukację, archiwa, dialog, nie przez podrzucanie kolejnego granatu w debacie.
Czy można tu w ogóle pozwolić sobie na odrobinę ironii? Może tylko na tyle: gdyby cynizm polityczny miał dział PR, napisałby dziś komunikat: "W trosce o sprawiedliwość społeczną upraszczamy życie, odbierzemy lęk, a damy jasność". Tylko że jedyne, co dziś dostali ukraińscy uchodźcy w Polsce, to lęk i niepewność.
Oto miara polskiego państwa i prezydenta. Nie w słowach hymnu. W tym, że dzień po wspólnym świętowaniu Niepodległości Ukrainy, ktoś wciąż nie wie, czy wróci z dzieckiem do domu. I w tym, czy ktoś inny — mając władzę — uzna, że jego zadaniem jest wyłączyć ten lęk, a nie go wytwarzać.
* Wypowiedzi zostały zanonimizowane dla bezpieczeństwa bohaterek. Jak już wiedomo, w Polsce nic nie wiadomo.
Tekst ukazał się również na portalu onet.pl


Zryw, czyli Polska na nowo
Melania Krych: – O co chodzi z tym zrywem?
Julia Wojciechowska: – Jesteśmy pokoleniem, które w czasie transferu rządów w 2015 miało „naście” lat. Okres naszego dorastania został naznaczony przez nieustającą debatę polityczną: w domu, w szkole, na ulicy. To była debata, która ani nas nie uwzględniała, ani nie dotyczyła. Ale czasy się zmieniły.
Agnieszka Gryz: – Wiesz jaki jest przepis na apatię? Kiedy kluczowe wydarzenia polityczne dzieją się pod twoim nosem, definiują twoje jutro, a ty wciąż nie możesz oddać głosu ani nawet go zabrać. Zryw nie powstał w momencie kiedy zarejestrowaliśmy fundację. Powstawał po trochu, od lat.
JW: – Więc tak, teraz jesteśmy też fundacją. Nie sprzedajemy kota w worku: jesteśmy polityczni, ale apartyjni. Chcemy budować kadry państwowe. Właśnie zakończyliśmy rekrutację na pierwszy zryw, nasz czterodniowy zjazd rozwojowy w Tatrach.

Dlaczego kadry państwowe? Nie mamy kadr?
JW: – Ławka kadr jest krótka i mało atrakcyjna. Mamy ekspertów i mamy polityków. Eksperci przez 8 lat zbudowali stabilne kariery w korporacjach czy w Brukseli, mają na utrzymaniu rodziny. I nagle mieliby zdestabilizować swoje życia, by pójść pracować do ministerstwa za cztery razy mniejszą pensję?
Ale mamy też mnóstwo młodych, którzy mogą i chcą, tylko nikt ich nie zaprasza. Co więcej, kiedy pukają z własnej inicjatywy, często im się nie otwiera
AG: – W tym momencie najstabilniejszym „rurociągiem” kadrowym są młodzieżówki. W efekcie do służby publicznej często trafiają ludzie, którzy od wczesnej młodości są zogniskowani na zajęcie konkretnego stołka – ale często nic poza tym. Bo jak już na nim zasiądą, to nie chcą zejść. Bo jaką mają alternatywę? Choć młodzieżówka młodzieżówce nie równa, to młodzi, z którymi miałyśmy do czynienia, nie mieli ani wizji, ani własnych pomysłów, tylko linię partii, która ich sobie wychowuje.
To nie jest służba, którą chcemy firmować jako Zryw. Diagnoza, którą stawiamy, nie dotyczy braku wiedzy czy doświadczenia. Brakuje osób gotowych podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność, ryzykować i ponosić konsekwencje – ale po swojemu, nie według linii partii. Pamiętam, że kiedyś bardzo zaimponowały mi słowa Bartłomieja Sienkiewicza, wówczas ministra. Zapytany o stabilność zawodu odpowiedział, że jego płaszcz zawsze wisi na krześle: „Jestem urzędnikiem państwowym i politykiem, więc muszę być gotowy w każdej chwili. Jeśli trzeba będzie wyjść, biorę płaszcz i wychodzę”. Nie chcemy bać się ani wejść ani wyjść.
Kto zgłosił się na pierwszy zryw? Kogo wybraliście?
AG: – Wszyscy, od lekarek i inżynierów po politologów i urzędniczki. Mieliśmy zgłoszenia z 149 miejscowości w każdym z 16 województw w Polsce i z 12 miast za granicą. Finalna selekcja jest… eklektyczna, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Od chłopaka, który szkoli się na pilota naddźwiękowych samolotów bojowych, przez byłą ekspertkę w służbie zdrowia poza Polską – po aspirujące samorządowczynie.

JW: – Ale tylko 35% aplikacji pochodziło od kobiet. Za to wśród osób zaproszonych na rozmowy kobiety to połowa, bo kandydatki, które aplikowały, były tak mocne. To nieznacznie więcej niż wynosi odsetek kobiet w parlamencie, co pokazuje, że ta dysproporcja zaczyna się znacznie wcześniej.
To się samo nie zmieni, ale przekrój naszego zespołu mówi za siebie: w Zrywie ani w Polsce nie brakuje skutecznych i przebojowych kobiet
Opowiem ci anegdotę. Ostatnio dostaliśmy bardzo długi komentarz do wpisu na blogu [“Nasze ulubione wybory. Kim są uczestnicy wrześniowego zrywu?” – przyp. red.]. W tym wpisie wspomnieliśmy m.in. o deficycie kobiet, które zgłosiły się do nas w pierwszej turze. Zarzucono nam doszukiwanie się nierówności „tam, gdzie akurat trudno ją dostrzec” – wszak możliwość rekrutacji była dostępna dla obu płci jednakowo. Autor polemiki twierdził, że łączenie takiej statystyki z nierównością może zniechęcić młodych mężczyzn do pracy na rzecz państwa. A to dlatego, że zbyt wiele narracji przedstawia każdą nierówność czy różnicę w kontekście płci jako wynik dyskryminacji.
I co Wy na to?
AG: – Ja się ucieszyłam! Ktoś poświęcił spory kawał czasu, by przekazać nam swoje myśli. Polemika to wartościowa tradycja polskiej publicystyki, a dla nas to zaszczyt, że już teraz w takiej polemice możemy partycypować. Oczywiście, na poziomie samego przekazu te argumenty ze mną nie grały, bo dyskryminacja i nierówności systemowe to nie są tożsame pojęcia.
JW: – W skrócie: dyskryminacja to nierówne traktowanie albo zaniechanie. Mielibyśmy z nią do czynienia, gdyby któraś grupa była traktowana preferencyjnie. Wówczas można by mówić o dyskryminacji pozostałych aplikujących. My nie mieliśmy żadnych preferencji. Uwzględnialiśmy jednak realia polskiego systemu edukacji oraz kultury, która dyktuje jednostkom poczucie, co jest dla nich możliwe – a to niestety w Polsce wpływa głównie na młode kobiety.
AG: – Równouprawnienie nie zawsze oznacza równe szanse. Bo faktyczne równe szanse wymagają więcej uwagi wobec potrzeb, które wynikają z wieloletnich norm społecznych, kulturowych oraz wykluczenia, które nie musi być w prawie, by wpływało na życie ludzi. Dlatego w kolejnych edycjach będziemy chciały zadbać o to, aby wiadomość nie tylko docierała do kobiet, ale przede wszystkim skuteczniej zachęcała je do aplikowania.
JW: – Duża część Fundacji studiowała za granicą i dlatego ten kontrast rzuca nam się tak mocno w oczy. Studiowałam w Anglii, gdzie większym problemem jest klasowość społeczeństwa. Jednak po powrocie do Polski rozmawiam z wieloma młodymi kobietami, które mają niesamowitą blokadę.
Wątpią w swoje możliwości i potencjał, chociaż w wielu przypadkach mają znacznie większą wiedzę i świadomość społeczną niż mężczyźni, z którymi rozmawiam, będący już częścią kadr państwowych
Jako Fundacja nie możemy tego ignorować. Widzimy nierówności, więc je uwzględniamy.
Skąd się wzięła Fundacja Zryw?
AG: – Zaczęło się od spania na materacach. Był rok 2023, wybory parlamentarne, czas na podjęcie rękawicy. Zebraliśmy się w kilkanaście osób, by od zera zbudować kampanię do Sejmu, nie znaliśmy się za dobrze. Przez kilka miesięcy mieszkanie naszej kandydatki było „stacją przeładunkową”: zaczęło się od 5 osób, skończyło na 15, choć po drodze przewinęło się więcej. Ta piętnastka była rdzeniem, na którym zbudowaliśmy Zryw. Bo okazało się, że nie dość, że znosimy siebie nawzajem w tym mieszkaniu, to jeszcze nam coś wychodzi.
JW: – Wzięła się z poczty pantoflowej. W ‘23 działaliśmy z własnej inicjatywy, a wieść docierała i do przyjaciół, i do znajomych znajomych. Weźmy na przykład mnie z Agą. Znałyśmy się z widzenia, i to takiego wirtualnego. Po prostu swego czasu, jeszcze w Covidzie, w jednym czasie organizowałyśmy konferencje studenckie. Czasem mignęłyśmy sobie na Zoomie albo gdzieś w mediach społecznościowych – i tak aż do kampanii.
AG: – Tak było. Zapytałam, czy mogę dołączyć, napisałam do Julii na Instagramie. To był dobry czas, kampania dopiero ruszała. Po samych wyborach urodził się nasz pomysł na ustrukturyzowanie tej energii.

Zrozumieliśmy, że czekanie na okno możliwości nie ma sensu, że musimy sami sobie to okno otworzyć. Nasza fundacja powstała właśnie po to, żeby ten narodowy zryw uchwycić, ustrukturyzować i skierować tam, gdzie jest najbardziej potrzebny.
Czyli gdzie?
JW: – Przez ostatnie dwa lata widzieliśmy, na ile absurdów i inercji natrafia się podczas pracy w ministerstwach. Począwszy od tego, że za niektóre pensje, kolokwialnie mówiąc, w stolicy nie wyżyjesz. 3200 na rękę? Tak, to skrajny przypadek, ale z życia wzięty, zwłaszcza że duża część osób z Fundacji ma doświadczenie w administracji. Wrócili z zagranicy, chcieli pracować dla państwa i musieli zaakceptować te warunki, bo mieli wizję. Część z nich wytrzymała, część odeszła czy to ze względu na warunki finansowe, czy z uwagi na brak możliwości rozwoju w pracy.
AG: – Wierzymy, że jakościowa zmiana pokoleniowa w polskiej służbie publicznej jest możliwa od środka. Żeby zmiana zadziała się systemowo, trzeba siać ją w wielu miejscach naraz, bo koniec końców kadry potrzebne są i w urzędach, i w legislacji. Ale też trzeba pokazać, że są ludzie, dla których tę zmianę trzeba przeprowadzić.
Nie chcemy otwierać salonu, gdzie możesz co najwyżej dotknąć luksusowego samochodu. Zryw ma być garażem, w którym pogrzebiesz we własnym aucie. Damy ci warsztat, narzędzia i dostęp do świetnych mechaników. A potem – w drogę, z naszym wsparciem i wspólnotą
Z kim współpracujecie?
JW: – W zeszłym roku jako jedyna organizacja z Polski dostaliśmy się do akceleratora Fundacji Apolitical, zajmującej się wspieraniem politycznych innowatorów. Po angielsku jest na to konkretne sformułowanie: political entrepreneurs. Wbrew nazwie nie chodzi o żadnych przedsiębiorców, ale o osoby, które tworzą nowe modele zaangażowania w życie publiczne.
Wspiera nas także m.in. Fundacja EFC, której patronuje Roman Czernecki, innowator społeczny i pedagog. W Zrywie wierzymy, że demokracja wymaga nie tylko instytucji, ale przede wszystkim ludzi: kompetentnych, empatycznych i gotowych do działania. W tym sensie nasza misja i projekt są głęboko zbieżne z misją EFC, która buduje silną wspólnotę demokratyczną.
AG: – Wśród naszych sprzymierzeńców jest też Fundacja Mentors4Starters. To między innymi od nich uczymy się łączyć ze sobą ludzi w relacji mentor-mentee, żeby to miało sens dla obydwu stron. Maria i Zofia [Maria Belka i Zofia Kłudka – przyp. red.] mają tonę praktycznej wiedzy i tyle samo chęci, by się nią z nami dzielić.
Jak wyobrażacie sobie przyszłość fundacji?
JW: – Swoją misję widzimy w tym, by odnaleźć kompetentne, sprawcze osoby, zachęcić je do powrotu – albo pozostania w Polsce i wyposażyć je w narzędzia oraz wiedzę, które pozwolą skutecznie działać w służbie publicznej.
AG: – O ile zrywy – te pisane małą literą, czyli kilkudniowe zjazdy – są w dużej mierze przeznaczone dla studentów uczących się i widzących swoją przyszłość w Polsce, to widzimy się też w roli „hubu repolonizacyjnego”. Wyjeżdżając na studia za granicę masz multum sieci i systemów wsparcia, które pomagają ci zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Takiej sieci potrzeba też w Polsce – właśnie dla tych, którzy rozważają powrót.
JW: – Tak, Polak za granicą rzadko kiedy jest sam, za to Polak wracający do kraju po studiach to trochę inna historia. Przez długi czas taka decyzja nosiła znamiona zawodu czy jakiejś porażki. Bzdura!
Polska jest piękna, innowacyjna i przede wszystkim jest domem. Tu czujemy sens i widzimy swoją przyszłość
I chcemy, by przywilej, który my mamy – że w 2023 siebie odnaleźliśmy i mogliśmy zacząć razem pracować – dotyczył znacznie większej liczby osób. Bo trzeba mieć do czego i do kogo wracać. Powrót do Polski to jeden samolot, ale decyzja, żeby do niego wsiąść, już tak łatwa nie jest. My chcemy pokazać, i to bardzo konkretnie, że ten powrót ma sens i da niesamowite możliwości.


Nasza szansa, by pokonać przeszłość
Drodzy Ukraińscy przyjaciele!
Chcę Wam złożyć serdeczne gratulacje z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy. Dwudziestego czwartego sierpnia 1991 roku osiągnęliście wielki cel, o który Wasi przodkowie starali się i walczyli przez długie wieki – niepodległość i własne państwo. Cieszę się i dumny jestem z tego, że jako pierwsze na świecie z uznaniem niepodległości Ukrainy pospieszyły tego samego dnia 2 grudnia 1991 roku dwa państwa: Kanada i Polska.
Lata dziewięćdziesiąte XX wieku w naszej części Europy były trudne i wydarzenia w różnych krajach toczyły się odmiennymi torami zależnie od wcześniejszych dziejów, lokalnych uwarunkowań politycznych, marzeń i dążeń obywateli, a czasami szczęśliwego lub nieszczęśliwego zrządzenia losu. Nie wszystkim narodom udawało się bez problemów „wyrwać się z przeszłości”, jak to w tytule swojej książki o historii Ukrainy określił wspaniały ukraiński historyk Jarosław Hrycak.
Wam, ukraińscy przyjaciele, los nie szczędził trudności, wreszcie zesłał to, co najgorsze – zbójecką napaść sąsiada i straszną wojnę.
Od ponad trzech lat ze ściśniętym sercem obserwuję przebieg waszej bohaterskiej walki i sam w miarę moich możliwości staram się wnosić swoją skromną pomoc. Od początku wojny na pełną skalę upatruję w tej tragedii także szansy dla obu naszych narodów na lepszą przyszłość, ściślejsze zjednoczenie się z Zachodem dla współpracy i bezpieczeństwa, przyjazne stosunki między naszymi krajami i zamieszkującymi je ludźmi.
Początkowo rozwój wydarzeń pozwalał sądzić, że moje nadzieje się spełniają, co potwierdzały liczne przykłady. Niestety, w ostatnim okresie widzę, że czeka nas jeszcze daleka droga.
Wojna przeciąga się, a Zbrojne Siły Ukrainy oraz mieszkańcy kraju ponoszą najwyższą cenę śmierci, krwi i zniszczeń. Ale przedłużającą się wojnę odczuwa również agresor – jego gospodarka słabnie i stoi w obliczu nadciągającego poważnego kryzysu, który może zachwiać fundamentami jego zdolności dalszego prowadzenia agresji. Dlatego ogromne siły i środki przeznacza na propagandę, którą śmiało można nazwać wojną hybrydową, toczoną w cyberprzestrzeni, w środkach przekazu, na salach parlamentów i posiedzeniach rządów oraz na ulicach.
Terrorystyczne państwo stara się zastraszać, przekupywać, zjednywać sobie wszelkimi sposobami polityków i obywateli krajów udzielających Ukrainie pomocy. Wspomaga radykalne, przede wszystkim faszyzujące ruchy społeczne i partie polityczne, podsuwa im kłamliwe pseudoargumenty, rozbija poczucie wspólnoty z Ukraińcami, szczuje przeciwko imigrantom. Przykłady i efekty takiej działalności widać wszędzie: w USA, Niemczech, na Węgrzech i Słowacji, w Czechach. Niestety, także w Polsce.
Gniew i oburzenie budzi fakt, że podnoszą się głosy przeciwko kontynuowaniu pomocy dla Ukrainy i ludzi, którzy w naszym kraju schronili się przed wojną.
Stanowczo Was zapewniam, ukraińscy przyjaciele, że wśród Polaków nadal macie ogromną liczbę przychylnych Wam ludzi, co pokazują sondaże oraz wyniki ostatnich wyborów prezydenckich, które niestety wygrał, ale znikomą większością, kandydat wspierany przez ugrupowania prorosyjskich ksenofobów.
Nie brakuje też przykładów bohaterskich wolontariuszy prowadzących zbiórki funduszy na pomoc i osobiście przekazujących w Ukrainie zakupiony sprzęt żołnierzom ZSU lub cywilom niemal na samej pierwszej linii frontu, z dronami wroga nad głową. Jest też wielu takich, którzy wybrali wspólną służbę z wojownikami ZSU, czy to w roli medyków pola walki, czy w formacjach zbrojnych. Wspólna walka „za wolność waszą i naszą” oraz przelana krew wiąże i zbliża, cementuje przyjaźń. To dobrze. Niech ta przyjaźń trwa na zawsze. Razem jesteśmy siłą.
Z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy chcę zwrócić się do Was parafrazą słów ukraińskiego hymnu:
Ще не вмерла України і слава, і воля,
Ще Вам, браття українці, усміхнеться доля.
Згинуть Ваші вороженьки, як роса на сонці.
Запануєте Ви, браття, у своїй сторонці.
Все одно буде Україна. Слава Україні!
Adam Tuz


Piękny kraj, ale nie do zarabiania. Jak się żyje Ukraińcom w Chorwacji
Chociaż Chorwacji nie można nazwać popularnym kierunkiem wśród ukraińskich uchodźców, od początku wojny na pełną skalę przybyło tu ponad 27 tysięcy Ukraińców, co dla kraju o populacji poniżej 4 milionów ludzi stanowi znaczącą liczbę. Co ciekawe, mniej więcej tyle samo osób (28-30 tysięcy) opuszcza Chorwację każdego roku, migrując do innych krajów UE, co już wywołało kryzys demograficzny. Władze i media w Chorwacji wciąż mówią o braku siły roboczej i o tym, że już teraz co piętnasty pracownik jest obcokrajowcem. Oczekuje się, że do 2030 r. w Chorwacji będzie około pół miliona migrantów zarobkowych.
Biorąc pod uwagę oczywisty kryzys na rynku pracy, przybycie ukraińskich uchodźców mogłoby być korzystne dla chorwackiej gospodarki. Zarazem jednak Ukrainki, które przeniosły się tu przed wojną, twierdzą, że Chorwacja to nie kraj do zarabiania pieniędzy. „Tu jest ciepło i pięknie, ale realne minimum egzystencji jest wyższe niż minimalna płaca” – twierdzi Ołeksandra z Kijowa. – Jeśli więc nie masz tu mieszkania i pracujesz na lokalnym rynku pracy, bardzo trudno jest przeżyć”.
Cudowne miejsca, ale życia tu sobie raczej nie urządzisz
Ołeksandra przyjechała z dwoma synami do Chorwacji jesienią 2022 roku. Najpierw ewakuowała się do Niemiec, potem wróciła do Ukrainy. Ale wraz z rozpoczęciem rosyjskich ataków dronowych wyjechała ponownie.
– Tym razem do Chorwacji, i to nie tylko z dziećmi, ale także z rodzicami – mówi. – W Chorwacji nie ma comiesięcznych zasiłków socjalnych; można tu otrzymać co najwyżej 300 euro na osobę rocznie. Nie ma też mieszkań socjalnych, jak w Niemczech. Ale są programy pomocy dla Ukraińców w zakresie tymczasowego zakwaterowania, które, o ile mi wiadomo, organizuje Czerwony Krzyż. To bezpłatne zakwaterowanie w domkach, w których można mieszkać do czasu znalezienia stałego miejsca zamieszkania. Mieszkaliśmy w takim hotelu przez rok, aż przeprowadziliśmy się do Zadaru, gdzie wynajmujemy mieszkanie.
Te domki znajdują się w górach – w pięknych miejscach, ale z dala od cywilizacji, większych miast i morza. Nie ma tam kuchni, ale jest bezpłatne wyżywienie. Oznacza to, że dostajesz dach nad głową, jedzenie, ale znalezienie stałej pracy, która pozwoliłaby wynająć własne mieszkanie i urządzić sobie życie, jest praktycznie niemożliwe. Znam ludzi, którzy mieszkają w takich domkach już od trzech lat. Dopóki trwa wojna, nie są eksmitowani.
Ważne, by zrozumieć, że jeśli prosisz o takie mieszkanie, nie możesz wybrać, gdzie zostaniesz zakwaterowany – mogą cię umieścić nawet w hotelu przy autostradzie, gdzie w zasięgu spaceru nie ma nic
Z poszukiwaniem mieszkania do wynajęcia bywa różnie: ktoś znajduje je szybko, ktoś szuka miesiącami. W Chorwacji nie ma tak surowych wymagań wobec najemców, jak w innych krajach europejskich, gdzie sprawdzają oficjalne dochody i historię kredytową. Ale tutaj trudno znaleźć odpowiednie warunki, na przykład pozwalające przez rok płacić stałą kwotę. Jako że większość miejscowych żyje z turystyki, latem najemcy mogą zostać poproszeni o płacenie dwa razy więcej, a nawet o wyprowadzenie się – z możliwością powrotu po zakończeniu sezonu. Nam udało się znaleźć mieszkanie ze stałym czynszem. Ceny ostatnio znacznie wzrosły. Kiedy przyjechaliśmy, jednopokojowe mieszkanie można było wynająć za 450 euro. Obecnie kosztuje ono co najmniej 650 euro.

Kto się odnalazł się w Chorwacji
Są jednak Ukraińcy, którzy mieszkają w drogich nadmorskich strefach. To głównie informatycy pracujący na rynki innych krajów. W Chorwacji po prostu mieszkają i cieszą się morzem.
Jednak niewielu Ukraińców znalazło zatrudnienie na lokalnym rynku pracy. Znam dziewczynę, która zarabia w Chorwacji jako manikiurzystka, jej klientki to głównie Ukrainki. Znam też mężczyznę, który sprzedaje panele słoneczne. Jest doświadczonym biznesmenem, ale mówi, że na początku było ciężko. Chorwaci są przyzwyczajeni do kupowania od osób, które znają osobiście – nawet jeśli to oznacza, że muszą zapłacić więcej. Ten mój znajomy włożył sporo wysiłku w nawiązywanie kontaktów. Niektórzy Ukraińcy zarabiają na wynajmowaniu hoteli i podnajmowaniu w nich pokoi.
Minimalna pensja wynosi tu około 800 euro. Jeśli płacisz 650 za wynajem mieszkania, to po prostu nie masz za co żyć
Ceny produktów są wyższe niż w Niemczech. Aby kupić na przykład kawałek mięsa, kaszę i warzywa, trzeba wydać powyżej 30 euro. Chociaż mieszkamy nad morzem, ryby i owoce morza są tu tak drogie, że nie pozwalamy sobie na nie zbyt często. Niedawno pojechałam do Ukrainy i mąż kupił mi pięć kilogramów krewetek. Jadłam je na śniadanie, obiad i kolację.
W Chorwacji pracuję na własny rachunek, zajmuję się fotografią. Głównie to sesje zdjęciowe w sezonie turystycznym. Ale finansowo pomaga mi mąż, który wysyła nam pieniądze z Ukrainy.
.avif)
Według Ołeksandry Ukraińcy w Chorwacji mogą uzyskać zniżkę na wynajem mieszkania w ramach programu rekompensat. Ale w praktyce nie zawsze tak się dzieje:
– Nie wszyscy właściciele mieszkań chcą się w to bawić. Istota programu polega na tym, że to wynajmujący musi złożyć wniosek i dokumenty potwierdzające, że mieszkają u niego Ukraińcy. I jeśli na przykład wynajmuje mieszkanie za 600 euro, to część tych pieniędzy nie zostanie mu wypłacona przez najemcę, ale przez państwo. Wielu nie chce brać w tym udziału m.in. dlatego, że wraz z wnioskiem o udział w programie rozpoczyna się weryfikacja dokumentów, a nie każdy wynajmujący Chorwat ma papiery w porządku.
W tym sensie chorwacka rzeczywistość bardziej przypomina ukraińską niż niemiecką czy szwajcarską
Chorwacki mentalność, czyli „jak się umówisz”
Tutaj, podobnie jak w Ukrainie, coś może być nielegalne, a coś działa na zasadzie „jak się umówisz”. Jednak rozwiązanie sprawy za pośrednictwem kogoś trzeciego jest mało prawdopodobne – Chorwaci ustalają sprawy tylko osobiście, zwracając się bezpośrednio do drugiej strony. Znajoma poradziła mi kiedyś, żebym poszła do lekarza z czekoladą. W pewnym sensie panuje tu znany nam chaos. Zapomniałeś zabrać jakiś dokument? Nie ma sprawy, przyniesiesz później. Ludzie wierzą sobie na słowo.
Kolejną rzeczą, która bardzo różni Chorwację od Niemiec, jest brak kontroli. Tu nie ma surowych systemów kar ani urzędów pracy, które zmuszają cię do szukania zatrudnienia. Nikogo nie interesuje, gdzie i jak mieszkasz, czy pracujesz, czy nie, czy jeździłeś do Ukrainy, czy nie.
Nie ma świadczeń socjalnych, a co za tym idzie – nie ma kontroli. Czujesz się swobodnie i to mi się podoba
Nawiasem mówiąc, pomimo braku surowego systemu kar i policji na każdym kroku, w Chorwacji czujesz się bezpiecznie. W małych miasteczkach wszyscy się znają, a kradzieże zdarzają się głównie w sezonie turystycznym.
Ogólnie Chorwaci są przyjaźni i dobrze traktują obcokrajowców. W rozmowach z Ukraińcami często wspominają, że trzydzieści lat temu sami przeżyli wojnę – i bardzo nam współczują.
Większość Chorwatów to ludzie religijni. To kraj katolicki, nawet w szkole jest nauczanie religii.

Nie nazwałabym jednak Chorwatów pracoholikami. Na pewno nie będą się nadmiernie wysilać. Jeśli ktoś ma domek nad morzem, to przez dziesiątki lat wynajmuje go turystom. Pół roku zarabia na tym pieniądze, a przez kolejne pół roku z tych pieniędzy żyje. I nic więcej nie potrzebuje.
A serwisu nawet nie ma co porównywać z ukraińskim.
Moje zepsute auto trafiło do trzech chorwackich warsztatów i tygodniami stało w krzakach, nikt nawet nie zaczął naprawy
Tymczasem w Ukrainie naprawiono je od razu. Za naprawę laptopa lub smartfona wezmą co najmniej 50 euro, choć to nie znaczy, że praca zostanie wykonana. Nie zdziw się, jeśli w restauracji podadzą ci brudny talerz albo szklankę. Jeśli poprosisz, wymienią, ale najprawdopodobniej będą zdziwieni, o co ci chodzi. Miejscowi są pod tym względem wyluzowani. W zasadzie w żadnej dziedzinie nie ma konkurencji, nikt nie stara się zadowolić innych ani zarobić więcej. Ludzie mają inne podejście do pracy, pieniędzy i w ogóle życia.
Jako że zarobki są tutaj niewielkie, w rodzinach zazwyczaj pracują oboje partnerzy. Rodzice często pracują na zmiany, dzieci również chodzą do szkoły na zmiany: przez tydzień rano, przez drugi po południu. Program nauczania jest tu nieco łatwiejszy niż w Polsce, ale podejście bardziej przypomina nasze niż niemieckie: nauczyciel może dziecko zbesztać, a nawet podnieść głos. W Niemczech niezależnie od tego, jak się dziecko zachowuje, coś takiego nie ma miejsca.
W nadmorskich regionach Chorwacji można zobaczyć wille, których właścicieli miejscowi sarkastycznie nazywają „niemieckimi Chorwatami”. To ludzie, którzy trzydzieści lat temu z powodu wojny wyjechali do Niemiec i tam zostali. Zarabiając znacznie więcej, niż mogliby w ojczyźnie, pozostają w Niemczech, ale nieruchomości kupują w Chorwacji. Ci, którzy nie wyjechali podczas wojny, nazywają tych ludzi zdrajcami. Jak już wspomniałam, Ukraińcy i Chorwaci są w pewnym sensie do siebie podobni.
W martwym sezonie życie się zatrzymuje
– W pracy naprawdę nie ma napięcia – potwierdza Ksenia Norik z Kijowa, także mieszkająca w Chorwacji.
– Dla Chorwatów czymś zupełnie normalnym jest po prostu siedzieć przez godzinę czy dwie, pić kawę i gapić się na morze
Niedawno odwiedziła mnie przyjaciółka, która powiedziała: „Bardzo ładnie, ale nie mogłabym mieszkać cały czas w takiej wakacyjnej atmosferze”.
Chorwaci sami się dziwią, gdy słyszą, że ktoś przyjechał do nich nie na wakacje, ale na stałe. Bo miejscowa młodzież – wręcz przeciwnie: wyjeżdża do krajów, w których można więcej zarobić. Ksenia jest profesjonalną artystką. W Ukrainie zajmowała się malarstwem, uczyła rysunku w kilku pracowniach w Kijowie i miała własny internetowy sklep z obrazami.
Wraz z wybuchem wojny ewakuowała się z trzyletnią córką najpierw do Polski, a następnie do chorwackiego miasteczka Vodice, gdzie w zeszłym roku otworzyła własną pracownię.

– To właśnie w Chorwacji zaczęłam malować pejzaże. Inspiruje mnie tutejsza przyroda, to niesamowite piękno – mówi. – Wyjeżdżając w pośpiechu z Kijowa zabrałam tylko pięć małych obrazów, które zmieściły się do torby. Trzy z nich sprzedałam na aukcji w Polsce. Później, po pół roku życia w Chorwacji, pojechałam do Ukrainy i wywiozłam wiele swoich obrazów i narzędzi pracy.
W Chorwacji udało mi się znaleźć lokum, którego właściciel zgodził się wziąć udział w programie rekompensaty za mieszkanie – w ten sposób zamiast 600 euro miesięcznie płacę na razie 300.
Jeśli chcesz samodzielnie wynająć mieszkanie, musisz zarabiać co najmniej 1300-1400 euro miesięcznie
W niektórych branżach, takich jak moja, są możliwości. Ja otworzyłam własną pracownię dzięki dotacji na rozwój działalności gospodarczej, którą otrzymałam z funduszy europejskich. To był długi i niełatwy proces, wiele niuansów i dokumentów, ale wszystko się udało. Od lata ubiegłego roku mam własną pracownię, która jest jednocześnie moim małym sklepikiem. Sprzedaję tam swoje obrazy, pamiątki, a także maluję na zamówienie.
Miejscowi już dobrze mnie znają – po przyjeździe do miasteczka sama zaczęłam poznawać ludzi. Nawiązałam znajomości w przedszkolu córki, w lokalnej bibliotece, potem zorganizowałam kilka indywidualnych wystaw – i napisała o mnie lokalna gazeta. Teraz mam już klientów zarówno wśród mieszkańców, jak turystów. Moja galerio-pracownia znajduje się w centrum miasta, wieczorami ludzie spacerujący promenadą wchodzą do środka i często coś kupują lub zamawiają. W sezonie pracownia jest otwarta do 23.

Zimą wszystko wygląda inaczej. To martwy sezon, więc w tym okresie dużo maluję, prowadzę też lekcje malarstwa i warsztaty. Lekcje są w języku chorwackim, który przez te trzy lata dobrze opanowałam. Nawiasem mówiąc, gramatyka chorwacka jest bardzo podobna do polskiej, niektóre słowa też. Chodziłam na kursy, miałam korepetycje, ale przez większość czasu uczyłam się sama. Prawdziwy postęp nastąpił wtedy, gdy przestałam bać się popełniać błędy. Poza tym większość Chorwatów dobrze zna angielski.
Jeśli bardzo chcesz, możesz nauczyć się języka i znaleźć tu możliwości rozwoju. Na przykład stypendium, które otrzymałam, nie jest przeznaczone tylko dla artystów – biznesy mogą być różne. W zależności od dziedziny działalności, można otrzymać od 7 do 20 tysięcy euro. Następnie, w razie potrzeby, można ubiegać się o inne stypendia, na przykład jeśli trzeba dokupić sprzęt.
Życie w Chorwacji ma swoje plusy i minusy. Dla mnie jako artystki plusy to oczywiście niesamowita przyroda i architektura. Tutaj na pewno jest skąd czerpać inspiracje. W Chorwacji jest dużo słonecznych dni, nawet zimą. Jest tu dość wietrznie, więc nawet w upale nie ma duchoty.
Kuchnia jest ciekawa, miejscowi bardzo lubią mięso. Często można zobaczyć na rożnie jagnię, dzika, a nawet krowę
Chorwaci świetnie przyrządzają raki, a do tego jest tu bardzo smaczna oliwa. Lubię też blitwę – to warzywo, podgatunek buraka.
Minusy to wysokie ceny. Teraz przyjechała do nas moja mama i na produkty spożywcze dla całej rodziny co kilka dni wydajemy 100 euro. No i ten martwy sezon, kiedy życie w mieście na kilka miesięcy po prostu zamiera. W Chorwacji jest też bardzo wysoka wilgotność, nie ma centralnego ogrzewania, więc zimą w mieszkaniach może pojawić się pleśń. Miejscowi są do tego przyzwyczajeni, ale Ukraińców często to szokuje.
To, że nie ma tu zasiłków socjalnych, jest jednocześnie i minusem, i plusem. Jesteś sam za siebie odpowiedzialny i nikomu nic nie jesteś winien.

Według chorwackich mediów najwięcej Ukraińców mieszka obecnie w Zagrzebiu, nadmorskiej żupanii [odpowiednik województwa – red.] splicko-dalmackiej oraz w północnym regionie Primorje-Gorski Kotar, wokół portu Rijeka. Jeśli chodzi o zatrudnienie, jednym z najbardziej poszukiwanych kierunków była i pozostaje branża hotelarska i restauracyjna – sezonowa praca jest tam zawsze. Ponadto, jak podaje lokalna prasa, obecnie w Chorwacji jest duże zapotrzebowanie na sprzedawców w sklepach i centrach handlowych, a także na budowlańców i specjalistów ds. rozwoju biznesu, którzy znają języki obce.
Niektórym Ukraińcom w Chorwacji udaje się nostryfikować dyplomy i znaleźć pracę zgodnie z wykształceniem. Wśród nich są lekarze. Jak informuje serwis jutarnji.hr, Chorwacka Izba Lekarska rozpatruje obecnie 16 wniosków o uznanie dyplomów medycznych z Ukrainy. Na chorwackim rynku pracy rzeczywiście brakuje lekarzy, ale dyplomy medyczne wydane w innych krajach trudno tu nostryfikować. Na przykład epidemiolożka Olga z obwodu ługańskiego powiedziała, że z powodu różnic w programach nauczania i biurokratycznych niuansów z 27 lat stażu pracy udało jej się potwierdzić tylko 12 i uzyskała prawo do pracy nie jako epidemiolog, a jako lekarz ogólny. By zostać wąskim specjalistą, musisz jeszcze przez pięć lat studiować na lokalnej uczelni.
Zdjęcia: prywatne archiwa bohaterek


Ukraińskie dzieci przebywające pod tymczasową ochroną we Francji nie są przepuszczane przez polską granicę
Nie pomogły ani zaświadczenia ze szkoły, ani ubezpieczenie zdrowotne
W rzeczywistości problem z dokumentami istnieje od początku pełnoskalowej inwazji Rosji. Kiedy tysiące Ukrainek z dziećmi przeniosły się do Francji, ustawowo przyznano im status tymczasowej ochrony. Dotyczyło to jednak wyłącznie osób dorosłych. Dzieci poniżej 18 roku życia we Francji nie mają żadnego oficjalnego dokumentu potwierdzającego, że przebywają w kraju pod tymczasową ochroną. Jedyny ślad znajduje się w polisie ubezpieczeniowej rodziców.
Do lipca tego roku polscy pogranicznicy przymykali na to oko, mimo że okres pobytu w strefie Schengen w ramach ruchu bezwizowego był już przekroczony.
Jednak w lipcu 2025 Polska niespodziewanie zaostrzyła procedury przy przekraczaniu granicy z Ukrainą. Ukraińcy zaczęli dzielić się negatywnymi doświadczeniami.
Alona Kutas napisała na stronie facebookowej „Pomoc w sprawach administracyjnych Ukraińców we Francji”:
— 17 lipca ja, moje dwie córki (30 i 16 lat), wnuczka (3,8 roku) oraz nasz pies dotarliśmy do przejścia granicznego Szeginie–Medyka. Szybko przeszliśmy ukraińską kontrolę… Ja i starsza córka mamy APS (tymczasową ochronę), nasze dzieci w wieku 16 i 3,8 lat — nie. W związku z tym mnie, starszą córkę i wnuczkę Polacy przepuścili, ale mojej 16-letniej córki już nie.
Wyjaśnię od razu, czemu wnuczka została wpuszczona — nie przekroczyła okresu bezwizowego. Moja 16-latka, oczywiście, tak — od ponad roku nie była w Ukrainie: uczyła się we francuskim liceum, w szkołach ukraińskich online, mieszkała w Paryżu. Została poproszona o przejście do pomieszczenia w celu wyjaśnienia sprawy.
Pokazaliśmy kierownikom służby celnej wszystkie dokumenty, jakie miała córka (ze szkoły, ubezpieczenie zdrowotne), a nawet pismo wydane przez ambasadę Francji z pełnymi informacjami o pobycie i nauce w Paryżu.
Po zapoznaniu się z tym dokumentem polski kierownik punktu powiedział: „Dokument jest w porządku, ale złamaliście prawo (przekroczenie dozwolonego okresu pobytu w strefie Schengen), więc proszę wracać do Ukrainy”. Ani łzy, ani prośby nie pomogły.
Najbardziej wstrząsnęła mną jednak sytuacja innej matki z dzieckiem z niepełnosprawnością. Chłopiec leżał na specjalnym łóżku, obok stała walizka pełna leków. Matka przez dziesięć minut podawała mu lekarstwa. Nie wiedziałam, jak im pomóc. Oni również wracali do Niemiec.
Nas i ich odesłano z powrotem na Ukrainę. W paszporcie córki umieszczono stempel „F” (oznacza przekroczenie dozwolonego okresu pobytu w ramach ruchu bezwizowego — red.). Córka ze łzami w oczach wróciła na Ukrainę.
Wyrobiliśmy nowy paszport, znaleźliśmy przewoźnika jadącego przez granicę rumuńską i bez problemów dotarliśmy do Paryża.
Inna matka, Liza Buryk z Lyonu, obrała inną drogę. Po własnych negatywne doświadczeniach na granicy zaczęła zbierać świadectwa od rodziców i wysyłać pisma do odpowiednich instytucji we Francji i na Ukrainie:
— To, co dzieje się teraz na polsko-ukraińskiej granicy latem 2025 roku, to stres, bezsilność i upokorzenie.
Te kobiety nie jechały do Ukrainy na wakacje, ale na pogrzeby, leczenie chorych rodziców, odnowienie dokumentów lub po prostu zobaczyć się z rodziną po ponad trzech latach wojny. Wiele z nich podróżowało z dziećmi, bo nie miały z kim ich zostawić. Bo dziadkowie zostali w Ukrainie, mężczyźni walczą a nawet jęli nie, to i tak nie mogą opuści Ukrainy.
I teraz, wracając do Francji, nie są przepuszczane przez polską granicę, bo dziecko nie ma oddzielnego dokumentu o ochronie tymczasowej.
Co ma zrobić kobieta z dzieckiem na rękach, bez niezbędnych dokumentów, bez noclegu, bez wsparcia?
Lisa wysłała ponad 30 listów do różnych instytucji. Około 6 z nich odpowiedziało, przekazując przydatne informacje lub zalecenia, 3 listy wróciły z przyczyn technicznych, a pozostałe – jak dotąd bez odpowiedzi.

Wyrabiajcie wizę powrotną lub jedźcie przez inne kraje
W ambasadach Ukrainy we Francji oraz Francji na Ukrainie skomentowano sytuację w ten sposób: dzieciom zaleca się wyrobienie wizy powrotnej (którą można uzyskać w konsulacie w Kijowie). Albo po prostu przekraczanie granicy z pominięciem Polski, wracając innymi drogami.
W szczególności ambasada Ukrainy we Francji oświadczyła:
„Ambasada Ukrainy we Francji w ostatnich dniach otrzymała dziesiątki zgłoszeń od ukraińskich stowarzyszeń i obywateli, którzy przebywają pod tymczasową ochroną w różnych regionach Francji, z prośbą o pomoc w rozwiązaniu sytuacji, która ma trwały, nieprzypadkowy charakter na przejściach granicznych przy wjeździe z Ukrainy do Polski.”
Podaje się, że wszystkim niepełnoletnim obywatelom Ukrainy poniżej 18 roku życia, którzy podróżują z ważnymi PGUWK w towarzystwie swoich rodziców lub opiekunów prawnych, polscy strażnicy graniczni odmawiają wjazdu do Polski i dalszego przejazdu do Francji. Uzasadniają to niedawnymi wewnętrznymi decyzjami i instrukcjami, a także brakiem francuskich zezwoleń na pobyt, powołując się na przekroczenie dozwolonego pobytu w strefie Schengen w ramach ruchu bezwizowego do 90 dni.
W związku z tym Ambasada zwróciła się do MSZ Francji z prośbą o poinformowanie MSW Polski lub podjęcie innych działań oraz udzielenie wyjaśnień w sprawie rozwiązania tej sytuacji. Ponadto Ambasada Ukrainy w Polsce podejmuje działania w celu uzyskania oficjalnych wyjaśnień od strony polskiej.
Do czasu uzyskania wyjaśnień od władz francuskich i polskich Ambasada Ukrainy zaleca, aby podczas podróży z Francji wybierać inne przejścia graniczne niż polskie — zarówno przy wjeździe do Ukrainy, jak i w drodze powrotnej.
Ze swojej strony Ambasada Francji w Ukrainie zaznaczyła:
„Nieletni, których rodziny korzystają z tymczasowej ochrony we Francji, nie mają prawa do uzyskania DCEM w prefekturze właściwej dla miejsca zamieszkania. W związku z niedawnymi trudnościami podczas przekraczania granic, zaleca się powrót do Francji z krajów posiadających bezpośrednie połączenia lotnicze, zwłaszcza spoza strefy Schengen.
Przypominamy, że wjazd do kraju jest wyłączną kompetencją danego państwa, a przyjęcie pasażerów — wyłączną odpowiedzialnością wybranej linii lotniczej.”
W przypadku zakazu przekroczenia granicy przy wjeździe do krajów strefy Schengen należy złożyć wniosek o wizę powrotu — visa retour — w dziale wizowym Ambasady Francji w Kijowie, zgodnie z procedurą opisaną na naszej stronie internetowej.
Wydanie tego rodzaju wizy podlega zgodzie terytorialnie właściwej prefektury, co może spowodować dodatkowy czas rozpatrywania wniosku wizowego. Zwracamy uwagę, że dział wizowy nie udziela konsultacji telefonicznych i prosimy o zapoznanie się z procedurą składania wniosku wizowego na stronie ambasady”.
Tym, kto najszybciej zareagował na sytuację, byli przewoźnicy autobusowi — zwiększając liczbę kursów przez granicę rumuńską i węgierską, gdzie obecnie wobec nieletnich obywateli Ukrainy nie ma zastrzeżeń. Jakie kolejne trasy obejściowe trzeba będzie znaleźć w przyszłości, pozostaje niejasne. Jest to problem systemowy, który należy rozwiązać na poziomie międzyrządowym. Jednocześnie w ambasadach obu krajów uznaje się to za „przejściowe trudności”.
Mamy nadzieję, że rzeczywiście będą one tymczasowe, a francuscy i polscy urzędnicy zareagują szybko — regulując procedurę powrotu ukraińskich rodzin, które znajdują się pod tymczasową ochroną państw europejskich, z Ukrainy do krajów UE.


Dopóki jest praca – trzymaj się jej
Przyjechały do Polski z dyplomami wyższych uczelni, cennym doświadczeniem i nadziejami. Każda z nich miała za sobą lata nauki, karierę, umiejętności i sporo nawiązanych kontaktów. A mimo to po przeprowadzce wszystko musiały zaczynać od zera.
Dla wielu Ukrainek pierwszym etapem była praca sprzątaczki. Dla innych – kuchnia lub nocne zmiany w magazynie. Niektóre nie zdołały wyjść poza pracę fizyczną, inne nauczyły się żyć inaczej: opanowały język polski, przekwalifikowały się i wróciły do swoich zawodów.
Według danych UNHCR i Deloitte w 2024 roku ukraińscy uchodźcy zapewnili 2,7% PKB Polski. Około 69% zdolnych do pracy Ukraińców znalazło zatrudnienie, niemal nie ustępując pod tym względem obywatelom Polski (72%). To głównie kobiety. Jednak według szacunków ekspertów ds. rynku pracy tylko 30% Ukraińców pracuje zgodnie ze swoimi kwalifikacjami. Reszta zmuszona jest godzić się na stanowiska, które nie odpowiadają ani ich doświadczeniu, ani wykształceniu.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nawet doświadczonym specjalistkom z dyplomami czasami przez całe lata nie udaje się wrócić do zawodu? Dlaczego część z nich pozostaje w pracy wymagającej niskich kwalifikacji? I czy zawsze jest to sytuacja bez wyjścia?
Porozmawiałyśmy z Ukrainkami pracującymi w Polsce. Zapytałyśmy o ich ścieżki zawodowe, o to, co działa najlepiej: dobre CV, networking – czy po prostu upór. Poprosiłyśmy też ekspertkę ds. rozwoju kariery o wyjaśnienie, co przeszkadza ukraińskim kobietom w budowaniu kariery za granicą i jak to zmienić.
Oto historie trzech kobiet, trzy bardzo różne doświadczenia. Każda z tych historii opowiada jednak o poszukiwaniu siebie w nowym świecie, wierze w siebie i rzeczywistości, która nie zawsze pokrywa się z oczekiwaniami.
Najgorsze to utknąć w miejscu
Kateryna (imię zmienione na prośbę bohaterki) przyznaje, że nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak długo potrwa poszukiwanie przez nią pracy. I dlatego czuje wstyd. Jednak w rzeczywistości jej wytrwałość i opanowanie zasługują na większy szacunek niż jakikolwiek wpis w CV.
Przyjechała z córką do Polski z Krzywego Rogu już na początku wojny. W Ukrainie miała stabilną karierę. Z wykształcenia jest ekonomistką, pracowała jako menedżerka projektów w prywatnej firmie. Jej dzień był zaplanowany co do minuty: spotkania, projekty, obowiązki. Wszystko zmieniło się w ciągu jednej nocy, kiedy musiała uciekać. W pierwszych miesiącach nie szukała pracy zgodnej z wykształceniem – trzeba było znaleźć jakiekolwiek źródło dochodu, aby przeżyć. Zajęła się sprzątaniem.
„To półtora roku sprzątania było trudne nie fizycznie, ale wewnętrznie. Jakbym wyszła z siebie. Ale wtedy uznałam, że w tej pracy nie ma nic wstydliwego. Po prostu musiałam wyżywić swoje dziecko. I jestem z tego dumna” – wyznaje.
Jednak wypalenie nadeszło szybciej, niż się spodziewała. Zrozumiała, że nie wytrzyma tak długo:
„Bardzo bałam się utknąć w miejscu. Wszyscy mówili: ‘Dopóki jest praca – trzymaj się jej’. A ja czułam, że potrzebuję czegoś innego. Że zniknę, jeśli szybko czegoś nie zmienię”
Poszła do szkoły policealnej, by zostać higienistką stomatologiczną. Gdy ją ukończyła, okazało się, że bez doświadczenia nikt jej nie weźmie:
„Wysłałam mnóstwo CV. W odpowiedzi – cisza. Szukali osób z doświadczeniem. Ale skąd mam mieć doświadczenie, skoro nikt mnie nie zatrudnia?”
W końcu znalazła pracę jako asystentka dentysty. Jednak godzin było niewiele, a szefowa jej zbytnio nie wspierała.
„Kiedy wszystko spoczywa na tobie, od mieszkania po szkołę dla dziecka, bardzo ważne jest, by praca była stabilna. Kiedy tego nie ma, wyczerpujesz się dwa razy szybciej”.

Znów zaczęła poszukiwania, tym razem w branży obsługi klienta. Polski zna już dobrze i uważa, że to główne narzędzie integracji:
„Język jest wszystkim. Bez niego nawet nie wezmą twojego CV do ręki. Znam dobrze polski, to moja podpora, ale sama znajomość języka to za mało”
Dziś Kateryna wysyła CV codziennie, dostosowując każde do konkretnej oferty. Nie korzysta z networkingu, bo nie ma w Polsce wielu znajomych.
„Uważam, że CV musi się czymś wyróżniać, przyciągać uwagę. Tylko wtedy jest szansa, że zostanie zauważone. Według moich obliczeń na 30 wysłanych CV może nadejść jedna odpowiedź. W branży obsługi klienta jest duża konkurencja, o jedno miejsce może ubiegać się nawet 100 kandydatów. Ale staram się nie traktować odmowy lub milczenia jako oceny mojej osoby. To, że mnie nie przyjęli, nie znaczy, że jestem zła. Po prostu to nie jest stanowisko dla mnie”.
Kateryna nie pozwala sobie na zwątpienie. Pamięta, jak długo pracowała jako sprzątaczka – i nie chce do tej roboty wracać. Jej główna zasada brzmi: nie odgrywać ofiary i wierzyć w siebie.
„Trzeba się zachowywać, jak gwiazda. Jeśli sama w siebie nie uwierzysz, nikt inny w ciebie nie uwierzy. Nie udaję. Po prostu pamiętam, że przetrwałam już więcej, niż mogłoby się wydawać. I myślę, że zasługuję na jeszcze więcej”
Nie trafiłam do apteki przez przypadek
Julia Astaszeniuk, farmaceutka z Odesy, ma dyplom uniwersytetu medycznego i ponad dziesięć lat doświadczenia pracy w aptece. Rozmawiała z pacjentami, wydawała leki. Ta praca wymagała fachowości, uwagi i empatii. Julia ją kochała.
„To nie tylko sprzedawanie tabletek. Musisz zrozumieć człowieka, wesprzeć go, wyjaśnić możliwości, pomóc. I oczywiście dobrze znać leki. Dla mnie to zawsze było coś więcej niż praca. To moje powołanie”.

Gdy wybuchła wojna na pełną skalę, Julia przez pewien czas pozostawała w Odesie. Jednak ciągłe ostrzały i poczucie zagrożenia skłoniły ją w końcu do opuszczenia miasta. Rok temu przeniosła się do Polski. Tutaj wszystko zaczęło się, jak u większości, od czystej karty: bez języka, bez znajomych, bez zrozumienia, jak działa lokalny rynek pracy. Ale miała mocne postanowienie: pozostać w zawodzie.
„Wiedziałam, że chcę wrócić do apteki. Nie mogłam sobie pozwolić na poddanie się. To byłaby zdrada samej siebie”.
Samodzielnie napisała CV po polsku i z teczką w ręku wyruszyła na pielgrzymkę po warszawskich aptekach:
„Wchodziłam i mówiłam: ‘Dzień dobry, jestem z Ukrainy, szukam pracy’. Ze strachem, łamaną polszczyzną, bez oficjalnego pozwolenia na pracę w zawodzie farmaceutki. Ale wierzyłam, że ktoś da mi szansę”.
Mijały tygodnie – i nic. Ktoś grzecznie odmawiał, ktoś inny nie miał czasu nawet porozmawiać, niektórzy w ogóle nie przeglądali jej CV. Wracała do domu rozczarowana, ale już następnego ranka wyruszała na kolejną wyprawę.
„Za każdym razem mówiłam sobie, że każda próba to krok do ‘tak’. Po prostu trzeba iść, dopóki nie otworzą się właściwe drzwi”
I w końcu się otworzyły. W jednej z aptek właścicielka zaproponowała rozmowę. Przyjęła Julię na stanowisko asystentki farmaceuty (pomoc apteczna). To dalekie od tego, co robiła w Ukrainie, ale była wdzięczna za szansę.
„Moja praca polega na przyjmowaniu towaru, układaniu go na półkach, sprzątaniu. Nie jestem farmaceutką ani nawet technikiem, jednak cieszę się, że znów jestem w aptece. Oddycham powietrzem, które znam. To już przełom”.
Oczywiście, nie obyło się bez wpadek. System, do którego przyzwyczaiła się w Ukrainie, tutaj nie działa: tam leki sortuje się według substancji czynnych, w Polsce – alfabetycznie. Łatwo się pomylić, więc trzeba być uważną.
„Było kilka sytuacji, kiedy coś źle ułożyłam i zwrócono mi uwagę. Tak, to bolało. Całe życie byłaś specjalistką, a teraz uczysz się od podstaw. Umiem doradzić, wziąć odpowiedzialność za poważne decyzje, a tutaj jestem „wynieś – przynieś ”. Szczerze mówiąc, nigdy w życiu tak dużo nie sprzątałam. Czasami to wyczerpuje psychicznie, a czasami jest naprawdę ciężko fizycznie. Ale nie pozwalam sobie na załamanie”.
Zespół ją szanuje, zwracają się do niej nawet: „pani magister”, chociaż zgodnie z przepisami nie ma prawa wydawać leków. Czasami koledzy dzwonią po godzinach, by dowiedzieć się, gdzie co leży, albo ustalić coś innego. Wiedzą, że jest doświadczona i rozumie, jak wszystko działa
„To trochę stresujące, ale też miłe. Bo to znaczy, że mi ufają, doceniają mnie, nawet jeśli formalnie jestem tylko asystentką”.
Mówi, że kultura apteczna w Polsce jest inna. Tutaj farmaceuci nie naciskają na sprzedaż, jak w Ukrainie. Wszystkie leki na receptę są wydawane wyłącznie na receptę. I zdaniem Julii tak powinno być.
„W Ukrainie trzeba było mieć plan sprzedaży i wykręcać go, jak się tylko dało. Nie wiem, jak to wygląda w polskich aptekach sieciowych, ale w mojej małej aptece wynagrodzenie nie zależy od tego, ile czego i za jaką kwotę sprzedałaś. Tutaj jesteś specjalistą, a nie sprzedawcą. Koleżanki czytają branżowe wiadomości, dzielą się informacjami, omawiają zmiany w przepisach. To inspirujące”.
Obecnie Julia poważnie rozważa nostryfikację dyplomu w Polsce. Wie, że nie będzie łatwo. Egzaminy, procedury biurokratyczne, dodatkowe kursy – wielu rezygnuje. Ale ona chce iść dalej.
„Przeszłam już tak wiele, że odwrót nie wchodzi w grę. Tak, to długie, męczące i wymaga pieniędzy, ale wiem, po co mi to. Chcę znowu pracować jako farmaceutka. Nie trafiłam do apteki przez przypadek. I zostanę w niej bez względu na to, jak będzie trudno”.
IT nie tylko dla programistów
Wiktoria Ławryk przyjechała do Polski wraz z mężem jeszcze w 2017 roku. Wyższe wykształcenie zdobyła w Kijowie, na Narodowym Uniwersytecie Technologii Żywności, gdzie studiowała hotelarstwo i gastronomię. Jej pierwsze kroki w nowym kraju były jakby logiczną kontynuacją specjalności. Tyle że w zupełnie innych realiach.
„Zaczęłam pracować jako kelnerka w hotelowej restauracji. Nie było w tym nic ekscytującego. Ciężka fizyczna praca, ciągłe stanie na nogach, ciężkie tace, naczynia, zmęczenie. I było to trudne również emocjonalnie. Masz wyższe wykształcenie, pragniesz rozwoju, a zaczynasz od najniższego szczebla. I bardzo chcesz jak najszybciej go pokonać”.

Potem przeniesiono ją do recepcji. Wydawałoby się – awans…
„To był ogromny stres. Praca na nocnych zmianach, czasami byłam kompletnie sama. Zmęczenie, odpowiedzialność, sytuacje awaryjne z klientami, którzy mogli wybuchnąć bez powodu. A do tego ciągłe poczucie, że jesteś obca. Jesteś ‘Ukrainka’ – a więc musisz udowodnić, że jesteś godna zaufania. Było sporo uprzedzeń. Nawet jeśli wszystko robisz dobrze, to może nie wystarczyć”.
Po roku pracy w branży hotelarskiej uznała, że ma dość. Polski znała już dosyć dobrze, zaczęła szukać innych możliwości
Znajomi polecili ją polskiej firmie zajmującej się sprzedażą wody pitnej. Dostała posadę kierownika ds. sprzedaży.
„To doświadczenie wiele mi dało: nauczyłam się komunikować z klientami, budować relacje, lepiej rozumieć procesy biznesowe, poprawiłam polszczyznę w piśmie. Ale z czasem zaczęło mi być „ciasno” — zapragnęłam większej dynamiki, rozwoju, środowiska, w którym ludzie mają ambicje”.
Zwróciła oczy w stronę IT. Nie miała wykształcenia technicznego, więc zapisała się na indywidualne kursy online – po pracy. Zaczęła od podstaw: czym jest e-commerce, jak działa strona internetowa, jak zarządzać projektami cyfrowymi.
„Wielu uważa, że IT to coś dla programistów i „matematycznych maniaków”. Tymczasem jest wiele stanowisk, na których najważniejsze są analityczne myślenie, umiejętność komunikowania się i organizowania procesów. Jeśli umiesz obsługiwać komputer, możesz się tego nauczyć”.
I znów dzięki znajomym trafiła na rozmowę kwalifikacyjną – tym razem do międzynarodowej firmy. Obecnie pracuje jako E-commerce Project Manager: odpowiada za działanie strony internetowej, koordynuje produkty online, pracę programistów i projektantów, kontaktuje się z klientami i kontrahentami.
Nie ukrywa, że na początku wstydziła się mówić znajomym, że szuka pracy. Wydawało się jej, że to oznaka słabości. Teraz uważa, że to właśnie networking stał się dla niej punktem zwrotnym.
„Kiedyś bałam się prosić o coś, mówić o sobie. Ale trzeba nauczyć się „sprzedawać” siebie, opowiadać o swoich mocnych stronach. Inaczej nikt o tobie się nie dowie”.
Najbardziej Wiktoria ceni sobie zmianę nastawienia do niej. W nowym środowisku nie oceniają jej już przez pryzmat narodowości czy akcentu
„Im bardziej wykształceni i otwarci są ludzie wokół, tym mniej dyskryminacji. W moim otoczeniu nie liczy się, skąd jesteś, ale co potrafisz i jak pracujesz. To bardzo dodaje otuchy”.
Wie, że miała łatwiej niż wielu innych – przyjechała jeszcze przed wybuchem wojny, była młoda, bez dzieci, rozumiała, na co się decyduje. Jest jednak przekonana, że w każdych warunkach ważne jest to, by nie tracić wiary w siebie.
„Trzeba mówić, pytać, uczyć się, szukać. Nikt nie przyniesie ci wymarzonej pracy na tacy. Ale jeśli uwierzysz, że jesteś w stanie – to szansa się pojawi. Nie jestem idealna. Jestem po prostu uparta i się nie poddałam”.
Opowiedziała swoją historię, bo chce dodać otuchy innym Ukrainkom – zwłaszcza tym, które przyjechały do Polski po 2022 roku.
„Tak, one mają trudniej, ale nawet z najniższego punktu można się podnieść. Najważniejsze to iść naprzód i się nie zatrzymywać”.
Główna trudność to język – choć nie tylko
Anna Czernysz, doradczyni ds. kariery z ponad 15-letnim doświadczeniem w HR i rekrutacji, mieszka w Polsce od dziesięciu lat. Ma wyższe wykształcenie pedagogiczne i ekonomiczne. Po przeprowadzce ukończyła szkolenie z coachingu i doradztwa zawodowego. Pracuje w organizacjach charytatywnych. Ukrainkom doradza w zakresie poszukiwania pracy, sporządzania CV, przygotowania do rozmów kwalifikacyjnych. Oto jej spostrzeżenia na temat typowych trudności, z którymi borykają się Ukrainki szukające pracy w Polsce.

O głównych barierach na polskim rynku pracy
„Główna trudność to język. Bez znajomości polskiego znalezienie pracy wymagającej wyższych kwalifikacji jest prawie niemożliwe – tym bardziej jeśli kandydatka ubiega się o stanowisko wymagające komunikatywności (kadry, marketing, nauczycielka, sekretarka). W tym przypadku wymagania językowe są na pierwszym miejscu. A na wielu stanowiskach, zwłaszcza w firmach międzynarodowych, wymagana jest również znajomość angielskiego na poziomie nie niższym niż B2. Często Ukrainkom brakuje podstawowych umiejętności „biurowych”, na przykład pracy z programem Excel.
Oprócz języka poważną barierą jest konieczność przekwalifikowania się, nostryfikacji dyplomu, budowania kariery praktycznie od zera. Ludzie boją się konkurencji z lokalnymi specjalistami, boją się rozmów kwalifikacyjnych. Często po prostu nie wierzą, że dadzą radę. To powszechne, więc właśnie tu ważne jest wsparcie, planowanie i profesjonalna pomoc.
Dlaczego Ukrainki „utknęły” w pracy wymagającej niskich kwalifikacji
Często dzieje się tak nie dlatego, że tego chcą, ale dlatego, że po prostu nie mają zasobów na coś innego: brakuje czasu, siły i wsparcia, by uczyć się języka, przekwalifikować się lub szukać czegoś lepszego.
Ale czasami jest odwrotnie: uzyskawszy stabilny dochód, ludzie boją się ryzykować. Przyzwyczajają się i pozostają tam, gdzie im wygodniej, nawet jeśli ta praca nie pozwala w pełni wykorzystać swojego potencjału.
O dostosowaniu CV i przygotowaniu do rozmowy kwalifikacyjnej
Nie ma czegoś takiego jak „ukraiński” czy „polski” format CV. Istnieją za to różne style i ważne jest, by wybrać ten, który najlepiej pasuje do danego stanowiska. Często nawet specjaliści nie orientują się w tym wystarczająco dobrze, dlatego radzę przynajmniej raz skonsultować się z profesjonalistą. To pomoże uniknąć typowych błędów.
Jeśli chodzi o rozmowę kwalifikacyjną, typowym błędem numer jeden jest brak przygotowania. A trzeba – na podstawie własnego CV, pod konkretne stanowisko. Prowadzę szkolenia-rozmowy kwalifikacyjne właśnie z tego zakresu.
Kolejnym częstym błędem jest nadmierna trema. Jeśli zbyt mocno chcesz tej pracy, tworzy się wewnętrzna presja. Tu pomagają ćwiczenia oddechowe, aktywność fizyczna.
Często ludzie nie rozumieją specyfiki polskiej kultury komunikacji: trzeba być uprzejmym, powściągliwym i znać typowe pytania z rozmowy kwalifikacyjnej, na przykład: „Opowiedz o swoim sukcesie” lub: „Dlaczego właśnie ty?”.
Jak skutecznie szukać pracy
Z mojego doświadczenia wynika, że pracę najczęściej znajdują osoby, które szukają jej aktywnie i celowo. Ważne jest tutaj kompleksowe podejście. Warto wykorzystać wszystkie kanały: profesjonalne strony internetowe, specjalistyczne grupy na Facebooku, LinkedIn (w przypadku ofert pracy biurowej), znajomości, rekruterów, targi pracy.
Ważne jest jednak, by szukać tam, gdzie to ma sens. Na przykład sprzątaczek nie szuka się przez LinkedIn, ale księgowych czy menedżerów – już tak.
Od czego ma zacząć kobieta z dyplomem, ale niepracująca w swoim zawodzie
Zacznij od języka. Polski – koniecznie, angielski – bardzo pożądany. Poziomy B2 to już dobry start. Następnie musisz zdecydować: wrócić do swojego zawodu czy zmienić kierunek. Rozważ plusy i minusy, czas, koszty. Jeśli trudno ci samodzielnie podjąć decyzję, skontaktuj się z doradcą zawodowym. Czasami jedna konsultacja może zaoszczędzić miesiące niepewności.
Zdjęcia: prywatne archiwa bohaterek
Projekt jest współfinansowany ze środków Polsko-Amerykańskiego Funduszu Wolności w ramach programu „Wspieraj Ukrainę”, realizowanego przez Fundację „Edukacja dla Demokracji



Socjolog: skala wyzwań związanych z imigracją w Polsce jest raczej wyolbrzymiona
W połowie lipca w całej Polsce odbyły się manifestacje przeciwko nielegalnej imigracji. Z kolei 11 października PiS zapowiada kolejny marsz, do wzięcia udziału, w którym wzywa „wszystkie siły patriotyczne”.
Ponowne podjęcie kwestii nielegalnej migracji stało się jednym z centralnych tematów politycznych w kraju i zmobilizowało liczne grupy społeczne do protestów ulicznych. Wywołało ono niepokój nie tylko wśród cudzoziemców, którzy dotarli do kraju legalnie, lecz także wśród obywateli Polski różnego pochodzenia etnicznego.
Socjolog z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, prof. Krzysztof Podemski, zauważa, że chociaż migracja jest globalnym wyzwaniem, migranci w Polsce wciąż stanowią stosunkowo niewielką część społeczeństwa – najwyżej około 6-7 proc.
Jego zdaniem, takie liczby i skala problemów z nimi związanych nie uzasadniają radykalnej retoryki politycznej.
Migracja może oznaczać zarówno szanse, jak i wyzwania. Jednak skala tych wyzwań, z którymi mierzymy się w Polsce, jest raczej wyolbrzymiona.
Pytany o trudności związane z przybyszami, Podemski ocenił, że obecność migrantów może wywoływać pewne napięcia, szczególnie na rynku pracy oraz w sferze relacji interpersonalnych, zwłaszcza matrymonialnych, którym często nie poświęcano wystarczającej uwagi.
Niemniej jednak migranci z jednej strony w wielu obszarach wzbogacają życie społeczne i kulturalne w Polsce, a z drugiej – często ratują rynek pracy. Wkład Ukraińców – największej grupy imigrantów w Polsce – w takie branże jak opieka i hotelarstwo jest bezcenny.
Natomiast prawicowe siły polityczne w Polsce często projektują na Polskę sytuację znaną nam z Zachodniej Europy, grając na ludzkich lękach. W socjologii to nazywa się sianiem paniki moralnej – wyjaśnia Podemski. - Pokazują Polskę jako „wyspę bezpieczeństwa”, a jednocześnie rozpowszechniają mit o pladze przestępczości etnicznej, czego nie potwierdzają statystyki MSWiA – dodaje.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opublikowało dane, z których wynika, że udział cudzoziemców w najcięższych przestępstwach – jak morderstwa i gwałty – maleje: w 2023 roku było 565 morderstw i 40 podejrzanych cudzoziemców; w 2024 – 503 morderstwa i 32 podejrzanych cudzoziemców; a w 2025 – 272 morderstwa i 13 podejrzanych cudzoziemców.
Natomiast dane policji z pierwszego półrocza 2025 roku wskazują, że w porównaniu z rokiem ubiegłym nieco wzrasta liczba przestępstw z nienawiści na tle rasowym, etnicznym, wyznaniowym lub homofobicznym. Jak poinformowała PAP podkom. Iwona Kijowska z Komendy Głównej Policji, w 2024 r. stwierdzono ogółem 761 takich przestępstw, a w pierwszej połowie tego roku (do końca czerwca) zanotowano ich 469.
Socjolog zwraca uwagę także na nieścisłości terminologiczne w użyciu pojęć „migrant” i „uchodźca” w debacie publicznej oraz na coraz bardziej negatywne ich konotacje w mediach. Podemski uważa, że swoją rolę w podsycaniu antyimigracyjnej histerii odgrywa też część klasy politycznej.
Straszą nas nielegalnymi migrantami, ale niemal nikt nie wspomina o tym, że działania tzw. „patrolów” i „bojówek”, które samowolnie ochraniają ulice i przejścia, są też nielegalne.
W ocenie socjologa, antyimigracyjny wigilantyzm (obywatelski ruch samoobrony – PAP) zwiększa poziom napięć społecznych, obniża zaufanie do instytucji państwowych i sprzyja radykalizacji działań w polityce migracyjnej.
Podemski uważa, że pogorszenie stosunku Polaków do obcokrajowców może spowodować spadek atrakcyjności Polski jako miejsca do życia i pracy, co w perspektywie długoterminowej będzie miało negatywny wpływ na poziom innowacyjności i rozwój gospodarczy kraju.
Swoje obawy w związku z antyimigracyjną retoryką wyrazili już przedstawiciele społeczności romskiej i wietnamskiej. Zaapelowali do premiera Donalda Tuska o stanowczy sygnał władz, że w Polsce nie ma przyzwolenia na dyskryminację, rasizm czy ksenofobię.
Na dzień przed protestami środowisk prawicowych w lipcu, ukraińskie przedstawicielstwo Rzecznika Praw Obywatelskich w Polsce wezwało obywateli Ukrainy do powstrzymania się od udziału w masowych zgromadzeniach. Z podobnym przesłaniem zwróciły się do swoich pracowników ambasady Stanów Zjednoczonych, a także Japonii w Polsce.
Ukrainka Natalia, która przyjechała do Polski sześć lat temu na stypendium naukowe powiedziała PAP, że dostrzega zmiany w postawie Polaków wobec Ukraińców. - Od powściągliwości, przez solidarnościowy entuzjazm, po, niestety, skrajnie negatywne reakcje. Teraz wolę nie mówić po ukraińsku w komunikacji miejskiej ani nie pisać proukraińskich komentarzy w mediach. Nie dlatego, że się boję, tylko po to, aby chronić swoje siły emocjonalne – powiedziała kobieta.
Z badania Deloitte, przeprowadzonego na zlecenie Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR), wynika, że obecność uchodźców z Ukrainy w 2024 wygenerowała 2,7 proc. PKB Polski. Stało się to możliwe, gdyż, według UNHCR, stopa zatrudnienia wśród uchodźców wojennych wynosi 69 proc., co stanowi niewiele mniejszy odsetek w porównaniu do obywateli Polski (75 proc.). Jednak pozytywny przekaz dotyczący migrantów w Polsce dociera nie do wszystkich i coraz częściej ustępuje narracji o nadużyciach i niewdzięczności, zwłaszcza ze strony Ukraińców, oraz o ciężkich przestępstwach popełnianych przez osoby z państw o odmiennych kulturach.
- Niestety, sama doświadczyłam, jak działają stereotypy i jak nas wszystkich Ukraińców wrzucano do jednego wora - powiedziała PAP Natalia z Ukrainy. - Czasem wydaje się, że na przykład stosunek właściciela mieszkania, które wynajmuję, zmienia się nie przez nasze rozmowy, lecz z powodu zmiany przekazów o Ukraińcach w telewizji albo pogorszenia relacji między państwami – dodała.
Wiktoria, inna Ukrainka, która przyjechała do Polski po lutym 2022 roku, a teraz pracuje tu i płaci podatki, narzeka na to, że jej poczucie bezpieczeństwa bywa zagrożone.
Podczas jednej sytuacji w komunikacji hejtujące komentarze były skierowane przeciwko młodym chłopakom (Ukraińcom – PAP), co jeszcze byłoby pół biedy. Jednak pewnego razu, na moich oczach, mężczyzna i kobieta obrzucili wyzwiskami matkę z dziećmi – opowiedziała dziewczyna.
„Na szczęście ksenofobia w internecie jeszcze nie oddaje rzeczywistego poziomu postrzegania Ukraińców. Wiele osób ma polskich przyjaciół lub partnerów. Jednak widzę, że sytuacja pogarsza się z dnia na dzień. Jestem przekonana, że bez migrantów wiele firm po prostu by upadło, co spowodowałoby spadek popytu i miejsc pracy. Nie sądzę więc, żeby Polska bez migrantów wyglądała atrakcyjnie – podsumowała Wiktoria.
Ihor Usatenko (PAP)
Op. Roman Hawryszczak


Dbanie o siebie to nie egoizm
Ukrainki, z którymi rozmawiałam, na różne sposoby odnalazły drogę powrotną do samych siebie. Niektóre zgodziły się podzielić swoją historią.
Jak te z nich, które mieszkają w Polsce, na nowo uczą się okazywać troskę o siebie. Dlaczego czują się winne? I co się zmieniło w ich podejściu do piękna?
Poczucie winy trwa do dziś
41-letnia Wira Fedorenko z Kijowa przed wojną pracowała jako menedżerka w restauracji. W 2022 roku wraz z nastoletnim synem przeniosła się do Warszawy, gdzie obecnie pracuje jako administratorka w sali zabaw „Tęcza”.
Przed przeprowadzką zawsze dbała o swój wygląd i zdrowie. Co trzy tygodnie – manicure, co cztery – fryzjer. Regularne wizyty u ginekologa i dentysty, raz w roku mammografia i kurs masażu pleców. Ulubione rytuały jako atrybuty dnia: rano filiżanka herbaty z cytryną przy oknie z widokiem na miasto, wieczorem spacer ulicą, niezależnie od pogody.
Po przeprowadzce wszystko się zmieniło. Nowe życie w Polsce stało się próbą. Na pierwszych etapach adaptacji brakowało jej sił nawet na najprostsze rzeczy, które wcześniej dawały poczucie normalności i stabilności:
– Nie miałam ochoty robić makijażu, fryzury, ładnie się ubierać. Nie miałam siły na rytuały, nawet spacery nie sprawiały mi przyjemności.

Podobnie jak wiele z nas, Wira przeżyła okres, kiedy wszelkie przejawy troski o siebie wydawały się jej czymś nie na miejscu. Jej uwaga skupiła się na przetrwaniu. Przełomem była wizyta u psychologa. Po niej Wiera zaczęła się odbudowywać. Krok po kroku.
– Zaczęłam znowu farbować włosy, ale już sama. Do fryzjera chodzę teraz raz w roku. Manicure i pedicure też robię w domu. Staram się regularnie chodzić do lekarzy, choć nie udaje mi się to tak często jak wcześniej. Za to wydaję teraz mniej na pielęgnację, bo większość zabiegów zastąpiłam domowymi. Jedyne, na czym nie oszczędzam, to masaż – ostatnio bardzo bolą mnie plecy.
Codzienne rytuały powróciły, ale uległy zmianom: rano mocna kawa z mlekiem, przeglądanie wiadomości, obowiązkowy telefon do mamy do Kijowa, by dowiedzieć się, jak minęła noc. Wira odnajduje spokój w drobiazgach:
– Kupić sobie bukiet kwiatów, spotkać się z przyjaciółką na mieście, pospacerować po parku lub lesie. To na chwilę przywraca mi poczucie harmonii.
Na pytanie, czy czuje się winna, że podczas wojny „myśli o sobie”, odpowiada:
– Poczucie winy jest we mnie obecne również teraz. Przecież moja mama jest w Ukrainie, a ja tutaj. Ale jest jej spokojnie na duszy, kiedy wie, że u nas wszystko w porządku.
Z Ukrainy przywiozła swoje ręczniki, ikony i modlitewnik. Co niedzielę robi sobie maseczkę do twarzy według rodzinnego przepisu – z płatków owsianych i miodu.
– Ta maseczka według przepisu mamy to mój bardzo ważny rytuał. Jakby uścisk z domu
Na pytanie, jakie nawyki w pielęgnacji mogłaby przejąć od Polek, Wira odpowiada, że w polskiej kulturze ceni się „zdrowy wygląd” – czystą skórę, delikatny makijaż, schludny wygląd. Polki, podobnie jak Europejki, często używają odcieni naśladujących naturalny kolor twarzy, tuszu do rzęs i błyszczyka do ust, podkreślają brwi – i wielu to wystarcza. Takie podejście okazało się jej bliskie. Dbanie o siebie jest obecnie niezbędnym minimum, które pomaga Wirze zachować wewnętrzną równowagę:
– Kiedy dbam o siebie, czuję się silniejsza i zdolna do działania, do pójścia naprzód.
Spojrzałam w lustro i nie poznałam siebie
47-letnia Oksana przyjechała z córką do Polski z Krzywego Rogu latem 2022 roku. W pierwszych miesiącach po przeprowadzce nie miała dla siebie czasu. Najważniejsze było znalezienie pracy i niezałamanie się psychicznie.
– Pracowałam jako sprzątaczka w mieszkaniach, biurach, domach – wspomina. – Zgadzałam się na wszystko, bo trzeba było płacić za mieszkanie i odkładać choć trochę pieniędzy. Wracałam do domu tak zmęczona, że nie miałam siły nawet jeść. Jeśli kładłam się przed północą, to już był sukces. O dbaniu o siebie nie było mowy. Wydawało się jej, że to drobiazgi, które nie mają znaczenia, kiedy jesteś na skraju wyczerpania.
– Nie malowałam się, nie używałam kremów. Włosy miałam po prostu związane w kucyk.
Myślałam: przeżyję – i wtedy do tego wszystkiego wrócę
Poza tym przychodzenie do sprzątania umalowaną wydawało się jej bez sensu.
Kiedy po roku spojrzała w lustro, nie poznała siebie.
– Wszystko wyglądało normalnie, ale twarz była taka zmęczona. Postarzałam się... Nie poznałam siebie – skóra była matowa, oczy przygasłe. To było bolesne.
To był przełom. Postanowiła: dość „przetrwania”. Zaczęła od drobnych rzeczy.
– Na początek po prostu zaczęłam myć włosy każdego ranka, tak jak kiedyś w domu. Potem kupiłam krem – zwykły, niedrogi, ale o przyjemnym zapachu. To już był jakiś krok. Następnie – farba do włosów.
Niedawno po raz pierwszy od trzech lat zrobiłam sobie brwi w salonie. I wiesz – popłakałam się. Jakby wróciła część dawnej mnie
Nadal dużo pracuje, ale teraz znajduje już czas na proste rytuały, które ją podtrzymują.
– W każdą niedzielę – gorąca kąpiel z solą. Słucham muzyki z lat 80. albo po prostu leżę w ciszy. I jeszcze biżuteria; znowu zaczęłam ją nosić. To drobiazg, ale kiedy zakładam kolczyki, przypominam sobie, że nie jestem tylko kobietą zarabiającą na życie. Jestem też po prostu kobietą.
Według Oksany Polki inwestują w wysokiej jakości pielęgnację skóry: używają kremów, serum, toników, peelingów, maseczek – często lokalnych marek. Ich kosmetyki są w większości naturalne, bez ostrych zapachów i agresywnych składników. To podejście wpłynęło również na wybór Oksany: teraz zamiast kilku tanich produktów kupuje jeden, ale naprawdę dobrej jakości.
– Staram się brać przykład z miejscowych kobiet, wydają mi się takie zadbane. Nawet trochę mam kompleksy...
Rozumiem, że nie jestem już taka, jak kiedyś. Ale nie jestem też już taka, jaka byłam w 2022 roku. I to mnie cieszy
Teraz robię dla siebie więcej niż kiedyś w Ukrainie
Przed wojną 42-letnia Wiktoria Bożedaj była urzędniczką państwową w Charkowie. Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji wraz z synami wyjechała do Warszawy. Zawsze była osobą kreatywną – szyła, pisała wiersze, malowała. Jedno z tych hobby stało się jej głównym zajęciem za granicą: obecnie pracuje jako krawcowa w małej firmie produkującej damską odzież.
.avif)
Zawsze o siebie dbała, ale emigracja i stres odbiły się na jej wyglądzie.
– Z powodu stresu zaczęły mi bardzo wypadać włosy, więc szukałam sposobu, by sobie pomóc – mówi. – Psychicznie było mi ciężko. Musiałam zapewnić dzieciom dach nad głową. Ale dość szybko wróciłam do domowych zabiegów pielęgnacyjnych. I teraz, szczerze mówiąc, robię dla siebie więcej niż wcześniej w Ukrainie. Bo w tych warunkach uważam to za konieczność.
Rytuały pielęgnacyjne stały się dla niej punktem oparcia w trudnych realiach życia.
– Kremy na noc i na dzień, filtr SPF, serum pod oczy, peeling, maseczki – to moje must have. Włosy pielęgnuję balsamami, maskami, termoochroną. I oczywiście lekki makijaż na co dzień. Manicure robię sama – kupiłam lampę, narzędzia, lakiery. To wygodne i ekonomiczne.
Szczególną uwagę przywiązuje do sylwetki:
– Poczułam, że przez stres zaczęłam przybierać na wadze, co bardzo mnie zasmuciło. Wtedy przeszłam kilka maratonów odchudzających z ukraińskimi trenerami, zaczęłam też uprawiać jogę, chodzić na basen, więcej spacerować.
Wróciłam do formy – i to dodało mi siły
W tych wszystkich aktywnościach Wika wybiera środowisko ukraińskojęzyczne:
– Joga – z ukraińską instruktorką. Kosmetyczka, fryzjerka, depilacja – też nasze dziewczyny. Czuję, że one lepiej wiedzą, czego potrzebuję.
Czy zauważa różnicę w podejściu do dbania o siebie między lokalnymi kobietami a Ukrainkami?
– Krawcowe, z którymi pracuję, znacznie mniej o siebie dbają. Do fryzjera idą maksymalnie raz na kilka miesięcy. Manicure – nie zawsze. Zauważyłam natomiast, że w Polsce panuje kultura regularnej profilaktyki (w szczególności pielęgnacji twarzy, zębów, ciała), nawet w młodym wieku. Na przykład filtr SPF stosuje się codziennie, a nie tylko na wakacjach.
Wiktoria jest przekonana, że piękny wygląd nie jest kwestią statusu, ale wewnętrznego przyzwolenia, zasobów i potrzeby.
– Ja po prostu kocham sukienki, kocham ładnie wyglądać każdego dnia. Nie potrzebuję do tego żadnego pretekstu.
Dba też już o swoje zdrowie psychiczne.
– Chodzę na wieczory poetyckie, arteterapię, do psychologa. To też jest dbanie o siebie. I dla mnie to wybór życia.
Dbanie o siebie to teraz mój zawód
33-letnia Tetiana Basowa przez kilka lat pracowała w Charkowie jako kolorystka, chociaż ma wykształcenie techniczne. Po wybuchu wojny została wolontariuszką. Przyjechała do Warszawy dosłownie na 4 dni, ale nieoczekiwanie dla siebie bardzo szybko znalazła pracę.
– Po prostu napisałam do pewnego prestiżowego salonu, że chcę być asystentką fryzjerki. Byłam pewna, że nie przejdę selekcji, ale przyjęli mnie od razu – albo z litości, albo we mnie uwierzyli. Tak to wszystko się zaczęło.

Na początku pracowała w salonie nastawionym na polskich klientów, obecnie – w salonie ukraińskim, gdzie większość klientek to Ukrainki. No, i pracuje też na własny rachunek. Nie widzi zasadniczej różnicy w podejściu do pracy – może poza tym, że Polki nie prowadzą tak często i aktywnie jak Ukrainki kont na Instagramie. Zamiast tego korzystają z serwisów takich jak Booksy [darmowa aplikacja do rezerwacji wizyt u fryzjerki czy manikiurzystki – red.].
Tetiana przyznaje, że w pierwszych miesiącach wojny trudno jej było pozwolić sobie nawet na najprostsze rzeczy.
– Oszczędzałam na wszystkim, kupno kremu wydawało mi się luksusem. Bardzo długo nie farbowałam włosów, nie strzygłam się, nie robiłam manicure.
Ale z czasem zrozumiałam, że mam jedno życie. I że kiedy robię coś dla siebie, to nie tylko wydaję pieniądze, ale także wspieram innych: daję im np. zarobić na podatki czy darowizny
Teraz Tetiana ma całą kolekcję słoiczków z kosmetykami, o których istnieniu wcześniej nie miała pojęcia. Największą radość i pewność siebie czerpie z zabiegów kosmetycznych. Do kosmetyczki jeździ specjalnie do Ukrainy.
– Owszem, to nie jest tanie, ale uczucie po zabiegach jest niesamowite. Ktoś wydaje zarobione pieniądze na ubrania albo przysmaki, a ja na zabiegi kosmetyczne i SPA. W dzieciństwie myliśmy się jednym mydłem, nikt nie uczył mnie dbania o siebie. Teraz świadomie pozwalam sobie na więcej. I jeszcze – przedłużanie włosów. Czasami sama się dziwię, jak dodatkowe 20 gramów włosów może tak zmienić człowieka!
A jak wygląda dbałość o pielęgnację u ukraińskich i polskich kobiet?
– To stereotyp, że Ukrainki są bardziej zadbane. Widziałam wiele stylowych Polek, szczególnie imponują te po 50. roku życia. Natomiast młodzież czasami przesadza: zbyt długie rzęsy albo paznokcie. Polki są przeważnie bardziej oszczędne, niektóre chcą zniżek i żeby było szybko i niedrogo. Istnieje opinia, że Polki rzadziej decydują się na wstrzykiwanie, konturową plastykę czy botoks – w przeciwieństwie do Ukrainek, dla których takie zabiegi stały się normą. Jednak wydaje mi się, że Polki raczej przechodzą z jednej skrajności w drugą. Natomiast Ukrainki w ostatnich latach coraz bardziej cenią sobie naturalność – styl old money.
Większość Ukrainek nie wie, co będzie dalej, dlatego chcą takiego farbowania, które będzie wyglądało naturalnie i nie będzie wymagało częstego odświeżania
Często czuję się nie tylko kolorystką, ale także psycholożką. Szczególnie w pierwszych miesiącach wojny dziewczyny przychodziły porozmawiać, pogadać o tym, jak im ciężko. Teraz fotel w salonie to miejsce, gdzie można się zrelaksować.
Ogólnie wojna i emigracja mają na nas ogromny wpływ. Nasze dziewczyny mimo wszystko starają się dbać o siebie, chociaż wiele z nich zrezygnowało już z manicure czy skomplikowanego farbowania włosów; wybierają prostsze rozwiązania. Ale zawsze wyglądają schludnie. Nawet za granicą, mimo wojny, trzymamy poziom.
Dać innym coś prawdziwego
– Dbanie o siebie to podstawowy mechanizm psychiczny, który pomaga zachować stabilność, wewnętrzną obecność i kontakt ze sobą. Dlatego kiedy notorycznie ignorujemy własne potrzeby, emocje i granice, stopniowo zanika w nas energia, sens, zdolność odczuwania. Jakbyśmy psychicznie „traciły siebie” – przekonuje Oksana Wozniuk, psycholożka i psychoterapeutka z Narodowego Stowarzyszenia Terapeutów Gestalt Ukrainy.
– Poczucie winy z powodu dbania o siebie jest częstym zjawiskiem, zwłaszcza u osób, które od dzieciństwa uczono, by były „wygodne”, „silne” albo w ogóle „niewidoczne”. Zarazem to nie jest twoja prawdziwa natura – to tylko nabyte doświadczenie. Dlatego można to zmienić.
Psycholog radzi:
• uświadom sobie, skąd bierze się w tobie poczucie winy i czyj „głos” rozbrzmiewa w twojej głowie;
• pozwól sobie na pragnienia, odpoczynek, osobiste granice;
• przypominaj sobie: dbam o siebie nie „zamiast innych”, ale dla życia, obecności, ciepła. Zarówno dla siebie, jak dla tych, których kocham.
Dbanie o siebie nie jest ucieczką, ale drogą do głębszej więzi ze światem. Im bardziej jesteś dla siebie, tym więcej czegoś prawdziwego możesz dać innym. Nie z obowiązku, ale z miłości
Szczerze podziwiam nasze kobiety. To, jak się trzymają, jak potrafią same tworzyć piękno, jak pozostają czarujące, mimo okoliczności. I wiecie co? Po rozmowie z nimi zdecydowałam się kupić sobie nowe perfumy.


Słaba Rosja to szansa dla Białorusi
„Wąsata frytka” lub drapieżnik w masce dobrego gospodarza
Aldona Hartwińska: Kim jest wąsata frytka?
Marcin Strzyżewski: Wąsata frytka to jest oczywiście tak zwany prezydent Białorusi. Aleksandr Łukaszenka jest jednym z najbardziej sprytnych i skutecznych polityków naszych czasów w Europie. Przypomnę, że ten człowiek jest głową Białorusi kilka lat dłużej, niż Putin rządzi Rosją, czyli przeszło 30 lat. W tej chwili bardzo wielu moich białoruskich znajomych nie pamięta czasów bez Łukaszenki, bo są młodsi niż jego rządy. Łukaszenka to człowiek bardzo przebiegły, skuteczny i niestety drapieżny. My bardzo często spotykamy się z wizerunkiem Łukaszenki jako trochę wiejskiego głupka, trochę dyrektora kołchozu radzieckiego, takiego prostego mężczyzny, ale skutecznego, silnego gospodarza. Celowo budowany wizerunek człowieka dobrotliwego, który w rzeczywistości jest potworem. Człowiekiem, który się nie cofnie przed absolutnie żadnym okrucieństwem, byle tę władzę zdobyć, a później utrzymać i najlepiej rozszerzyć. W mojej książce, bo to z niej prawdopodobnie wzięłaś “wąsatą frytkę”, jest więcej obraźliwych określeń, bo szczerze wierzę, że tego człowieka trzeba obrażać, trzeba się z niego śmiać, trzeba w niego uderzać, bo to jest naprawdę zła postać.
W swojej książce “Białoruś. Kartoflana dyktatura” przytaczasz mało znaną informację, że sam Łukaszenka mógł być rywalem Putina w drodze na Kreml. Faktycznie były w Łukaszence takie ambicje?
Ten człowiek miał i nadal, jak mi się wydaje, ma bardzo szerokie ambicje. W momencie, w którym on jeszcze rządził Białorusią, a to było za czasów, kiedy w Rosji rządził Jelcyn, on prawdopodobnie chciał zostać jego następcą. Stanąć na czele jakiegoś odbudowanego Związku Radzieckiego. Z naszego punktu widzenia może się to wydawać zupełnie absurdalne ale pomyślmy o tym trochę inaczej.
Dla nas rozpad Związku Radzieckiego to fakt, to się wydarzyło i my poszliśmy dalej. A ci ludzie, tutaj mam na myśli przede wszystkim Putina, uważają, że ten proces jeszcze się nie skończył. Zresztą wydarzenia w Czeczenii mogły im to bardzo wyraźnie pokazać, że to dzieje się dalej. Wielokrotnie w trakcie tego, co oni nazywają specjalną wojenną operacją, padały w propagandowych przekazach argumenty, że jeśli tej wojny nie wygrają, jeśli nie powstrzymają tego strasznego europejsko-amerykańsko-ukraińskiego wroga, to Rosja nie przetrwa, rozpadnie się, że Rosję chcą podzielić zewnętrzni wrogowie. Myślę, że jest to dość czytelne i widoczne, że postrzegają proces rozpadu imperium jako wciąż trwający. A jeśli on wciąż trwa, to znaczy, że można go i zatrzymać i odwrócić, ale też można go swoimi porażkami przyspieszyć.

Więc myślę, że Łukaszenka w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych snujący ambitne plany, mógł sobie wyobrażać powrót czasów radzieckich. Człowiek pochodzący z Białorusi na czele tego wielkiego związkowego państwa absolutnie nie byłby czymś egzotycznym. Breżniew urodził się na terenie dzisiejszej Ukrainy. Chruszczow na pograniczu rosyjsko-ukraińskim po stronie rosyjskiej, ale dużą część życia spędził po stronie ukraińskiej. Był wcześniej oczywiście Józef Stalin, który urodził się w Gruzji, więc Łukaszenka na moskiewskim “tronie” był czymś, co wpisywało się w jego wyobrażenie o świecie. Więc te ambicje, myślę, jak najbardziej były zrozumiałe.
Choć te wielkie plany mu zupełnie nie wyszły, to mimo wszystko, nie wycofał się.
Te ambicje w dużym stopniu mu nie wyszły, a jednocześnie nie mógł się z nich wycofać. On musi się tej władzy trzymać. Jak większość dyktatorów popełnił już zbyt wiele zbrodni, ma zbyt wielu wrogów i jedyne, co chroni jego samego, jego rodzinę, majątek czy bliskich współpracowników, to jest właśnie władza. Jej nie da się już oddać na tym etapie.
Ja celowo zapytałam cię o tę wąsatą frytkę, bo wizerunek Łukaszenki głównie buduje się na podstawie memów, a o samej Białorusi wiemy niewiele. Dlaczego nas Białorusini nie interesują? Dlaczego nie patrzymy w kierunku Białorusi jako rosnącego zagrożenia albo czegoś, czego powinniśmy się nauczyć?
Ja przede wszystkim bardzo bym nie chciał kogokolwiek oskarżać o jakiś brak zainteresowania. Ludzka uwaga jest skonstruowana w określony sposób. Nie jesteśmy w stanie interesować się wszystkim. I tutaj jest to zupełnie naturalne, że my ten kierunek wschodni sobie w głowie łączymy w jakąś taką wspólną przestrzeń. Bo to w dużej mierze jest wspólna przestrzeń. Białoruś w tej trójce państw wschodniosłowiańskich jest najmniej sensacyjna. Bo mamy Rosję, w której działo się przez lata bardzo wiele, która była najbogatsza, największa, najgroźniejsza. Siłą rzeczy tę uwagę przyciągała, bo byłoby dziwne gdybyśmy nie interesowali się tym dużym, silnym, agresywnym sąsiadem, znajdującym się tuż obok. Druga w tej trójce jest Ukraina, na której wydarzenia polityczne były ciekawsze, bardziej gwałtowne. Tam się więcej działo, więcej zmieniało, zwłaszcza oczywiście od roku 2014. Nasza uwaga, od tamtej pory, skupiła się na wojnie i w tym wszystkim Białoruś była gdzieś z boku, cicha, spokojna. Oczywiście tam się działo źle, pod wieloma względami nawet bardzo źle. Były duże protesty, choć nie tak duże jak w 2020 roku, byli więźniowie polityczni, byli ludzie, którzy znikali. Ale tak naprawdę białoruskie społeczeństwo, aż do roku 2020, żyło w pewnego rodzaju uśpieniu. Wiele razy słyszałem od znajomych Białorusinów opowieści, że mieli swój biznes, pracę, czym się zajmowali… i dopóki nie stawali przeciwko tej władzy to mogli sobie normalnie żyć, robić swoje. Ale przyszedł czas zderzenia z nieudolnym aparatem państwa. Pojawił się COVID, a Łukaszenka zaczął wszystko negować i opowiadać głupoty o tym, żeby się leczyć jeżdżąc na traktorach.
Czy my w ogóle wiemy, jaka jest liczba ofiar COVID-u na Białorusi?
W swojej książce starałem się do tego dotrzeć, rozmawiałem z lekarzami białoruskimi, ale prawdę mówiąc my ogólnie na temat statystyk w Białorusi wiemy bardzo niewiele. Nawet liczba mieszkańców nie jest do końca znana. To jest coś, co możemy próbować oszacować.
Ale raczej to było dużo ofiar?
Prawdopodobnie dużo, przy czym wydaje mi się, że tutaj ta liczba nie jest aż tak ważna. Nawet jakby to było 10 osób, to nie o to chodzi. Chodzi o to, że istniał kryzys, zagrożenie, a państwo nie dość, że nie radziło sobie z jego rozwiązaniem, to jeszcze udawało, że problemu nie ma. Próbowano to zafałszować, co wywołało dość zrozumiałą reakcję u ludzi. Bo nagle się zderzyli z tą machiną państwową, która okazała się nieludzka, okrutna, kompletnie nieustępliwa.
Był COVID, potem były sfałszowane wybory prezydenckie i wybuch wielkich protestów. Dlaczego zatem nie udało się Łukaszenki w 2020 roku odsunąć od władzy?
Niektórzy moi znajomi Białorusini twierdzą, że do ucieczki Łukaszenki z kraju było blisko. Ponoć część rodziny była ewakuowana, być może sam Łukaszenka przez parę dni przebywał poza krajem i dopiero kiedy zrozumiał, że da radę to wygrać, to wrócił, zaczął się pokazywać przed kamerą. Ale to są plotki.

Ale był taki moment, że wydawało się, że nawet wojsko stanie po stronie ludzi.
Słyszałem pewną wypowiedź w prywatnej rozmowie, że niektóre oddziały wojskowe czekały na rozkaz nowej pani prezydent, by stanąć po stronie protestujących, ale ten rozkaz nie nadszedł. Nie będę tego oceniał, bo faktycznie nie wiem czy tak było. Natomiast nie wiem, co ja bym zrobił na miejscu takiego polityka. Ten rozkaz byłby jednocześnie rozpoczęciem wojny domowej, która prawdopodobnie skończyłaby się też ingerencją wojsk rosyjskich, które jeszcze wtedy nie były zajęte walką w Ukrainie. Armia rosyjska była wtedy liczniejsza (według niektórych statystyk mamy już milion ofiar śmiertelnych po stronie rosyjskiej, przyp. red.), a także wyobrażenie o potędze Rosji było zupełnie inne. Więc rozumiem, dlaczego się tego bali.
Protesty, rozpoczęte w 2020 roku były faktycznie wydarzeniem, które wywróciło życie każdego Białorusina, jakiego spotkałem, do góry nogami.
Chociaż ja spotykam tych Białorusinów, którzy z Białorusi wyjechali. Prawdopodobnie gdyby porozmawiać z tymi, którzy tam zostali, mieszkają w mniejszych miejscowościach, bardzo możliwe, że ogromna część z nich powiedziałaby, że dla nich się nic nie zmieniło.
Kim są ci ludzie, którzy teraz są w Ukrainie? Czy są właśnie ci emigranci, czy uciekinierzy po 2020 roku? Czy to są ludzie, którzy dopiero wyjechali po rozpoczęcie pełnowymiarowej wojny?
Tutaj jest kilka odpowiedzi, bo wiadomo, że to są bardzo różni ludzie, o bardzo różnej przeszłości. Na pewno pewnego rodzaju rdzeń tych ludzi, walczących dziś w Ukrainie, to są ci Białorusini, którzy wyjechali na teren Ukrainy jeszcze na długo przed rokiem 2020. To ochotnicy, którzy walczyli jeszcze za czasów strefy ATO na Donbasie. Wówczas dla Ukraińców to była jakaś kompletna abstrakcja: oni pukali do dowódców jednostek ukraińskich i mówili “dzień dobry, jesteśmy Białorusinami, chcemy karabiny”, a ludzie patrzyli na nich z dużym zdziwieniem, bo nie było wiadomo o co chodzi.
Czy to szpiedzy jacyś.
No tak, bo już w roku 2014 było jasne, że Białoruś jest po stronie Rosji i Putina jako państwo. Nie jako społeczeństwo, jako państwo. To jest ważne, żeby to oddzielić w tym konkretnym przypadku. Więc są tam właśnie ci ochotnicy z wojny w Donbasie, dziś najbardziej doświadczeni. Są też ludzie, którzy uciekli po 2020 roku i to jest faktycznie dość spora grupa. W książce opowiadam o moich przyjaciołach, którzy wyjechali po pobiciach, zastraszeniach, czy wręcz torturach. Ale są i tacy, którzy w roku 2022 po prostu powiedzieli: wojna wybuchła, ja muszę być tam. Więc to są bardzo różni ludzie, ale myślę, że wszystkich tutaj łączy jedna świadomość. Świadomość tego, że nie da się w tej chwili wygrać z Łukaszenką w Białorusi. Próbowali, ale to nie wyszło. Jest bardzo wiele teorii na temat tego, dlaczego to nie wyszło, dlaczego w roku 2020 się nie udało. Można na ten temat mówić długo, ale fakt jest taki, że nie wyszło i próba podniesienia jakiegoś kolejnego powstania w tej chwili w Białorusi będzie trudna, choćby dlatego, że ci najbardziej zaangażowani po prostu wyjechali.
No tak, ale z drugiej strony zagrożenie ingerencją rosyjskiego wojska w ewentualne protesty już się znacznie zmniejszyła.
Zmniejszyła się, ale ona się też zmniejsza z każdym dniem i z każdym dwusetnym (poległym żołnierzem, przyp. red.) Rosjaninem. Im słabsza będzie Rosja, tym większa jest szansa na to, że także reżim w Białorusi osłabnie. Ponadto obawa o to, że Rosja ostatecznie Białoruś połknie, anektuje, wchłonie, cały czas jest żywa. A im słabsza jest Rosja, tym mniejsza jest szansa, że będą w stanie to zrobić. Więc osłabianie Rosji jest działaniem na korzyść Białorusi. Ale jest jeszcze jeden aspekt, nie mniej ważny, że w tej chwili Białoruś zdobywa silnego sojusznika.
Jeśli wyobrazimy sobie sytuację, w której dochodzi w Rosji w konsekwencji wojny do dużego kryzysu politycznego, a myślę, że ta wojna nie skończy się inaczej, bo jeśli nie dojdzie do tego kryzysu, to ta wojna może się zamrozić, ale nie zakończyć. Jeśli tam faktycznie skończą się pieniądze, ludzie wyjdą na ulicę, władza zacznie się gryźć między sobą i jeśli wtedy Białorusini będą mieli wsparcie Ukrainy, to faktycznie będzie szansa, że będzie się dało przeprowadzić na przykład scenariusz syryjski, czyli błyskawiczna, szybka akcja z poparciem ludności, która doprowadzi do stworzenia nowego państwa białoruskiego, które, co jest bardzo istotne, w zamierzeniu tych ludzi będzie demokratyczne, proeuropejskie i propolskie.
Białorusini lubią Polaków?
Białorusini pamiętają, że Wielkie Księstwo Litewskie było przede wszystkim państwem etnicznie i językowo w ogromnym stopniu białoruskie. Że my byliśmy jednym państwem. Oni wspominają to bardzo ciepło. Ja bardzo często słyszę od Białorusinów bardzo pozytywne wypowiedzi na temat Polski, zarówno tej historycznej, jak i tej współczesnej. Przez tą bliskość kulturową i językową, bo język białoruski jest jeszcze bliższy polskiemu niż ukraiński, im jest bardzo łatwo tutaj przyjeżdżać do pracy, uczyć się. I prawdę mówiąc momentami mnie to wręcz szokuje, jak słyszę takie historie na przykład, że szło dwóch kolegów Białorusinów po Warszawie i jeden z nich mówi: wyobraź sobie, jakby pięć lat mi ktoś powiedział, że będziemy po Warszawie spacerować, to bym nie uwierzył. A umówmy się, Warszawa jest pięknym miastem, ale to nie jest Tokio, czyli jakieś egzotyczne marzenie podróżnicze i jakoś ekstremalnie atrakcyjne. A dla tych ludzi tak, Polska jest bardzo atrakcyjnym kierunkiem pod praktycznie każdym względem, zarówno żeby tu pracować i się uczyć. I podglądać to jak nam poszło po upadku Związku Radzieckiego.
Swoją drogą w Polsce tej optyki kompletnie nie widać, ale zarówno Ukraina, jak i Rosja i Białoruś bardzo często w swoich mediach, oczywiście nie tych propagandowych, tylko tych bardziej niezależnych, przedstawiają Polskę jako przykład państwa sukcesu. Patrzcie, im ta transformacja wyszła, spójrzmy, co Polska zrobiła dobrze, czego my nie umieliśmy.
Białorusini walczą z Rosją, słaba Rosja to silniejsza Białoruś. Powiedziałeś, że budują sobie sojusz, tylko że większość Białorusinów, którzy walczą w Ukrainie, są anonimowi. Jak budować sojusz na bazie anonimowości i tajemnicy?
Kiedy ja mówię o budowaniu sojuszu, to tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, czy ogół społeczeństwa będzie znał ich nazwiska czy widział ich twarze. Ważne jest to, aby o tym, co ci ludzie zrobili dla Ukrainy, wiedzieli generałowie, żeby to wiedział prezydent Ukrainy, parlament Ukrainy. Bo to są właśnie ci ludzie, którzy w pewnym momencie będą musieli podjąć decyzję o działaniach otwartych lub skrytych, o jakimś wsparciu. Przy czym też trzeba powiedzieć jasno, są na przykład ludzie, moi bardzo bliscy przyjaciele, którzy ukrywają swoje twarze, a później się okazuje, że te twarze się pojawiają w reportażach białoruskiej telewizji państwowej. Bo bardzo często te osoby były zaangażowane w działalność opozycyjną jeszcze na terenie Białorusi. Nie da się ukryć, że oczywiście służby Łukaszenki próbują i próbowały te struktury infiltrować. Nie da się wykluczyć, że tam się zdarzały też skuteczne próby takiej infiltracji. Niemniej faktycznie jest tak, że nawet rodziny walczących Białorusinów często nie wiedzą, co się dzieje z krewnymi.
To reżim, który jest okrutny, brutalny i absolutnie nie ma jakichś ludzkich odruchów. Jeśli uznają, że trzeba kogoś zabić, torturować, męczyć, nękać albo po prostu utrudnić mu życie, nie pozwolić mu pracować, zakładać biznesu, jego dzieciom uczyć się w szkołach, to będą to robić. Raczej nie ma takiej rzeczy, do której się nie posuną.
Zgłasza się człowiek i mówi, że do jego rodziców przyszło KGB i jest rozmowa, co tym rodzicom poradzić, w jaki sposób ich poinstruować, żeby to białoruskie KGB się odczepiło. Nie będę tutaj publicznie mówił, co trzeba zrobić, bo oni wtedy będą wiedzieli, że to jest swojego rodzaju gra, która dzieje się cały czas. Dla rodzin Białorusinów, będących na froncie, to jest duże zagrożenie. My tutaj mówimy o reżimie, który morduje ludzi.
I nigdy nie wiesz, jak daleko się posuną. To też widzimy po stronie rosyjskiej. Kiedy była Bucza, pomyśleliśmy sobie, że dalej się już nie posuną. A później były masowe groby w Izium, rozstrzeliwanie jeńców, zrzucanie białego fosforu i bombardowanie szpitali dziecięcych.
Mam wrażenie Białoruś była kilka kroków z przodu. O dwa, trzy lata z przodu z tym, na co sobie mogli pozwolić. I bardzo możliwe, że byli przez Putina i Rosję byli traktowani jako swego rodzaju poligon: co społeczeństwo da radę znieść? Jeśli tam zniosą, u nas też sobie na to pozwolą.

A czy reżim Łukaszenki widzi zagrożenie w uczestnictwie Białorusinów w tej wojnie?
Zakładam, że skoro powstają takie reportaże jak te, o których mówiłem, czyli aktywne próby dyskredytacji konkretnych ludzi, to myślę, że tak. Oni zresztą starają się przedstawić te sytuacje u siebie w mediach w sposób znacznie bardziej groźny. W swoich mediach próbują zbudować jakiś obraz skoordynowanych działań białorusko-opozycyjnych i polskich. O tym, że w Polsce powstają obozy szkoleniowe, tłumy białoruskich migrantów są szkolone do inwazji na Białoruś. Szczerze mówiąc, ja osobiście nie byłbym wielkim przeciwnikiem tego rodzaju działań. Bo jeśli można powstrzymać człowieka, który katuje ludzi, torturuje ich, nie daje im żyć i utrzymuje ich w biedzie, po prostu kradnąc, i jeszcze współpracuje z rosyjską machiną ludobójstwa - ja chciałbym żyć w państwie, które by aktywniej i agresywniej działało przeciwko takiemu. Jeszcze tutaj zbudowałbym taki ciąg logiczny, że skoro Łukaszenka bał się konkurentów politycznych, takich jak na przykład wideobloger Cichanouski czy jego żona, no to tym bardziej będzie się bał ludzi, którzy latają dronami, czy bombardują rosyjskie czołgi.
Pojedziesz jeszcze do Rosji?
Kiedy zaczynałem studia filologiczne, miałem w głowie, że poznam sobie ciekawy kawał świata, bo język rosyjski to nie była tylko Rosja. To jest Ukraina, Białoruś, Kazachstan. Można się dogadać i na Kaukazie, i w Azji Środkowej. Będę mógł sobie pozwiedzać, pojeździć z plecakiem. I trochę faktycznie pojeździłem.
Poznawanie tego było ciekawsze niż wyjazd na przykład do takiej Francji. Ja się wcześniej w podstawówce, w gimnazjum, w liceum uczyłem języka francuskiego, zdawałem maturę z francuskiego. Francja jest bardzo fascynującym krajem, ale nie oszukujmy się, w porównaniu do Rosji jest po prostu nudna. Tam się mało dzieje. Jedziesz i podziwiasz katedry. Nie przeżyjesz przygody w Europie Zachodniej takiej, że ubierasz plecak i jedziesz tam pociągiem w nieznane...
Trzydzieści godzin do następnej stacji.
Ja mam taką granicę, że powyżej 24 godzin to zaczyna być czas, kiedy opłaca się przebrać w dres. Na krócej nie ma sensu. Mój rekord to była właśnie Moskwa - Irkuck. To było ponad 100 godzin w pociągu. I pomijając oczywiście to, że do Rosji w tej chwili nie planuję wracać, to chciałoby się pojechać takim pociągiem jeszcze raz.
Bo dopóki nie dojdzie do potężnego kryzysu gospodarczo-politycznego w Rosji, ta wojna się nie skończy.
Nieważne, czy to będzie Putin osobiście, czy ktoś z tego obecnego układu, należy zakładać, że ta wojna wybuchnie po raz kolejny albo będzie trwała dalej. Tam się musi przebudować cały ten system i to będzie bardzo bolesny, długotrwały proces o zupełnie nieprzewidywalnych skutkach. Nie jest powiedziane, że ta Rosja, która powstanie w wyniku tego procesu, nie będzie agresywna. Możliwe, że będzie, ale jest duża szansa, że po prostu uznają, że jednak wojny po prostu nie przynoszą im korzyści.
Ja szczerze wierzę, że ta zmiana społeczna jest możliwa. Bo wszystkie społeczeństwa, które dzisiaj są demokratyczne, przepełnione miłością do człowieka i z prawami człowieka na pierwszym miejscu, kiedyś były okrutnymi, wojującymi ze sobą nawzajem tworami. Wszyscy to przeszliśmy. Francja była miejscem pełnym przemocy, Polska była miejscem pełnym przemocy. To jest normalne. Ta przemiana jest naturalna. Tylko, że taka przemiana trwa. Rosja ma ten problem, że przez przynajmniej ostatnich 100 lat, kiedy tylko pojawiali się ludzie, którzy chcą żyć inaczej, są eliminowani.
Pytałaś, czy pojadę do Rosji. Po tej wojnie zostaną dziesiątki, a prawdopodobnie nawet nawet setki tysięcy ludzi, którzy albo ją osobiście przeszli, albo przeszli ją ich bliscy, albo ci bliscy zginęli. I ludzie, których domy zostały uszkodzone przez drony, które trafiły nie tam, gdzie miały trafić. Tam będzie pełno nienawiści. Wojna jest jak zaraza. Ona zaraża nienawiścią. I człowiek, który nie miał nic do Ukraińców, któremu oni nic złego nie zrobili, ale dostał dronem w głowę jego brat, jego syn, jego ojciec, jego kuzyn, jego najlepszy przyjaciel - będzie nienawidził Ukraińców. Tacy będą też nienawidzić wszystkich tych, którzy im pomagali. I to niestety w Rosji nie zostanie w żaden sposób przepracowane, bo nie pomogli w tym społeczeństwie weteranom II wojny światowej, nie pomogli weteranom z Afganistanu. Ci ludzie uciekną najprawdopodobniej w tradycyjny sposób radzenia sobie z traumami, czyli w alkohol, który dodatkowo będzie ich pchał w stronę agresji i patologii.
I w którymś momencie podróży po Rosji trafimy na takiego człowieka. Będzie prawdopodobnie trudno ukryć, że jesteśmy zza granicy, szybko może wyjść, że jesteśmy z Polski. Kraju sojuszniczego Ukrainy, który przywoła wszystkie najgorsze skojarzenia.
Taki człowiek może być pijany, może mieć nóż. A taki człowiek, który na przykład był na tej wojnie, jest straumatyzowany, może po prostu nie mieć z tym problemu, żeby cię zacząć tym nożem dźgać. Może mieć kolegów. Mogą miejscowi stanąć po jego stronie. Nawet i policja może go poprzeć. Jeszcze nie wiemy, jakim państwem będzie przyszła Rosja, ale tego typu scenariuszy niestety jest bardzo wiele.
A takich ludzi, którzy wrócili z frontu, będzie bardzo wielu.
Tak, ale nawet jeśli to ryzyko nie będzie w efekcie takie, to świat jest ogromny i bardzo piękny. Jest bardzo wiele miejsc, gdzie możesz jeździć bez tego typu obaw. Więc ja, prawdę mówiąc, nastawiam na to, że jak ta wojna się skończy, to ja sobie pojadę nad morze Czarne, gdzieś między Mikołajowem i Chersoniem. Wejdę sobie na Hoverlę. Ty to dobrze rozumiesz - jeśli będziemy mogli sobie siedzieć w tych miejscach i patrzeć na przelatujący po niebie samolot pasażerski, to będzie bardzo miłe uczucie. I takie wrażenie, że my też się do tego przyczyniliśmy.


Uciekłam do kraju elfów
Na Islandii przebywa prawie 2500 ukraińskich uchodźców. To niemało, jak na kraj o populacji 370 000 osób. Podobnie jak w innych krajach europejskich, status tymczasowej ochrony na Islandii daje Ukraińcom dostęp do opieki zdrowotnej, a także prawo do pracy i nauki. Chociaż zdecydowana większość ukraińskich uchodźców nie mówi po islandzku, coraz więcej Ukrainek znajduje na Islandii pracę i buduje tam swoje życie.
Sestry rozmawiały z Ukrainkami jak im się żyje na Islandii.
Zamiast mojego byłego męża alimenty na moje dzieci płaci... Islandia
— Przyszło mi do głowy, by wyjechać na Islandię, uciec przed wojną bez konkretnego powodu; nie mieliśmy tam krewnych ani przyjaciół — wspomina Ukrainka Witalina Studenikina. — Za ostatni grosz kupiłam bilety — i wraz dziećmi znalazłam się w tym kraju.
Przed rosyjską inwazją Witalina Studenikina, matka trójki dzieci (jej córki mają 17 i 11 lat, a syn — 15 lat), pracowała w okręgowym wydziale edukacji w Krzywym Rogu. Gdy zaczęły się działania wojenne, przeniosła się z dziećmi najpierw do Polski, a następnie do Islandii.

— Na lotnisku ukraińscy uchodźcy spotkali się z policjantami – zaznacza Vitalina. — Zostaliśmy umieszczeni w hotelu w Rejkjawiku. Najpierw były badania lekarskie, potem etap papierkowej roboty, który trwał około dwóch tygodni. Nie byłam przyzwyczajona do bezczynności przez długi czas, więc trzy dni po przyjeździe poszszłam do ośrodka, w którym psycholodzy pomagali Ukraińcom.
Powiedziałam, że jestem nauczycielką (historii i psychologii), więc mogę zaopiekować się dziećmi tych, którzy przyszli po poradę. Ten wolontariat uświadomił mi, że mogę i chcę pracować nawet z maluchami. Pomyślałam, że w przedszkolach prawdopodobnie będą ukraińskie dzieci potrzebujące pomocy w adaptacji. Dlatego po przeprowadzce z hotelu do mieszkania zaczęłam szukać takiej pracy.
Dostali mieszkanie socjalne — chociaż socjalne nie oznacza darmowe.
— W tym mieszkaniu na przedmieściach Reykjaviku mieszkaliśmy za darmo tylko przez pierwsze sześć miesięcy, potem musieliśmy płacić czynsz – mówi Witalina. Miesięcznie to było 320 tys. koron islandzkich (ponad 2 300 dolarów).

Dopóki nie pracowałam, dostawałam pomoc socjalną w wysokości 220 tys. koron (1 600 dolarów) na całą rodzinę. W takich sytuacjach ratuje człowieka system dopłat: państwo oblicza twoje dochody i wydatki, a pewna część kwoty, którą zapłaciłaś za czynsz, może zostać zwrócona. Dodatkowo co cztery miesiące otrzymuję 230 tys. koron (1 670 dolarów) na moje dzieci. Zasiłek rodzinny jest jedyną rzeczą, którą nadal otrzymuję. Reszta płatności została wycofana, gdy tylko dostałam pracę.
Jeśli chodzi o moje dzieci, islandzki rząd płaci mi alimenty. Jestem rozwiedziona od ponad dziesięciu lat. Mój były mąż od dawna mieszka w innym kraju i nie jest zainteresowany dziećmi.
Kiedy zaczęłam załatwiać formalności w Islandii, poproszono mnie o jego dane kontaktowe. Nie skontaktował się ze mną, więc teraz to rząd Islandii płaci mi alimenty. Wyjaśniono mi, że jeśli islandzkie władze go znajdą, będzie zobowiązany do spłaty długu wobec Islandii. Tutaj prawa nieletnich są chronione w maksymalnym stopniu. A jeśli jedno z rodziców zapomina o swoich obowiązkach, jego dzieci wspiera państwo.
Islandczycy nie troszczą się o to, by dziecka "nie przewiało" — ale o jego stan psychiczny
Gdy Witalina zaczęła szukać pracy na Islandii, w lokalnym urzędzie pracy pomogli jej przygotować CV. Problemem był jej brak znajomości islandzkiego i angielskiego.
— Choć językiem urzędowym jest tu islandzki, prawie wszyscy mieszkańcy wyspy mówią po angielsku – w mówi Witalina. — Mój angielski był na poziomie szkolnym, ale uzbrojona w tłumacza Google zaczęłam chodzić do wszystkich przedszkoli w okolicy i oferować swoje usługi. Odmowa za odmową — aż w końcu trafiłam na przedszkole, które znajdowało się półtorej godziny drogi od mojego domu. W tym przedszkolu czekali na ukraińską dziewczynkę z autyzmem, miała być jedynym ukraińskim dzieckiem wśród małych Islandczyków.
Ogólnie rzecz biorąc, dzieci bardzo dobrze rozumieją język migowy, mimikę i uśmiechy. Mówiłam do nich trochę po angielsku, trochę po ukraińsku, a one nauczyły mnie kilku islandzkich słów. Dyrekcja przedszkola zauważyła, że szybko nawiązałam z nimi kontakt, i zaproponowała mi pozostanie.
Teraz zmieniłam pracę, znalazłam przedszkole bliżej domu. W moim pierwszym przedszkolu miałam grupę starszych dzieci. Teraz to są 2-3 latki, z których większość mówi w języku, który rozumieją, a to jest dla mnie jeszcze łatwiejsze.

Islandzkie przedszkola różnią się od ukraińskich. Nie ma dużych grup — pięcioro dzieci przypada na jednego nauczyciela. Każde przedszkole ma swój własny profil: ekologia, wielokulturowość, poznawanie świata poprzez kreatywność itd. Dzieci nie dostają obowiązkowych zadań. Są tylko zalecenia, lecz każde dziecko może robić to, co chce. Logopedzi i psycholodzy pracują z dziećmi co tydzień. Sześcioletnie dzieci powinny być w stanie napisać swoje imię i nazwisko oraz policzyć do dziesięciu w języku angielskim i islandzkim. Dzieci w mojej grupie potrafią to wszystko także po ukraińsku (śmiech).
Niektóre rzeczy mogłyby szokować ukraińskich rodziców. Na Islandii nikt nie opatula swoich dzieci, mimo że wiatr czasami dosłownie zwala je z nóg. Jeśli nie chcesz nosić czapki, nie musisz. Jeśli chcesz jeść śnieg lub kąpać się w kałuży — proszę bardzo. Deszcz i wiatr nie są powodem, by nie iść na spacer. W moim poprzednim przedszkolu, jeśli dziecko było kapryśne i nie chciało założyć kurtki, można było zabrać je na dwór bez niej. Dziecko, które zimą nosi lekkie trampki założone na bose stopy, nikogo tu nie zadziwi.
Na Islandii nie troszczą się o to, by dziecka "nie przewiało", ale o jego stan psychiczny. O stan psychiczny dorosłych zresztą też.
Po tym jak pewnego dnia zabrałam na spacer nie pięcioro, lecz dziesięcioro dzieci, koledzy zainteresowali się moim stanem emocjonalnym. Pytali, czy jestem zmęczona
Miałam szczęście do współpracowników. Chociaż mój islandzki nie jest na wysokim poziomie (ale nadal się go uczę, uczęszczam na kursy językowe po pracy), nigdy nie wyczułam żadnych uprzedzeń. Większość Islandczyków to otwarci i przyjaźni ludzie.
Przedstawiciel elfów w parlamencie
Byłam zaskoczona, że wielu Islandczyków wierzy w elfy lub przynajmniej z szacunkiem podchodzi do tego tematu. Jest nawet przedstawiciel elfów w parlamencie. Islandczycy wierzą, że w niektórych miejscach żyją elfy — i oficjalnie zabraniają budowaniania tam czegokolwiek: domów, a nawet dróg. By elfom nie przeszkadzać i ich nie denerwować.

Życie na Islandii jest ciekawe i wyjątkowe. Myślę jednak, że przesadą jest stwierdzenie, że Islandczycy są jednymi z najszczęśliwszych ludzi na świecie. Chć to kraj zamożny i zorientowany społecznie, wiele osób regularnie przyjmuje tu leki przeciwdepresyjne. To z powodu klimatu. Kiedy nie widzisz słońca przez całą zimę, a na zewnątrz jest ciemno prawie przez całą dobę, wpływa to na twoją psychikę. A przez całe lato są białe noce i nie możesz spać. Nie pomagają ani grube zasłony, ani tabletki nasenne.

Moja córka zaczęła mieć tutaj migreny, choć to może z powodu stresu, którego doświadczyła w Ukrainie. Niedawno w pobliżu nas doszło do erupcji wulkanu, co również nie jest tutaj rzadkością. W ścianach domu pojawiły się pęknięcia. Ale miejscowi nie boją się wulkanów ani trzęsień ziemi. Klęski żywiołowe są identyfikowane z wyprzedzeniem, a ludzie wiedzą, że jeśli coś miałoby się stać, zostaną zawczasu ewakuowani.
Ukraińcy nie mogą pracować na statkach rybackich
Łesia Moskalenko, Ukrainka, która przyjechała na Islandię ze swoją 20-letnią córką, też przyznaje, że niezwykły islandzki klimat wpływa na jej samopoczucie.
— Na Islandii zaczęłam mieć migreny – mówi Łesia. — Bóle głowy ustąpiły dopiero po roku pobytu. Moja córka i ja mieszkamy na północy, w mieście Akureyri. To bardzo blisko koła podbiegunowego. Moja córka mówi po angielsku, więc znalazła pracę w sektorze usług. Teraz pracuje dla sieci Subway. Niedawno uzyskała dwie licencje na pracę jako przewodniczka wielorybnicza, co oznacza, że może zabierać turystów na wycieczki z oglądaniem wielorybów. Angielski się przydaje, choć lista zawodów dostępnych dla Ukraińców jest wciąż ograniczona. Bez znajomości islandzkiego i nostryfikowanego dyplomu nie będziesz mógł być na przykład prawnikiem lub lekarzem. Ale możesz pracować w turystyce.

Na Islandii są trzy filary gospodarki: turystyka, rybołówstwo i produkcja aluminium. Praca na statkach rybackich jest wysoko płatna, możesz zarobić do trzech milionów koron miesięcznie (ponad 20 tys. dolarów). Ale nie znam żadnego Ukraińca, który by tam pracował — wszystko w tej branży od dawna jest rozdzielane między miejscowych, a obcokrajowcy nie są w niej mile widziani.
Islandia też ma swoje "mafie", swoje nieprzyjemne niuanse. Możesz np. zostać zwolniony bez podania przyczyny. Na przykład ktoś pracuje w kawiarni i wylatuje nagle przed rozpoczęciem wakacji szkolnych. Potem okazuje się, że właściciel kawiarni postanowił zatrudnić na lato dzieci w wieku szkolnym, by zaoszczędzić na podatkach.
Na Islandii możesz kupić samochód za miesięczną pensję. Ale w sklepach nie ma alkoholu
Na Islandii jest wielu imigrantów (np. jest duża polska diaspora). Ale większość z nich pracuje w zawodach niewymagających kwalifikacji. Nie spotkałam żadnego obcokrajowca lekarza, chociaż system medyczny jest przeciążony i cierpi na niedobór personelu. Podobnie jak w wielu krajach europejskich, na wizytę u lekarza możesz tu czekać kilka miesięcy. Konieczność czekania dotyczy także wielu innych obszarów, takich jak administracja czy bankowość. W większości instytucji dzień pracy kończy się o godzinie 16-tej.
Nawet jeśli masz pilną sprawę – na przykład musisz zablokować kartę bankową – możesz to zrobić dopiero od 9 rano następnego dnia. Tu nie ma wieczornych ani nocnych infolinii, które mogłyby pomóc klientom
Łesia i jej córka znalazły własne zakwaterowanie. Miesięczny czynsz za dwupokojowe mieszkanie kosztuje je 250 tys. koron (1 800 USD) rocznie.
— Mieszkanie z jedną sypialnią w naszym mieście może kosztować około 1 500 dolarów — mówi Łesia. — Na wsi czynsz jest niższy, ale trudniej tam znaleźć pracę, chyba że na farmie. W mieście możesz obejść się bez samochodu, lecz na wsi nie — transport międzymiastowy jest rzadkością, a przy złej pogodzie autobusy w ogóle nie kursują. Wszyscy Islandczycy mają samochody. Auto możesz kupić już za miesięczną pensję — pod warunkiem, że masz własny dom i nie musisz płacić czynszu.

Islandczycy są bogatymi ludźmi, ale nie mają w zwyczaju tego okazywać. Ubierają się bardzo prosto i prowadzą skromny tryb życia. Uwielbiają dzieci. Państwo stymuluje przyrost naturalny dobrymi pakietami socjalnymi, a tutejsze rodziny nierzadko mają po pięcioro czy sześcioro dzieci.
Ogólnie rzecz biorąc, życie na Islandii jest dość wygodne, jeśli masz pracę. Baseny termalne i stoki narciarskie — ma je niemal każda wioska — pomagają ludziom uciec od depresji w ciemnej porze roku. By ludzie nie topili depresji w kieliszku — co podobno w przeszłości się tutaj często zdarzało — alkoholu nie sprzedaje się w sklepach. Możesz go kupić tylko w placówkach jednej sieci, tylko w określone dni i godziny. W weekendy to niemożliwe.
Minimum stresu we wszystkim
– Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej ukraińskich kobiet znajduje zatrudnienie na Islandii — mówi Tetiana Korolenko, mediatorka Międzynarodowego Programu IDP w Rejkjawiku. — Ja również przyjechałam tu z powodu wojny. Znajomość angielskiego pomogła mi szybko znaleźć pracę w sektorze publicznym. Teraz, jako mediator kulturowy, pracuję nie tylko z Ukraińcami, ale także z uchodźcami z innych krajów.

Największą przeszkodą dla Ukraińców na Islandii jest bariera językowa. Bez znajomości islandzkiego wiele zawodów jest dla nich niedostępnych. Ale ja mówię wszystkim, że to nie powód do rozpaczy: możesz zacząć od czegoś prostego i jednocześnie uczyć się języka. Mówienie o tym, że islandzki jest bardzo trudny, to tylko czyjaś subiektywna opinia. Sama intensywnie się go uczę i znam Ukraińców, którzy uważają ten język za łatwy.
Ukraińcy na Islandii mają czas na integrację i znalezienie pracy. Urząd pracy często pomaga szukać wolnych miejsc. Jeśli dana osoba nie pracowała od dłuższego czasu, będą ją do tego delikatnie zachęcać: zapytają, na jakie oferty aplikowała i jakie rozmowy kwalifikacyjne odbyła. Nie wycofają płatności, ale pytań będzie coraz więcej. Ukraińcom szukającym pracy radziłabym, aby trzeźwo ocenili rzeczywistość i nie próbowali od razu zdobyć stanowiska w rządzie, zwłaszcza jeśli nie znają islandzkiego. Tu jest wiele możliwości. Dla tych, którzy nie mówią po angielsku, zawsze znajdzie się praca w branży sprzątającej czy w kuchni.
Niektóre rzeczy zaskakują Ukraińców. Na przykład ty, że nawet jeśli ty i twój partner nie jesteście małżeństwem, ale mieszkacie pod jednym dachem, jesteście oficjalnie uważani za rodzinę — a to wpływa na wasze świadczenia.
W rzeczywistości wszystko tutaj jest dla ludzi. I jest tak przejrzyste, jak to tylko możliwe. Na przykład jeśli ktoś ma dług wobec państwa, będzie mógł go spłacać stopniowo. W naszej sytuacji trudno jest prowadzić bezstresowe życie. Ale tam, gdzie można stresu uniknąć, staram się to robić.



Mieć dom, kiedy nie jesteś w domu
Kraków: New Day. Gdy scena staje się pomostem
– W 2021 roku byłam na urlopie macierzyńskim. W tym czasie było tu bardzo mało ukraińskich ośrodków – mówi Julia Zabołotna, założycielka teatru dziecięcego New Day. Przyjechała do Krakowa i uruchomiła go jeszcze przed inwazją. – Starszy syn zaczął mówić po polsku częściej niż po ukraińsku, więc postanowiłam stworzyć miejsce, dzięki któremu moje dziecko nie straci kontaktu z Ukrainą. Tak powstał teatr. Dzieci uczyły się literatury ukraińskiej, historii oraz podstaw aktorstwa i sztuki scenicznej. Szukając lokalu dla naszego teatru, poznałam założycielkę Fundacji „Zustricz” [spotkanie – red.]. Nawiązaliśmy współpracę.
Nasz pierwszy występ odbył się w Dniu Niepodległości Ukrainy na scenie głównego placu Krakowa. Istnieliśmy wtedy od dwóch miesięcy.

Na początku do naszego teatru chodziło pięcioro czy siedmioro dzieci. Gdy wybuchła wielka wojna i do Polski przybyły tysiące ukraińskich dzieci, liczba naszych uczniów znacznie wzrosła. Oprócz teatru organizowaliśmy różne warsztaty, by umożliwić dzieciom częstsze kontakty.
Dzieci, które już się u nas uczyły, pomagały nowym, które przybyły z wojny – w lekcjach, w nauce polskiego itp. To był okres integracji, który okazał się bardzo ważny
Nadal pomagamy dzieciom w adaptacji, bo Ukraińcy wciąż wyjeżdżają z Ukrainy. Wojna trwa, a my nie tylko integrujemy dzieci z polskim środowiskiem, lecz także budujemy mosty między naszymi krajami. Mamy trzy spektakle, które przygotowaliśmy w języku polskim i ukraińskim. Na przykład w naszym „Małym Księciu” jedni bohaterowie mówią po ukraińsku, a inni po polsku.
Spektakl „Alicja w Krainie Czarów” dostosowaliśmy do sytuacji w Ukrainie. On również jest wystawiany w dwóch językach. Jeździliśmy z nim po domach kultury i polskich miastach.
Jeden z utworów scenicznych zatytułowaliśmy „Numer wdzięczności”. Dziękowaliśmy nim Polakom za pomoc Ukraińcom, pokazując go na różnych imprezach w Krakowie. W naszym teatrze zapoznajemy Ukraińców z kulturą polską, a Polaków z ukraińską. Mamy np. spektakl o Łesi Ukraince, z fragmentami jej „Pieśni leśnej” i „Bojaryni”
Symbolem Krakowa jest Smok Wawelski. Zrobiliśmy takiego smoka z tkaniny i wzięliśmy udział w jednej z Parad Smoków, które odbywają się w Krakowie co rok w czerwcu. Tak opowiadamy naszym dzieciom o polskich tradycjach.

Teatr Dziecięcy New Day ma już 2 lata i ponad 50 wychowanków w trzech grupach wiekowych: 4-6, 7-10 i 11-15 lat. Niedawno w teatrze pojawiła się nowa grupa – młodzież w wieku 17-20 lat. Prawdziwa „twórcza rodzina”.
– Nasz teatr jest już znany wielu osobom – zaznacza Julia. – A nasi aktorzy od kilku lat z rzędu są laureatami konkursu „Czytanie Szewczenkowskie”. Mamy już stałą siedzibę, w której możemy przeprowadzać próby, dawać przedstawienia, przechowywać nasze liczne kostiumy. Nazywamy ją „naszym domem”. To bardzo ważne, by mieć dom, kiedy nie jesteś w domu.
Wrocław: KapustaBand. Chór, który zjednoczył i ocalił
Przed inwazją Maria Kołomijec (Masza Kapusta) i Serhij Biłozerow mieszkali w Charkowie, gdzie mieli swoją pracownię artystyczno-teatralną. Wojna zmusiła Marię do zabrania trzech córek i przeprowadzki do Wrocławia, później dołączył do nich Serhij. We Wrocławiu stworzyli chór dziecięcy KapustaBand.
– Niemal od razu wtopiłam się w ukraińską społeczność we Wrocławiu – przyznaje Maria. – Nasza bliska przyjaciółka, również z Charkowa, otworzyła tu własną fundację i zaczęła organizować charytatywne występy muzyczne. Zaczęłam jej pomagać. Po pewnym czasie pojawiła się prośba, by z ukraińskich dzieci, które znalazły się we Wrocławiu z powodu wojny, stworzyć chór.

Nie jestem śpiewaczką. Jestem artystką.
Nigdy wcześniej nie zajmowałam się chórem, ale wojna wiele zmieniła, wiele otworzyła w ludziach. Dlatego podjęłam to wyzwanie
Odkurzyłam sobie swoją wiedzę dotyczącą muzyki, oglądałam warsztaty na YouTube, poważnie się przygotowywałam. Potem zaczęły się nasze zajęcia chóralne. W ciągu miesiąca dosłownie z niczego stworzyliśmy chór, znaleźliśmy muzyków, przygotowaliśmy program. Potrzebowałam tego i czułam, że dzieci też tego potrzebują.
Chór nas zjednoczył i ocalił. Każdego z nas. To nasz kawałek domu. Ogrzewamy nim nasze dusze
– Moja mama zobaczyła na Facebooku film z koncertem i informacją, że chór gromadzi dzieci. Chciałam spróbować – wspomina Maria Bocanowska, wokalistka KapustaBand. Ma 11 lat, pochodzi ze Starokostiantynowa. W Ukrainie pozostały jej babcia, prababcia i matka chrzestna. W Polsce śpiewała solo podczas występu zespołu DakhaBrakha.

– Od małego marzyłam o śpiewaniu, a tu pojawił się ukraiński chór dziecięcy – dodaje Maria. – Na mojej pierwszej próbie było 6 lub 7 dzieci, teraz jest nas już ponad 20. Ta pierwsza próba była dziwna: lał deszcz, a my ćwiczyliśmy na ulicy. Dobrze, że było lato i nie było zimno. Atmosfera w chórze jest ciepła, wychowawcy są dla dzieci jak przyjaciele. W ogóle cały chór to moi przyjaciele. Moja rodzina.
Kiedy śpiewamy smutne piosenki, takie jak „Pływa kaczka” i „Kamienie wiosny”, ludzie płaczą, często podchodzą i dziękują. Mówią, że nasza pieśń poruszyła ich dusze. Kocham wszystkie nasze pieśni, ale „Yellow Submarine” jest chyba moją ulubioną. Nasz chór jest bardzo potrzebny. Tutaj ukraińskie dzieci znajdują nowych przyjaciół i mogą trochę oderwać się od wojny.
– W czerwcu 2022 roku wystąpiliśmy na festiwalu na wrocławskim rynku – dodaje Maria Kołomijec. – Zaśpiewaliśmy dwie piosenki: ukraińską ludową i polską. Dzieci były zachwycone, występ był bardzo udany, zebraliśmy owacje.
– Teraz chcemy zorganizować kilka tras koncertowych. Przede wszystkim europejską trasę podziękowań, by podziękować Europejczykom za ich pomoc – mówi Serhij Biłozerow. – Podczas tej trasy mamy nadzieję dotrzeć do Paula McCartneya i zaśpiewać z nim naszą wersję legendarnej piosenki The Beatles „Yellow Submarine”. Nasza wersja nosi tytuł „Blue-yellow Submarine”.

Byliśmy już na Litwie. Daliśmy tam kilka koncertów, a nawet śpiewaliśmy dla prezydenta. Niedawno pojechaliśmy do Brukseli i wystąpiliśmy w sali konferencyjnej Parlamentu Europejskiego.
Naszym marzeniem jest trasa powrotna. Po zwycięstwie bardzo chcemy pojechać z naszym programem do wszystkich tych miast, z których pochodzi każde dziecko z naszego chóru. Trasa ma się zakończyć u nas, w Charkowie. Ten nasz plan nazwaliśmy Magical Ukrainian Tour.
KapustaBand nie jest projektem czysto ukraińskim. Pracujemy nad integracją ukraińskich dzieci w polskim społeczeństwie, przybliżamy też Polakom ukraińską kulturę i historię.
W listopadzie 2024 roku stworzyliśmy musical „Różnica + podobieństwo = przyjaźń”, którego celem jest połączenie trzech kultur: ukraińskiej, polskiej i białoruskiej
– W przedstawieniu wziął udział cały nasz chór, a aktorami były dzieci z Ukrainy, Polski i Białorusi. Ono było w trzech językach – wspomina Maria Kołomiec. – W ten sposób pokazaliśmy, że jeśli jest chęć, można osiągnąć porozumienie nawet mimo różnych języków i kultur.
Warszawa: Voloshka Music Academy. Dziecięce musicale w Pałacu Kultury
– Moim marzeniem było stworzenie miejsca, w którym dzieci będą mogły uczyć się muzyki szczęśliwe i zafascynowane – mówi Natalia Wołoszko, prezeska Voloshka Music Academy. – Przed wojną w Charkowie byłam dyrektorką państwowej szkoły muzycznej, ośrodka kultury, zastępczynią dyrektora centrum dydaktyczno-metodycznego. Stworzyłam własny program artystyczny dla dzieci w wieku od 3 do 7 lat. Był tam teatr, muzyka, arteterapia i taniec.
Po rozpoczęciu inwazji zamknęłam szkołę i wyjechałam do Warszawy. W marcu 2022 roku mama chłopca, który uczył się u mnie gry na fortepianie, przedstawiła mnie Ołesi Kowalczuk, założycielce prywatnego liceum Push School w Charkowie. Połączyłyśmy siły, by rozwijać nasze dzieci.

Pierwsze wydarzenie Szkoły Artystycznej przy Educational Center Children of Ukraine zostało przygotowane z okazji Dnia Obrony Dzieci 4 czerwca 2022 roku.
– Wtedy wsparło nas Muzeum Narodowe w Warszawie – wspomina Natalia. – To był koncert, w którym wzięło udział ponad 50 ukraińskich dzieci z różnych polskich miast. Tak rozpoczęła się nasza działalność. Następnie otrzymaliśmy grant i zrealizowaliśmy projekt „Twórcze lato” – obóz dla ukraińskich dzieci. W końcu znaleźliśmy dom, w którym otworzyliśmy podwójną szkołę: Push School i Voloshka Music Academy. Obecnie posiadamy już polską licencję, dzięki czemu dzieci mogą uczyć się według programu ukraińsko-polskiego. Oprócz ogólnego nauczania uczą się muzyki, mamy żeński zespół bandurzystek „Wesołe dzwoneczki”. W lutym 2023 roku otworzyliśmy również przedszkole dla 20 dzieci, którymi zajmują się wychowawcy z wykształceniem muzycznym.
Potem zaczęliśmy realizować międzynarodowe projekty artystyczne, koncerty, występy. W zeszłym roku, w Dniu Niepodległości Ukrainy, nasze dzieci grały z orkiestrą symfoniczną, która przyjechała z Katowic. W tym roku planujemy równie wielki występ, już się przygotowujemy. Prowadzimy również stałą współpracę polsko-ukraińską: współpracujemy z polskimi szkołami muzycznymi, organizujemy wspólne koncerty. Integracja ukraińskich dzieci z polskim społeczeństwem odbywa się u nas poprzez sztukę.

Od trzech lat jestem zapraszana do Carnegie Hall w Nowym Jorku na warsztaty dla muzyków z całego świata. W związku z tą współpracą w naszej fundacji zawsze jest wielu amerykańskich gości. Przyjeżdżają do naszej szkoły, prowadzą zajęcia. W kwietniu odwiedziły nas dwie wirtuozki fortepianu. Poprowadziły międzynarodowe warsztaty dla ukraińskich i polskich dzieci.
Dziś Fundacja Educational Center Children of Ukraine realizuje wiele inicjatyw w dwóch budynkach – jest przedszkole, jest szkoła podstawowa, szkoła muzyczna, szkoła średnia i szkoła z internatem.
– W internacie mieszka 40 dzieci bez rodziców. Wśród nich jest wiele utalentowanych muzycznie. Nieustannie poszukujemy dla nich stypendiów od sponsorów. Zorganizowaliśmy kuchnię, nauczycieli, psychologów, sale do nauki. Internat jest przeznaczony dla dzieci w wieku 7-11 lat.
Osobną działalnością szkoły artystycznej Voloshka Music Academy są musicale.
– „I want to help” – napisał do mnie w zeszłym roku amerykański reżyser David Post – wspomina Natalia. – Pracuje w szkole musicalowej dla dzieci w Kalifornii. Wpadł na pomysł, żeby przyjechać do Warszawy i wystawić z naszymi dziećmi musical „Król Lew”. Spektakl miał mieć charakter komercyjno-charytatywny, pieniądze ze sprzedaży biletów miały pójść na stypendia dla dzieci, które mieszkają i uczą się w naszej szkole. Ale do tego nie doszło, bo się okazało, że prawa Davida do muzyki z musicalu obejmują tylko terytorium Stanów Zjednoczonych.
Dlatego musical był całkowicie charytatywny. To niesamowite doświadczenie dla naszych dzieci. David mieszkał z nimi w pensjonacie, ciągle z nimi rozmawiał, zajmował się muzyką. Szalały za nim. Pokazaliśmy ten musical w Pałacu Kultury i Nauki.
Wydawało mi się to niemożliwe, ale David powiedział: „Impossible is possible”
Po tym doświadczeniu postanowiliśmy wystawiać musicale co pół roku.

W szkole uczy się obecnie 84 dzieci – dwoje Polaków, reszta to Ukraińcy, którzy opuścili swoje domy z powodu wojny. Natalia uważa, że połączenie polskiego i ukraińskiego programu nauczania to bardzo trafna decyzja:
– Pracują u nas zarówno nauczyciele ukraińscy, jak polscy. Dzieci w naszej szkole mówią w trzech językach: ukraińskim, polskim i angielskim. Angielski znamy bardzo dobrze, wciąż przyjeżdżają do nas wolontariusze ze Stanów Zjednoczonych.
By zintegrować dzieci polskie i ukraińskie, organizujemy obóz „Ukraińskie lato w Warszawie”. To miejsce, w którym ukraińskie i polskie dzieci razem mieszkają, wymieniają się doświadczeniami, tworzą projekty artystyczne.
Staramy się robić dla nich wszystko, co najlepsze, by miały dzieciństwo. To bardzo ciężka praca, ale wyniki są jej warte
Zdjęcia: archiwa prywatne

Wesprzyj Sestry
Zmiana nie zaczyna się kiedyś. Zaczyna się teraz – od Ciebie. Wspierając Sestry, jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.
Wpłać dotację