
Diana Balynska
Ukraińska dziennikarka, redaktorka i scenarzystka. Pracowała jako redaktorka naczelna magazynów Liza i Enjoying Club, a także jako redaktorka wiodącego ukraińskiego portalu NV. W jej twórczym dorobku znajduje się wiele tekstów, inspirujących historii i odważnych eksperymentów. Kocha życie, ludzi, subtelny humor i głęboko wierzy w siłę słowa. Jej życiowe credo to: nigdy nie mów "nigdy"
Publikacje
Przyjechały do Polski z dyplomami wyższych uczelni, cennym doświadczeniem i nadziejami. Każda z nich miała za sobą lata nauki, karierę, umiejętności i sporo nawiązanych kontaktów. A mimo to po przeprowadzce wszystko musiały zaczynać od zera.
Dla wielu Ukrainek pierwszym etapem była praca sprzątaczki. Dla innych – kuchnia lub nocne zmiany w magazynie. Niektóre nie zdołały wyjść poza pracę fizyczną, inne nauczyły się żyć inaczej: opanowały język polski, przekwalifikowały się i wróciły do swoich zawodów.
Według danych UNHCR i Deloitte w 2024 roku ukraińscy uchodźcy zapewnili 2,7% PKB Polski. Około 69% zdolnych do pracy Ukraińców znalazło zatrudnienie, niemal nie ustępując pod tym względem obywatelom Polski (72%). To głównie kobiety. Jednak według szacunków ekspertów ds. rynku pracy tylko 30% Ukraińców pracuje zgodnie ze swoimi kwalifikacjami. Reszta zmuszona jest godzić się na stanowiska, które nie odpowiadają ani ich doświadczeniu, ani wykształceniu.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nawet doświadczonym specjalistkom z dyplomami czasami przez całe lata nie udaje się wrócić do zawodu? Dlaczego część z nich pozostaje w pracy wymagającej niskich kwalifikacji? I czy zawsze jest to sytuacja bez wyjścia?
Porozmawiałyśmy z Ukrainkami pracującymi w Polsce. Zapytałyśmy o ich ścieżki zawodowe, o to, co działa najlepiej: dobre CV, networking – czy po prostu upór. Poprosiłyśmy też ekspertkę ds. rozwoju kariery o wyjaśnienie, co przeszkadza ukraińskim kobietom w budowaniu kariery za granicą i jak to zmienić.
Oto historie trzech kobiet, trzy bardzo różne doświadczenia. Każda z tych historii opowiada jednak o poszukiwaniu siebie w nowym świecie, wierze w siebie i rzeczywistości, która nie zawsze pokrywa się z oczekiwaniami.
Najgorsze to utknąć w miejscu
Kateryna (imię zmienione na prośbę bohaterki) przyznaje, że nie mogła sobie nawet wyobrazić, jak długo potrwa poszukiwanie przez nią pracy. I dlatego czuje wstyd. Jednak w rzeczywistości jej wytrwałość i opanowanie zasługują na większy szacunek niż jakikolwiek wpis w CV.
Przyjechała z córką do Polski z Krzywego Rogu już na początku wojny. W Ukrainie miała stabilną karierę. Z wykształcenia jest ekonomistką, pracowała jako menedżerka projektów w prywatnej firmie. Jej dzień był zaplanowany co do minuty: spotkania, projekty, obowiązki. Wszystko zmieniło się w ciągu jednej nocy, kiedy musiała uciekać. W pierwszych miesiącach nie szukała pracy zgodnej z wykształceniem – trzeba było znaleźć jakiekolwiek źródło dochodu, aby przeżyć. Zajęła się sprzątaniem.
„To półtora roku sprzątania było trudne nie fizycznie, ale wewnętrznie. Jakbym wyszła z siebie. Ale wtedy uznałam, że w tej pracy nie ma nic wstydliwego. Po prostu musiałam wyżywić swoje dziecko. I jestem z tego dumna” – wyznaje.
Jednak wypalenie nadeszło szybciej, niż się spodziewała. Zrozumiała, że nie wytrzyma tak długo:
„Bardzo bałam się utknąć w miejscu. Wszyscy mówili: ‘Dopóki jest praca – trzymaj się jej’. A ja czułam, że potrzebuję czegoś innego. Że zniknę, jeśli szybko czegoś nie zmienię”
Poszła do szkoły policealnej, by zostać higienistką stomatologiczną. Gdy ją ukończyła, okazało się, że bez doświadczenia nikt jej nie weźmie:
„Wysłałam mnóstwo CV. W odpowiedzi – cisza. Szukali osób z doświadczeniem. Ale skąd mam mieć doświadczenie, skoro nikt mnie nie zatrudnia?”
W końcu znalazła pracę jako asystentka dentysty. Jednak godzin było niewiele, a szefowa jej zbytnio nie wspierała.
„Kiedy wszystko spoczywa na tobie, od mieszkania po szkołę dla dziecka, bardzo ważne jest, by praca była stabilna. Kiedy tego nie ma, wyczerpujesz się dwa razy szybciej”.

Znów zaczęła poszukiwania, tym razem w branży obsługi klienta. Polski zna już dobrze i uważa, że to główne narzędzie integracji:
„Język jest wszystkim. Bez niego nawet nie wezmą twojego CV do ręki. Znam dobrze polski, to moja podpora, ale sama znajomość języka to za mało”
Dziś Kateryna wysyła CV codziennie, dostosowując każde do konkretnej oferty. Nie korzysta z networkingu, bo nie ma w Polsce wielu znajomych.
„Uważam, że CV musi się czymś wyróżniać, przyciągać uwagę. Tylko wtedy jest szansa, że zostanie zauważone. Według moich obliczeń na 30 wysłanych CV może nadejść jedna odpowiedź. W branży obsługi klienta jest duża konkurencja, o jedno miejsce może ubiegać się nawet 100 kandydatów. Ale staram się nie traktować odmowy lub milczenia jako oceny mojej osoby. To, że mnie nie przyjęli, nie znaczy, że jestem zła. Po prostu to nie jest stanowisko dla mnie”.
Kateryna nie pozwala sobie na zwątpienie. Pamięta, jak długo pracowała jako sprzątaczka – i nie chce do tej roboty wracać. Jej główna zasada brzmi: nie odgrywać ofiary i wierzyć w siebie.
„Trzeba się zachowywać, jak gwiazda. Jeśli sama w siebie nie uwierzysz, nikt inny w ciebie nie uwierzy. Nie udaję. Po prostu pamiętam, że przetrwałam już więcej, niż mogłoby się wydawać. I myślę, że zasługuję na jeszcze więcej”
Nie trafiłam do apteki przez przypadek
Julia Astaszeniuk, farmaceutka z Odesy, ma dyplom uniwersytetu medycznego i ponad dziesięć lat doświadczenia pracy w aptece. Rozmawiała z pacjentami, wydawała leki. Ta praca wymagała fachowości, uwagi i empatii. Julia ją kochała.
„To nie tylko sprzedawanie tabletek. Musisz zrozumieć człowieka, wesprzeć go, wyjaśnić możliwości, pomóc. I oczywiście dobrze znać leki. Dla mnie to zawsze było coś więcej niż praca. To moje powołanie”.

Gdy wybuchła wojna na pełną skalę, Julia przez pewien czas pozostawała w Odesie. Jednak ciągłe ostrzały i poczucie zagrożenia skłoniły ją w końcu do opuszczenia miasta. Rok temu przeniosła się do Polski. Tutaj wszystko zaczęło się, jak u większości, od czystej karty: bez języka, bez znajomych, bez zrozumienia, jak działa lokalny rynek pracy. Ale miała mocne postanowienie: pozostać w zawodzie.
„Wiedziałam, że chcę wrócić do apteki. Nie mogłam sobie pozwolić na poddanie się. To byłaby zdrada samej siebie”.
Samodzielnie napisała CV po polsku i z teczką w ręku wyruszyła na pielgrzymkę po warszawskich aptekach:
„Wchodziłam i mówiłam: ‘Dzień dobry, jestem z Ukrainy, szukam pracy’. Ze strachem, łamaną polszczyzną, bez oficjalnego pozwolenia na pracę w zawodzie farmaceutki. Ale wierzyłam, że ktoś da mi szansę”.
Mijały tygodnie – i nic. Ktoś grzecznie odmawiał, ktoś inny nie miał czasu nawet porozmawiać, niektórzy w ogóle nie przeglądali jej CV. Wracała do domu rozczarowana, ale już następnego ranka wyruszała na kolejną wyprawę.
„Za każdym razem mówiłam sobie, że każda próba to krok do ‘tak’. Po prostu trzeba iść, dopóki nie otworzą się właściwe drzwi”
I w końcu się otworzyły. W jednej z aptek właścicielka zaproponowała rozmowę. Przyjęła Julię na stanowisko asystentki farmaceuty (pomoc apteczna). To dalekie od tego, co robiła w Ukrainie, ale była wdzięczna za szansę.
„Moja praca polega na przyjmowaniu towaru, układaniu go na półkach, sprzątaniu. Nie jestem farmaceutką ani nawet technikiem, jednak cieszę się, że znów jestem w aptece. Oddycham powietrzem, które znam. To już przełom”.
Oczywiście, nie obyło się bez wpadek. System, do którego przyzwyczaiła się w Ukrainie, tutaj nie działa: tam leki sortuje się według substancji czynnych, w Polsce – alfabetycznie. Łatwo się pomylić, więc trzeba być uważną.
„Było kilka sytuacji, kiedy coś źle ułożyłam i zwrócono mi uwagę. Tak, to bolało. Całe życie byłaś specjalistką, a teraz uczysz się od podstaw. Umiem doradzić, wziąć odpowiedzialność za poważne decyzje, a tutaj jestem „wynieś – przynieś ”. Szczerze mówiąc, nigdy w życiu tak dużo nie sprzątałam. Czasami to wyczerpuje psychicznie, a czasami jest naprawdę ciężko fizycznie. Ale nie pozwalam sobie na załamanie”.
Zespół ją szanuje, zwracają się do niej nawet: „pani magister”, chociaż zgodnie z przepisami nie ma prawa wydawać leków. Czasami koledzy dzwonią po godzinach, by dowiedzieć się, gdzie co leży, albo ustalić coś innego. Wiedzą, że jest doświadczona i rozumie, jak wszystko działa
„To trochę stresujące, ale też miłe. Bo to znaczy, że mi ufają, doceniają mnie, nawet jeśli formalnie jestem tylko asystentką”.
Mówi, że kultura apteczna w Polsce jest inna. Tutaj farmaceuci nie naciskają na sprzedaż, jak w Ukrainie. Wszystkie leki na receptę są wydawane wyłącznie na receptę. I zdaniem Julii tak powinno być.
„W Ukrainie trzeba było mieć plan sprzedaży i wykręcać go, jak się tylko dało. Nie wiem, jak to wygląda w polskich aptekach sieciowych, ale w mojej małej aptece wynagrodzenie nie zależy od tego, ile czego i za jaką kwotę sprzedałaś. Tutaj jesteś specjalistą, a nie sprzedawcą. Koleżanki czytają branżowe wiadomości, dzielą się informacjami, omawiają zmiany w przepisach. To inspirujące”.
Obecnie Julia poważnie rozważa nostryfikację dyplomu w Polsce. Wie, że nie będzie łatwo. Egzaminy, procedury biurokratyczne, dodatkowe kursy – wielu rezygnuje. Ale ona chce iść dalej.
„Przeszłam już tak wiele, że odwrót nie wchodzi w grę. Tak, to długie, męczące i wymaga pieniędzy, ale wiem, po co mi to. Chcę znowu pracować jako farmaceutka. Nie trafiłam do apteki przez przypadek. I zostanę w niej bez względu na to, jak będzie trudno”.
IT nie tylko dla programistów
Wiktoria Ławryk przyjechała do Polski wraz z mężem jeszcze w 2017 roku. Wyższe wykształcenie zdobyła w Kijowie, na Narodowym Uniwersytecie Technologii Żywności, gdzie studiowała hotelarstwo i gastronomię. Jej pierwsze kroki w nowym kraju były jakby logiczną kontynuacją specjalności. Tyle że w zupełnie innych realiach.
„Zaczęłam pracować jako kelnerka w hotelowej restauracji. Nie było w tym nic ekscytującego. Ciężka fizyczna praca, ciągłe stanie na nogach, ciężkie tace, naczynia, zmęczenie. I było to trudne również emocjonalnie. Masz wyższe wykształcenie, pragniesz rozwoju, a zaczynasz od najniższego szczebla. I bardzo chcesz jak najszybciej go pokonać”.

Potem przeniesiono ją do recepcji. Wydawałoby się – awans…
„To był ogromny stres. Praca na nocnych zmianach, czasami byłam kompletnie sama. Zmęczenie, odpowiedzialność, sytuacje awaryjne z klientami, którzy mogli wybuchnąć bez powodu. A do tego ciągłe poczucie, że jesteś obca. Jesteś ‘Ukrainka’ – a więc musisz udowodnić, że jesteś godna zaufania. Było sporo uprzedzeń. Nawet jeśli wszystko robisz dobrze, to może nie wystarczyć”.
Po roku pracy w branży hotelarskiej uznała, że ma dość. Polski znała już dosyć dobrze, zaczęła szukać innych możliwości
Znajomi polecili ją polskiej firmie zajmującej się sprzedażą wody pitnej. Dostała posadę kierownika ds. sprzedaży.
„To doświadczenie wiele mi dało: nauczyłam się komunikować z klientami, budować relacje, lepiej rozumieć procesy biznesowe, poprawiłam polszczyznę w piśmie. Ale z czasem zaczęło mi być „ciasno” — zapragnęłam większej dynamiki, rozwoju, środowiska, w którym ludzie mają ambicje”.
Zwróciła oczy w stronę IT. Nie miała wykształcenia technicznego, więc zapisała się na indywidualne kursy online – po pracy. Zaczęła od podstaw: czym jest e-commerce, jak działa strona internetowa, jak zarządzać projektami cyfrowymi.
„Wielu uważa, że IT to coś dla programistów i „matematycznych maniaków”. Tymczasem jest wiele stanowisk, na których najważniejsze są analityczne myślenie, umiejętność komunikowania się i organizowania procesów. Jeśli umiesz obsługiwać komputer, możesz się tego nauczyć”.
I znów dzięki znajomym trafiła na rozmowę kwalifikacyjną – tym razem do międzynarodowej firmy. Obecnie pracuje jako E-commerce Project Manager: odpowiada za działanie strony internetowej, koordynuje produkty online, pracę programistów i projektantów, kontaktuje się z klientami i kontrahentami.
Nie ukrywa, że na początku wstydziła się mówić znajomym, że szuka pracy. Wydawało się jej, że to oznaka słabości. Teraz uważa, że to właśnie networking stał się dla niej punktem zwrotnym.
„Kiedyś bałam się prosić o coś, mówić o sobie. Ale trzeba nauczyć się „sprzedawać” siebie, opowiadać o swoich mocnych stronach. Inaczej nikt o tobie się nie dowie”.
Najbardziej Wiktoria ceni sobie zmianę nastawienia do niej. W nowym środowisku nie oceniają jej już przez pryzmat narodowości czy akcentu
„Im bardziej wykształceni i otwarci są ludzie wokół, tym mniej dyskryminacji. W moim otoczeniu nie liczy się, skąd jesteś, ale co potrafisz i jak pracujesz. To bardzo dodaje otuchy”.
Wie, że miała łatwiej niż wielu innych – przyjechała jeszcze przed wybuchem wojny, była młoda, bez dzieci, rozumiała, na co się decyduje. Jest jednak przekonana, że w każdych warunkach ważne jest to, by nie tracić wiary w siebie.
„Trzeba mówić, pytać, uczyć się, szukać. Nikt nie przyniesie ci wymarzonej pracy na tacy. Ale jeśli uwierzysz, że jesteś w stanie – to szansa się pojawi. Nie jestem idealna. Jestem po prostu uparta i się nie poddałam”.
Opowiedziała swoją historię, bo chce dodać otuchy innym Ukrainkom – zwłaszcza tym, które przyjechały do Polski po 2022 roku.
„Tak, one mają trudniej, ale nawet z najniższego punktu można się podnieść. Najważniejsze to iść naprzód i się nie zatrzymywać”.
Główna trudność to język – choć nie tylko
Anna Czernysz, doradczyni ds. kariery z ponad 15-letnim doświadczeniem w HR i rekrutacji, mieszka w Polsce od dziesięciu lat. Ma wyższe wykształcenie pedagogiczne i ekonomiczne. Po przeprowadzce ukończyła szkolenie z coachingu i doradztwa zawodowego. Pracuje w organizacjach charytatywnych. Ukrainkom doradza w zakresie poszukiwania pracy, sporządzania CV, przygotowania do rozmów kwalifikacyjnych. Oto jej spostrzeżenia na temat typowych trudności, z którymi borykają się Ukrainki szukające pracy w Polsce.

O głównych barierach na polskim rynku pracy
„Główna trudność to język. Bez znajomości polskiego znalezienie pracy wymagającej wyższych kwalifikacji jest prawie niemożliwe – tym bardziej jeśli kandydatka ubiega się o stanowisko wymagające komunikatywności (kadry, marketing, nauczycielka, sekretarka). W tym przypadku wymagania językowe są na pierwszym miejscu. A na wielu stanowiskach, zwłaszcza w firmach międzynarodowych, wymagana jest również znajomość angielskiego na poziomie nie niższym niż B2. Często Ukrainkom brakuje podstawowych umiejętności „biurowych”, na przykład pracy z programem Excel.
Oprócz języka poważną barierą jest konieczność przekwalifikowania się, nostryfikacji dyplomu, budowania kariery praktycznie od zera. Ludzie boją się konkurencji z lokalnymi specjalistami, boją się rozmów kwalifikacyjnych. Często po prostu nie wierzą, że dadzą radę. To powszechne, więc właśnie tu ważne jest wsparcie, planowanie i profesjonalna pomoc.
Dlaczego Ukrainki „utknęły” w pracy wymagającej niskich kwalifikacji
Często dzieje się tak nie dlatego, że tego chcą, ale dlatego, że po prostu nie mają zasobów na coś innego: brakuje czasu, siły i wsparcia, by uczyć się języka, przekwalifikować się lub szukać czegoś lepszego.
Ale czasami jest odwrotnie: uzyskawszy stabilny dochód, ludzie boją się ryzykować. Przyzwyczajają się i pozostają tam, gdzie im wygodniej, nawet jeśli ta praca nie pozwala w pełni wykorzystać swojego potencjału.
O dostosowaniu CV i przygotowaniu do rozmowy kwalifikacyjnej
Nie ma czegoś takiego jak „ukraiński” czy „polski” format CV. Istnieją za to różne style i ważne jest, by wybrać ten, który najlepiej pasuje do danego stanowiska. Często nawet specjaliści nie orientują się w tym wystarczająco dobrze, dlatego radzę przynajmniej raz skonsultować się z profesjonalistą. To pomoże uniknąć typowych błędów.
Jeśli chodzi o rozmowę kwalifikacyjną, typowym błędem numer jeden jest brak przygotowania. A trzeba – na podstawie własnego CV, pod konkretne stanowisko. Prowadzę szkolenia-rozmowy kwalifikacyjne właśnie z tego zakresu.
Kolejnym częstym błędem jest nadmierna trema. Jeśli zbyt mocno chcesz tej pracy, tworzy się wewnętrzna presja. Tu pomagają ćwiczenia oddechowe, aktywność fizyczna.
Często ludzie nie rozumieją specyfiki polskiej kultury komunikacji: trzeba być uprzejmym, powściągliwym i znać typowe pytania z rozmowy kwalifikacyjnej, na przykład: „Opowiedz o swoim sukcesie” lub: „Dlaczego właśnie ty?”.
Jak skutecznie szukać pracy
Z mojego doświadczenia wynika, że pracę najczęściej znajdują osoby, które szukają jej aktywnie i celowo. Ważne jest tutaj kompleksowe podejście. Warto wykorzystać wszystkie kanały: profesjonalne strony internetowe, specjalistyczne grupy na Facebooku, LinkedIn (w przypadku ofert pracy biurowej), znajomości, rekruterów, targi pracy.
Ważne jest jednak, by szukać tam, gdzie to ma sens. Na przykład sprzątaczek nie szuka się przez LinkedIn, ale księgowych czy menedżerów – już tak.
Od czego ma zacząć kobieta z dyplomem, ale niepracująca w swoim zawodzie
Zacznij od języka. Polski – koniecznie, angielski – bardzo pożądany. Poziomy B2 to już dobry start. Następnie musisz zdecydować: wrócić do swojego zawodu czy zmienić kierunek. Rozważ plusy i minusy, czas, koszty. Jeśli trudno ci samodzielnie podjąć decyzję, skontaktuj się z doradcą zawodowym. Czasami jedna konsultacja może zaoszczędzić miesiące niepewności.
Zdjęcia: prywatne archiwa bohaterek
Projekt jest współfinansowany ze środków Polsko-Amerykańskiego Funduszu Wolności w ramach programu „Wspieraj Ukrainę”, realizowanego przez Fundację „Edukacja dla Demokracji

„Mycie podłóg z dyplomem w kieszeni nie było moim marzeniem”. Dlaczego Ukrainkom w Polsce trudno znaleźć pracę w swoim zawodzie i jak to zmienić

Ukrainki, z którymi rozmawiałam, na różne sposoby odnalazły drogę powrotną do samych siebie. Niektóre zgodziły się podzielić swoją historią.
Jak te z nich, które mieszkają w Polsce, na nowo uczą się okazywać troskę o siebie. Dlaczego czują się winne? I co się zmieniło w ich podejściu do piękna?
Poczucie winy trwa do dziś
41-letnia Wira Fedorenko z Kijowa przed wojną pracowała jako menedżerka w restauracji. W 2022 roku wraz z nastoletnim synem przeniosła się do Warszawy, gdzie obecnie pracuje jako administratorka w sali zabaw „Tęcza”.
Przed przeprowadzką zawsze dbała o swój wygląd i zdrowie. Co trzy tygodnie – manicure, co cztery – fryzjer. Regularne wizyty u ginekologa i dentysty, raz w roku mammografia i kurs masażu pleców. Ulubione rytuały jako atrybuty dnia: rano filiżanka herbaty z cytryną przy oknie z widokiem na miasto, wieczorem spacer ulicą, niezależnie od pogody.
Po przeprowadzce wszystko się zmieniło. Nowe życie w Polsce stało się próbą. Na pierwszych etapach adaptacji brakowało jej sił nawet na najprostsze rzeczy, które wcześniej dawały poczucie normalności i stabilności:
– Nie miałam ochoty robić makijażu, fryzury, ładnie się ubierać. Nie miałam siły na rytuały, nawet spacery nie sprawiały mi przyjemności.

Podobnie jak wiele z nas, Wira przeżyła okres, kiedy wszelkie przejawy troski o siebie wydawały się jej czymś nie na miejscu. Jej uwaga skupiła się na przetrwaniu. Przełomem była wizyta u psychologa. Po niej Wiera zaczęła się odbudowywać. Krok po kroku.
– Zaczęłam znowu farbować włosy, ale już sama. Do fryzjera chodzę teraz raz w roku. Manicure i pedicure też robię w domu. Staram się regularnie chodzić do lekarzy, choć nie udaje mi się to tak często jak wcześniej. Za to wydaję teraz mniej na pielęgnację, bo większość zabiegów zastąpiłam domowymi. Jedyne, na czym nie oszczędzam, to masaż – ostatnio bardzo bolą mnie plecy.
Codzienne rytuały powróciły, ale uległy zmianom: rano mocna kawa z mlekiem, przeglądanie wiadomości, obowiązkowy telefon do mamy do Kijowa, by dowiedzieć się, jak minęła noc. Wira odnajduje spokój w drobiazgach:
– Kupić sobie bukiet kwiatów, spotkać się z przyjaciółką na mieście, pospacerować po parku lub lesie. To na chwilę przywraca mi poczucie harmonii.
Na pytanie, czy czuje się winna, że podczas wojny „myśli o sobie”, odpowiada:
– Poczucie winy jest we mnie obecne również teraz. Przecież moja mama jest w Ukrainie, a ja tutaj. Ale jest jej spokojnie na duszy, kiedy wie, że u nas wszystko w porządku.
Z Ukrainy przywiozła swoje ręczniki, ikony i modlitewnik. Co niedzielę robi sobie maseczkę do twarzy według rodzinnego przepisu – z płatków owsianych i miodu.
– Ta maseczka według przepisu mamy to mój bardzo ważny rytuał. Jakby uścisk z domu
Na pytanie, jakie nawyki w pielęgnacji mogłaby przejąć od Polek, Wira odpowiada, że w polskiej kulturze ceni się „zdrowy wygląd” – czystą skórę, delikatny makijaż, schludny wygląd. Polki, podobnie jak Europejki, często używają odcieni naśladujących naturalny kolor twarzy, tuszu do rzęs i błyszczyka do ust, podkreślają brwi – i wielu to wystarcza. Takie podejście okazało się jej bliskie. Dbanie o siebie jest obecnie niezbędnym minimum, które pomaga Wirze zachować wewnętrzną równowagę:
– Kiedy dbam o siebie, czuję się silniejsza i zdolna do działania, do pójścia naprzód.
Spojrzałam w lustro i nie poznałam siebie
47-letnia Oksana przyjechała z córką do Polski z Krzywego Rogu latem 2022 roku. W pierwszych miesiącach po przeprowadzce nie miała dla siebie czasu. Najważniejsze było znalezienie pracy i niezałamanie się psychicznie.
– Pracowałam jako sprzątaczka w mieszkaniach, biurach, domach – wspomina. – Zgadzałam się na wszystko, bo trzeba było płacić za mieszkanie i odkładać choć trochę pieniędzy. Wracałam do domu tak zmęczona, że nie miałam siły nawet jeść. Jeśli kładłam się przed północą, to już był sukces. O dbaniu o siebie nie było mowy. Wydawało się jej, że to drobiazgi, które nie mają znaczenia, kiedy jesteś na skraju wyczerpania.
– Nie malowałam się, nie używałam kremów. Włosy miałam po prostu związane w kucyk.
Myślałam: przeżyję – i wtedy do tego wszystkiego wrócę
Poza tym przychodzenie do sprzątania umalowaną wydawało się jej bez sensu.
Kiedy po roku spojrzała w lustro, nie poznała siebie.
– Wszystko wyglądało normalnie, ale twarz była taka zmęczona. Postarzałam się... Nie poznałam siebie – skóra była matowa, oczy przygasłe. To było bolesne.
To był przełom. Postanowiła: dość „przetrwania”. Zaczęła od drobnych rzeczy.
– Na początek po prostu zaczęłam myć włosy każdego ranka, tak jak kiedyś w domu. Potem kupiłam krem – zwykły, niedrogi, ale o przyjemnym zapachu. To już był jakiś krok. Następnie – farba do włosów.
Niedawno po raz pierwszy od trzech lat zrobiłam sobie brwi w salonie. I wiesz – popłakałam się. Jakby wróciła część dawnej mnie
Nadal dużo pracuje, ale teraz znajduje już czas na proste rytuały, które ją podtrzymują.
– W każdą niedzielę – gorąca kąpiel z solą. Słucham muzyki z lat 80. albo po prostu leżę w ciszy. I jeszcze biżuteria; znowu zaczęłam ją nosić. To drobiazg, ale kiedy zakładam kolczyki, przypominam sobie, że nie jestem tylko kobietą zarabiającą na życie. Jestem też po prostu kobietą.
Według Oksany Polki inwestują w wysokiej jakości pielęgnację skóry: używają kremów, serum, toników, peelingów, maseczek – często lokalnych marek. Ich kosmetyki są w większości naturalne, bez ostrych zapachów i agresywnych składników. To podejście wpłynęło również na wybór Oksany: teraz zamiast kilku tanich produktów kupuje jeden, ale naprawdę dobrej jakości.
– Staram się brać przykład z miejscowych kobiet, wydają mi się takie zadbane. Nawet trochę mam kompleksy...
Rozumiem, że nie jestem już taka, jak kiedyś. Ale nie jestem też już taka, jaka byłam w 2022 roku. I to mnie cieszy
Teraz robię dla siebie więcej niż kiedyś w Ukrainie
Przed wojną 42-letnia Wiktoria Bożedaj była urzędniczką państwową w Charkowie. Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji wraz z synami wyjechała do Warszawy. Zawsze była osobą kreatywną – szyła, pisała wiersze, malowała. Jedno z tych hobby stało się jej głównym zajęciem za granicą: obecnie pracuje jako krawcowa w małej firmie produkującej damską odzież.
.avif)
Zawsze o siebie dbała, ale emigracja i stres odbiły się na jej wyglądzie.
– Z powodu stresu zaczęły mi bardzo wypadać włosy, więc szukałam sposobu, by sobie pomóc – mówi. – Psychicznie było mi ciężko. Musiałam zapewnić dzieciom dach nad głową. Ale dość szybko wróciłam do domowych zabiegów pielęgnacyjnych. I teraz, szczerze mówiąc, robię dla siebie więcej niż wcześniej w Ukrainie. Bo w tych warunkach uważam to za konieczność.
Rytuały pielęgnacyjne stały się dla niej punktem oparcia w trudnych realiach życia.
– Kremy na noc i na dzień, filtr SPF, serum pod oczy, peeling, maseczki – to moje must have. Włosy pielęgnuję balsamami, maskami, termoochroną. I oczywiście lekki makijaż na co dzień. Manicure robię sama – kupiłam lampę, narzędzia, lakiery. To wygodne i ekonomiczne.
Szczególną uwagę przywiązuje do sylwetki:
– Poczułam, że przez stres zaczęłam przybierać na wadze, co bardzo mnie zasmuciło. Wtedy przeszłam kilka maratonów odchudzających z ukraińskimi trenerami, zaczęłam też uprawiać jogę, chodzić na basen, więcej spacerować.
Wróciłam do formy – i to dodało mi siły
W tych wszystkich aktywnościach Wika wybiera środowisko ukraińskojęzyczne:
– Joga – z ukraińską instruktorką. Kosmetyczka, fryzjerka, depilacja – też nasze dziewczyny. Czuję, że one lepiej wiedzą, czego potrzebuję.
Czy zauważa różnicę w podejściu do dbania o siebie między lokalnymi kobietami a Ukrainkami?
– Krawcowe, z którymi pracuję, znacznie mniej o siebie dbają. Do fryzjera idą maksymalnie raz na kilka miesięcy. Manicure – nie zawsze. Zauważyłam natomiast, że w Polsce panuje kultura regularnej profilaktyki (w szczególności pielęgnacji twarzy, zębów, ciała), nawet w młodym wieku. Na przykład filtr SPF stosuje się codziennie, a nie tylko na wakacjach.
Wiktoria jest przekonana, że piękny wygląd nie jest kwestią statusu, ale wewnętrznego przyzwolenia, zasobów i potrzeby.
– Ja po prostu kocham sukienki, kocham ładnie wyglądać każdego dnia. Nie potrzebuję do tego żadnego pretekstu.
Dba też już o swoje zdrowie psychiczne.
– Chodzę na wieczory poetyckie, arteterapię, do psychologa. To też jest dbanie o siebie. I dla mnie to wybór życia.
Dbanie o siebie to teraz mój zawód
33-letnia Tetiana Basowa przez kilka lat pracowała w Charkowie jako kolorystka, chociaż ma wykształcenie techniczne. Po wybuchu wojny została wolontariuszką. Przyjechała do Warszawy dosłownie na 4 dni, ale nieoczekiwanie dla siebie bardzo szybko znalazła pracę.
– Po prostu napisałam do pewnego prestiżowego salonu, że chcę być asystentką fryzjerki. Byłam pewna, że nie przejdę selekcji, ale przyjęli mnie od razu – albo z litości, albo we mnie uwierzyli. Tak to wszystko się zaczęło.

Na początku pracowała w salonie nastawionym na polskich klientów, obecnie – w salonie ukraińskim, gdzie większość klientek to Ukrainki. No, i pracuje też na własny rachunek. Nie widzi zasadniczej różnicy w podejściu do pracy – może poza tym, że Polki nie prowadzą tak często i aktywnie jak Ukrainki kont na Instagramie. Zamiast tego korzystają z serwisów takich jak Booksy [darmowa aplikacja do rezerwacji wizyt u fryzjerki czy manikiurzystki – red.].
Tetiana przyznaje, że w pierwszych miesiącach wojny trudno jej było pozwolić sobie nawet na najprostsze rzeczy.
– Oszczędzałam na wszystkim, kupno kremu wydawało mi się luksusem. Bardzo długo nie farbowałam włosów, nie strzygłam się, nie robiłam manicure.
Ale z czasem zrozumiałam, że mam jedno życie. I że kiedy robię coś dla siebie, to nie tylko wydaję pieniądze, ale także wspieram innych: daję im np. zarobić na podatki czy darowizny
Teraz Tetiana ma całą kolekcję słoiczków z kosmetykami, o których istnieniu wcześniej nie miała pojęcia. Największą radość i pewność siebie czerpie z zabiegów kosmetycznych. Do kosmetyczki jeździ specjalnie do Ukrainy.
– Owszem, to nie jest tanie, ale uczucie po zabiegach jest niesamowite. Ktoś wydaje zarobione pieniądze na ubrania albo przysmaki, a ja na zabiegi kosmetyczne i SPA. W dzieciństwie myliśmy się jednym mydłem, nikt nie uczył mnie dbania o siebie. Teraz świadomie pozwalam sobie na więcej. I jeszcze – przedłużanie włosów. Czasami sama się dziwię, jak dodatkowe 20 gramów włosów może tak zmienić człowieka!
A jak wygląda dbałość o pielęgnację u ukraińskich i polskich kobiet?
– To stereotyp, że Ukrainki są bardziej zadbane. Widziałam wiele stylowych Polek, szczególnie imponują te po 50. roku życia. Natomiast młodzież czasami przesadza: zbyt długie rzęsy albo paznokcie. Polki są przeważnie bardziej oszczędne, niektóre chcą zniżek i żeby było szybko i niedrogo. Istnieje opinia, że Polki rzadziej decydują się na wstrzykiwanie, konturową plastykę czy botoks – w przeciwieństwie do Ukrainek, dla których takie zabiegi stały się normą. Jednak wydaje mi się, że Polki raczej przechodzą z jednej skrajności w drugą. Natomiast Ukrainki w ostatnich latach coraz bardziej cenią sobie naturalność – styl old money.
Większość Ukrainek nie wie, co będzie dalej, dlatego chcą takiego farbowania, które będzie wyglądało naturalnie i nie będzie wymagało częstego odświeżania
Często czuję się nie tylko kolorystką, ale także psycholożką. Szczególnie w pierwszych miesiącach wojny dziewczyny przychodziły porozmawiać, pogadać o tym, jak im ciężko. Teraz fotel w salonie to miejsce, gdzie można się zrelaksować.
Ogólnie wojna i emigracja mają na nas ogromny wpływ. Nasze dziewczyny mimo wszystko starają się dbać o siebie, chociaż wiele z nich zrezygnowało już z manicure czy skomplikowanego farbowania włosów; wybierają prostsze rozwiązania. Ale zawsze wyglądają schludnie. Nawet za granicą, mimo wojny, trzymamy poziom.
Dać innym coś prawdziwego
– Dbanie o siebie to podstawowy mechanizm psychiczny, który pomaga zachować stabilność, wewnętrzną obecność i kontakt ze sobą. Dlatego kiedy notorycznie ignorujemy własne potrzeby, emocje i granice, stopniowo zanika w nas energia, sens, zdolność odczuwania. Jakbyśmy psychicznie „traciły siebie” – przekonuje Oksana Wozniuk, psycholożka i psychoterapeutka z Narodowego Stowarzyszenia Terapeutów Gestalt Ukrainy.
– Poczucie winy z powodu dbania o siebie jest częstym zjawiskiem, zwłaszcza u osób, które od dzieciństwa uczono, by były „wygodne”, „silne” albo w ogóle „niewidoczne”. Zarazem to nie jest twoja prawdziwa natura – to tylko nabyte doświadczenie. Dlatego można to zmienić.
Psycholog radzi:
• uświadom sobie, skąd bierze się w tobie poczucie winy i czyj „głos” rozbrzmiewa w twojej głowie;
• pozwól sobie na pragnienia, odpoczynek, osobiste granice;
• przypominaj sobie: dbam o siebie nie „zamiast innych”, ale dla życia, obecności, ciepła. Zarówno dla siebie, jak dla tych, których kocham.
Dbanie o siebie nie jest ucieczką, ale drogą do głębszej więzi ze światem. Im bardziej jesteś dla siebie, tym więcej czegoś prawdziwego możesz dać innym. Nie z obowiązku, ale z miłości
Szczerze podziwiam nasze kobiety. To, jak się trzymają, jak potrafią same tworzyć piękno, jak pozostają czarujące, mimo okoliczności. I wiecie co? Po rozmowie z nimi zdecydowałam się kupić sobie nowe perfumy.
Wydawało mi się, że wszyscy wokół patrzą na mnie i potępiają za to, na co sobie pozwoliłam. A w rzeczywistości to ja się potępiałam... Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, poczułam, że nadszedł czas, by wrócić do siebie Ale jak?

W 2022 roku Polska stała się symbolem solidarności z Ukrainą. Jednak już po trzech latach retoryka polityczna nad Wisłą uległa znacznej zmianie. Ukraińcy są coraz częściej przedstawiani jako zagrożenie, a ich integracja stopniowo schodzi na dalszy plan. Zamiast niej coraz więcej mówi się o bezpieczeństwie i kontroli. O tym, jak i dlaczego antyimigrancka retoryka stała się w Polsce politycznym mainstreamem, rozmawiamy z Oleną Babakovą, dziennikarką i badaczką migracji.

Migracja – główny temat dyskusji
Diana Balińska: – Jakie kwestie są obecnie najczęściej badane w dziedzinie migracji ukraińskiej w Polsce?
Olena Babakova: – Migracja jest dziś jednym z głównych wyzwań nie tylko dla Polski, ale dla całej Unii Europejskiej. Według tegorocznego badania Eurostatu 50% Europejczyków za główne zagrożenie uważa wojnę w Ukrainie, a 44% migrację.
Sytuacja migracyjna w Polsce znacznie dziś różni się od tej sprzed czterech lat, nie mówiąc już o dziesięciu minionych latach. Jest ona głównym przedmiotem dyskusji, polityki, źródłem emocji i niepokoju ludzi. I właśnie dlatego temat migracji jest tak intensywnie badany – z różnych stron i przez różne instytucje. Te instytucje można podzielić na trzy główne grupy: pracownie socjologiczne, ośrodki analityczne (think tanki) i instytucje akademickie.
Pierwsza grupa to duże firmy socjologiczne, takie jak CBOS czy IBRiS. Przeprowadzają ogólnokrajowe badania na dużej próbie: według wieku, płci, regionów. Zanim wyniki zostaną opublikowane, mija około miesiąca. Takie badania często mają formę krótkich pytań, na przykład: „Czy migracja jest korzystna dla kraju?”, z prostymi odpowiedziami: „tak” lub „nie”.
Ale tutaj ważne jest, by zrozumieć, że już same sformułowania zawarte w pytaniach czasami zawierają oceny. I kiedy widzimy w wynikach, że, powiedzmy, 48% respondentów uważa, że „migracja jest dobra”, to słowo „dobra” dla każdego oznacza coś innego
Te dane są ważne, ale powierzchowne, bo nie pozwalają zrozumieć głębszych przyczyn ani motywacji.
Druga grupa to ośrodki analityczne. To organizacje, które tworzą ekspertyzy ukierunkowane na opracowywanie bieżącej polityki. Ich celem jest udzielenie praktycznej odpowiedzi na pytania interesujące grupy zawodowe, przedsiębiorców, polityków.
Takie badania trwają dłużej – zazwyczaj od pół roku do roku – i obejmują wąskie segmenty: stosunek pracodawców do migracji, wpływ migrantów na rynek pracy, polską tożsamość itp. Ich wyniki często stanowią podstawę do formułowania zaleceń zarówno dla polityków, jak dla konkretnych sektorów gospodarki.
I wreszcie – środowisko akademickie: uniwersytety, ośrodki badawcze, Polska Akademia Nauk. To właśnie te podmioty podchodzą do tematu migracji z największą głębią i dokładnością metodologiczną. Często są to badania międzynarodowe, obejmujące różne aspekty. Oznacza to jednocześnie, że od sformułowania tematu do opublikowania wyników badania mogą minąć dwa, a nawet trzy czy cztery lata. Na przykład obecnie obserwujemy prawdziwą falę prac naukowych poświęconych reakcji Polski na wyzwania migracyjne w czasach pandemii COVID-19. Oznacza to, że ta wiedza jest najgłębsza i najwyższej jakości, lecz działa z pewnym „akademickim jetlagiem”, czyli ciągłym opóźnieniem.
Nauka swoje, polityka swoje
Czy władze wykorzystują wyniki badań dotyczących migracji w swoich decyzjach?
Niestety nie. Co więcej, nawet jeśli wiedza naukowa przenika do dyskursu politycznego, nie gwarantuje to wcale, że taka perspektywa działa na korzyść migrantów czy praw człowieka w ogóle. Dotyczy to nie tylko Polski czy Ukrainy, ale także rozwiniętych demokracji.
W Polsce po wyborach w 2023 roku pojawiły się nadzieje na bardziej profesjonalną, mniej populistyczną politykę migracyjną. Wiceministrem ds. migracji został profesor Maciej Duszczyk, znany ekspert z Uniwersytetu Warszawskiego.
Jednak z czasem stało się jasne, że gdy naukowiec obejmuje stanowisko rządowe, jego publiczna retoryka ulega radykalnej zmianie
W nowej strategii polityki migracyjnej, którą przedstawił Duszczyk, niemal nie ma nacisku na wyzwania demograficzne, czynniki ekonomiczne czy mechanizmy integracyjne. Rozdział poświęcony integracji formalnie istnieje, ale dotyczy on raczej asymilacji. Zamiast integracji w centrum uwagi są sekurytyzacja (czyli postrzeganie migrantów jako potencjalnego zagrożenia), populistyczne hasła i asymilacyjne podejście do obcokrajowców.
Decyzje takie jak ograniczenie pomocy dla ukraińskich uchodźczyń czy przywrócenie kontroli granicznej z Niemcami są podejmowane wbrew zaleceniom naukowym. Po prostu dlatego, że dobrze wybrzmiewają w kampanii wyborczej
Mamy więc paradoks: w rządzie są specjaliści, ale ich wiedza rzadko przekłada się na realną politykę.
Skoro mówimy o sekurytyzacji: dlaczego nastawienie Polaków do Ukraińców się zmieniło? To skutek manipulacji politycznych, rosyjskiej propagandy, czy naturalny proces?
Przede wszystkim to nie jest proces zewnętrzny, ale wewnętrzny. W przeciwieństwie do Francji czy Belgii, Polska nie ma masowych problemów z niekontrolowaną migracją.
Większość Ukraińców w Polsce pracuje, integruje się, nie obciąża systemu socjalnego. Mimo to poziom niepokoju i histerii w dyskursie publicznym jest czasami wyższy niż w krajach dotkniętych rzeczywistym kryzysem migracyjnym
Pomoc i „czarna niewdzięczność”
Powodem jest to, że Polska bardzo szybko przekształciła się z kraju emigracji w kraj imigracji, ale żadna z sił politycznych nie przeprowadziła ze społeczeństwem poważnej rozmowy na ten temat. Szczególnie w mniejszych miastach ludzie nie rozumieją, kto przyjechał, po co i czym naprawdę się zajmuje. W mediach i sieciach społecznościowych rozpowszechniane są filmy, na których np. obcokrajowcy zachowują się agresywnie – ale bez kontekstu, więc nie wiadomo, czy to w ogóle dzieje się w Polsce. Tyle że ludzie oglądają to wielokrotnie i odczuwają zagrożenie.
Na tym tle politycy zaczęli grać kartą migracji. Retoryka opiera się na przesłaniu: „Polska zrobiła dla Ukrainy więcej niż ktokolwiek inny, a w zamian otrzymała niewdzięczność”. Najpierw tę retorykę promowała Konfederacja, potem Prawo i Sprawiedliwość, a teraz, niestety, także rządząca koalicja, której przedstawiciele uważają się za liberałów. Są pojedyncze wyjątki, ale ogólnie panuje konsensus: migracja to zagrożenie. Mówi się, że owszem, Ukraińcy przyjechali i pracują, ale stanowią zagrożenie dla naszego stylu życia, dla tego, co nazywamy „polskością”. Więc tych migrantów trzeba zintegrować, choć i tak nic nie zrobimy, by tak się stało. Mamy więc taki zamknięty krąg.
Niestety polscy politycy nie potrafią uprawiać innej polityki niż polityka polaryzacji. Rosyjska propaganda jest oczywiście obecna, zwłaszcza za sprawą prorosyjskich aktywistów internetowych, ale jej rola jest drugorzędna. Absolutna większość antyimigranckich i antyukraińskich hejterów pochodzi z Polski.
Istnieją badania, które pokazują, że ponad 80% migrantów pracuje, płaci podatki. Jest potwierdzone, że niemieckie służby nie przywożą na granicę z Polską tysięcy uchodźców. Ale fakty nie mają już znaczenia. Dla wielu Polaków skrajnie prawicowy narracja jest bardziej realna niż rzeczywistość
I nie wiadomo, co z tym zrobić.
Najbardziej niepokojące jest to, że rośnie agresja w życiu codziennym. Ludzie, z którymi rozmawiam, coraz częściej spotykają się z otwartą nienawiścią nie tylko w internecie, ale także w środkach transportu, w pracy, po prostu w życiu codziennym. To nowy poziom napięcia. Kiedy „aktywiści” tacy jak Robert Bąkiewicz chodzą już w pobliżu granicy, sprawdzają dokumenty i śledzą migrantów – to staje się niebezpieczne. Wczoraj ścigali Gruzinów, dziś ścigają obywateli krajów tzw. Globalnego Południa, jutro – być może będą ścigać Ukraińców, a pojutrze zaczną sprawdzać wśród miejscowych, który z nich jest „prawdziwym Polakiem”.
Codzienny hejt uliczny
Jak przeciętny Ukrainiec w Polsce powinien reagować na hejt lub agresję w przestrzeni publicznej?
Nie ma uniwersalnej rady, ponieważ nie ma właściwej reakcji na agresję – naruszenie twoich granic osobistych zawsze jest czymś nienormalnym. Z moich obserwacji wynika, że reakcja zależy nie tyle od siły charakteru czy pewności siebie, ile od twoich zasobów: znajomości języka, statusu pobytu, stanu psychicznego.
Jedna rzecz, gdy dobrze znasz język polski, masz stały, legalny status, czujesz się pewnie. Wtedy możesz zwrócić uwagę na naruszenie, wezwać policję, zarejestrować incydent. Inna sprawa, jeśli jesteś uchodźczynią wojenną, nie mówisz po polsku i czujesz się bezbronna. Wtedy często prościej jest zignorować sytuację.
Czasami wystarczy spokojnie ostrzec: „Nie mów tak do mnie, to niedopuszczalne”, „Jeśli nie przestaniesz, będę musiała wezwać policję”. Jednak w wielu przypadkach milczące ignorowanie jest również strategią samoobrony
Tyle że to nie jest problem indywidualny, który można by rozwiązać poprzez osobiste zachowanie. Odpowiedzialność spoczywa tu na polskich politykach i organach ścigania, a te często ignorują takie przejawy nietolerancji, faktycznie zachęcając tym samym sprawców.
Jakie są Pani obserwacje dotyczące nastrojów wśród ukraińskich migrantów w Polsce?
Ogólnie – niepokojące. Praktycznie wszyscy, z którymi rozmawiam, mieli już doświadczenia lub słyszeli o przypadkach wrogości nie tylko w Internecie, ale także w przestrzeni fizycznej. To rodzi nieufność, a niekiedy chęć ograniczenia kontaktów z polskim społeczeństwem poza pracą.
Jednak reakcje bardzo zależą od osobistych zasobów. Osoby, które są tu już od dawna, mają stabilną pracę, mieszkanie, paszport, mogą łatwiej „amortyzować” ten niepokój, na przykład poprzez ironię lub dystans. Natomiast przez tych, którzy nadal czują się pod tym względem wrażliwi – zwłaszcza nowo przybyłych, uchodźców – takie sprawy są odbierane ostrzej, boleśniej i z większym niepokojem.
Co ciekawe, nawet ci, którzy nie śledzą zbyt uważnie polskiej polityki, intuicyjnie wyczuwają zmiany w atmosferze. Ludzie zaczynają szukać bardziej stabilnych rozwiązań prawnych: przejścia z PESEL UKR na kartę pobytu, uzyskania rezydentury, doprecyzowania swego statusu prawnego – by mieć nieco solidniejszy grunt pod nogami.
Od tego rządu nie oczekuję już niczego
A co z rozmowami o przeprowadzce gdzieś dalej?
One są, ale raczej w wąskich kręgach – na przykład wśród osób o wyższych dochodach, które rozważają wyjazd do Hiszpanii lub Portugalii. Więcej takich nastrojów widzę obecnie nawet wśród Białorusinów, którzy często łatwiej otrzymują dokumenty dzięki Karcie Polaka i mają większą „swobodę manewru”.
Ale na razie nie ma zbyt wielu rzeczywistych przypadków masowego wyjazdu lub powrotu.
Nawet jeśli jest im niekomfortowo, ludzie już się zakorzenili, mają pracę, mieszkanie, szkołę dla dzieci, a ponowne „wyrwanie się” jest bardzo trudne. Nawet powrót do domu to już nie to samo, ponieważ w tym czasie wszystko się zmieniło
Na razie jest więcej niepokoju i oczekiwania niż radykalnych decyzji. Ale zobaczymy, co przyniosą kolejne miesiące. Sytuacja pozostaje dynamiczna.
Oczekuje Pani jakichś działań rządu na rzecz poprawy integracji migrantów? I czy my sami robimy wystarczająco dużo, by wyjść ze swoich „baniek”?
Od tego rządu nie oczekuję już niczego... Byłoby dobrze, gdyby przynajmniej zrealizował swoje plany otwarcia centrów integracji cudzoziemców i sprawił, by wydawanie dokumentów pobytowych dla cudzoziemców zgodnie z kodeksem trwało 60 dni, a nie prawie rok, jak to się dzieje obecnie.
Tak, często gotujemy się we własnych kręgach społecznych. Ale brak kontaktu z Polakami to nie tylko kwestia niechęci. To także brak fizycznej przestrzeni i możliwości spotykania się z polskim społeczeństwem.
Jeśli pracujesz 12 godzin w fabryce, mieszkasz w akademiku z innymi obcokrajowcami i nie masz czasu nawet na to, żeby wyjść do parku – to gdzie i kiedy masz poznać Polaków?
Nie chodzi o to, że Ukraińcy „nie chcą się integrować”. Chodzi o brak punktów styczności.
Fakt, rodzicom małych dzieci jest trochę łatwiej – można poznać się w szkole lub na placu zabaw. Ale dla większości to luksus, a nie norma.
Integracja to zawsze proces dwustronny. Migranci muszą się dostosować, ale społeczeństwo też musi być gotowe na różnorodność, a nie działać zgodnie z logiką: „Stańcie się tacy jak my, a wtedy nic wam nie grozi”
Czy inicjatywy na szczeblu lokalnym mogą w tym jakoś pomóc?
Tak, ponieważ integracja często wymaga sztucznie stworzonych miejsc spotkań. Tak jak w dużych firmach organizuje się imprezy integracyjne lub warsztaty kulinarne, by ludzie zaczęli się kontaktować ze sobą, tak samo należy postępować w społecznościach: poprzez szkoły, uniwersytety, gminy, organizacje społeczne.
Nawet jeśli jesteś bardzo komunikatywny, to ktoś musi zorganizować przestrzeń, w której ludzie mogliby się spotykać. Bo nawet we własnym kraju po 30. roku życia nie jest łatwo nawiązać nowe znajomości, a tu dochodzi jeszcze bariera językowa. Fraza: „Po prostu wyjdź i poznaj kogoś” tutaj nie działa.
Częściowo te funkcje powinny pełnić centra integracji cudzoziemców, które planowano otworzyć przy wsparciu UE. Jednak przeciwko nim wystąpiła prawicowa Konfederacja, a rządząca Platforma przegapiła odpowiedni moment. I teraz sama zaczęła powtarzać: „Nie potrzebujemy centrów integracji, potrzebujemy centrów polskiej kultury ”.
To krok wstecz – do asymilacji zamiast integracji
Jest nas wielu i to się liczy
Jakie są Pani oczekiwania wobec pracy utworzonego w Ukrainie Ministerstwa Jedności? To naprawdę krok w kierunku powrotu Ukraińców do kraju, czy raczej działania pozorowane?
Oczekiwania są bardzo skromne. Chciałoby się po prostu, żeby minister nie uciekł tylnym wyjściem po pierwszej konferencji prasowej. A poważnie mówiąc – dobrze, że władze publicznie poruszyły ten temat. Ale czy naprawdę potrzebne jest do tego nowe ministerstwo? Oto jest pytanie.
Niestety widzieliśmy już wiele przypadków, kiedy nowe struktury tworzy się bardziej po to, żeby „pokazać, że coś robimy”, niż dla rzeczywistej pracy. Dlatego pewien sceptycyzm jest uzasadniony.
Co tak naprawdę zadecyduje o tym, czy Ukraińcy będą masowo wracać?
Są tu dwa kluczowe czynniki. Pierwszy – jakie schematy przejścia z tymczasowej ochrony do nowego statusu migranta zostaną zaproponowane Ukraińcom po 2026 czy 2027 roku. Czy ten schemat będzie raczej taki, jak obecnie w Polsce, mniej więcej akceptowalny dla większości uchodźców? Czy może będzie to schemat brytyjski, który jest całkowicie nie do przyjęcia dla 95% osób?
Drugi czynnik to poziom nastrojów antyimigranckich w Europie. Jeśli nienawiść do ukraińskich uchodźców w Polsce, Niemczech czy innych krajach będzie rosnąć, stanie się to dodatkowym „impulsem” do ich powrotu. Ironią losu jest, że może to nawet działać na korzyść państwa ukraińskiego – bez jakiegokolwiek wysiłku z jego strony.
Ogólnie rzecz biorąc, w wielu krajach – zarówno biedniejszych (jak Łotwa), jak bogatszych (jak Irlandia) – programy powrotu emigrantów działają w bardzo ograniczonym zakresie.
Ludzie nie wracają na wezwanie ministra. Wracają, gdy widzą sens i perspektywę
Zobaczymy więc, co im zaproponują w zakresie legislacyjnym, czy będzie to realne dla osób o niskich dochodach.
Co osobiście daje Pani nadzieję w kwestii ukraińskiej emigracji, mimo wszystkich tych trudności?
No... tani bilet na WizzAir, żeby choć gdzieś wyjechać z Polski. I może kieliszek wina [śmiech].
Ale mówiąc poważniej, nie myślę o tym w kategoriach nadziei. Mam raczej bardziej przyziemne spojrzenie. Tak, publiczna dyskusja jest często hejterska, czasami nie do zniesienia. Ale są też dobrzy ludzie, to fakt i nie można o tym zapominać.
Nie wszyscy odnoszą się do Ukraińców z wrogością. Są ludzie, którzy widzą w tobie człowieka, a nie paszport i akcent
Są też inne rzeczy, dzięki którym się trzymamy. Jest nas wielu, nie jesteśmy już „pojedynczymi migrantami”, jesteśmy widoczną społecznością. Mamy swoje organizacje, nie jesteśmy zawieszeni w próżni. Mamy wokół siebie ludzi, z którymi możemy się zjednoczyć.
Mamy też sojuszników. Może nie tyle w rządzie, ile w parlamencie, w mediach, wśród aktywistów.
A co najważniejsze, mamy swój kraj. Mamy dokąd wrócić – w przeciwieństwie, powiedzmy, do Białorusinów, dla których powrót często oznacza zagrożenie więzieniem, bo jesteś wrogiem własnego państwa. My przynajmniej mamy dom. Tak, teraz tam jest wojna, ból, problemy. Ale on jest.
Badaczka migracji o tym, jak zmienia się Polska i jej stosunek do Ukraińców

Poziom B1 jako pułapka
Diana Balińska: Masz duże doświadczenie w nauczaniu obcokrajowców. Czy praca z Ukrainkami, które przyjechały do Polski z powodu wojny, różni się od Twoich wcześniejszych doświadczeń?
Jolanta Skrzydło: Zdecydowanie. Wcześniej uczyłam ludzi ze wszystkich kontynentów, z około 120 krajów. Ale kiedy po 24 lutego 2022 r. zaczęły przyjeżdżać Ukrainki, zobaczyłam zupełnie inną rzeczywistość. To były kobiety w stanie silnego stresu, po traumatycznych wydarzeniach, często z dziećmi na rękach, bez partnerów, wyrwane ze swojego dotychczasowego życia i wrzucone w nową rzeczywistość.
Przychodziły na kursy językowe nie tylko po to, by zdobyć wiedzę. Przede wszystkim potrzebowały poczucia bezpieczeństwa, kontaktu z innymi, wsparcia
Na początku trudno im było się skoncentrować. Myślami pozostawały w Ukrainie – z rodzinami, mężami. Dlatego tak chętnie wybierały zajęcia grupowe. Szukały wspólnoty, rozmów, wymiany doświadczeń, a język schodził na drugi plan. Przede wszystkim potrzebowały po prostu być blisko innych kobiet, które przeżywały coś podobnego. Bycie razem dawało im siłę. Dla mnie jako nauczycielki takie zajęcia w sytuacji kryzysowej są zawsze ogromnym wyzwaniem.
Od początku wojny i od momentu, gdy zaczęłaś pracować z Ukrainkami, minęły już ponad trzy lata. Jakie efekty nauki widzisz dzisiaj? Jakie postępy osiągnęły? Czy są rzeczy, które Cię niepokoją?
W ciągu tych trzech lat wydarzyło się naprawdę dużo dobrego. Wiele moich uczennic osiągnęło niesamowite sukcesy. Dziś pracują jako lekarki, psycholożki, wykwalifikowane kosmetyczki obsługujące polskie klientki, otworzyły własne kancelarie prawne, uczą polskich pracowników, prowadzą działalność gospodarczą. Doskonale znają polski, zdały egzaminy, nostryfikowały dyplomy, ukończyły kursy zawodowe. To niezwykle inspirujące.
Jednocześnie znaczna część Ukrainek zatrzymała się na poziomie B1. To poziom, który pozwala funkcjonować w codziennym życiu – pracować, robić zakupy, oglądać wiadomości, komunikować się z innymi rodzicami w szkole, bez stresu udać się do lekarza. I wielu to wystarcza. Należy podkreślić: to całkiem normalne, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że te kobiety rozpoczęły naukę w bardzo trudnych warunkach, często bez stabilizacji, w stanie stresu.

Z drugiej strony ten „bezpieczny” poziom może stać się pułapką. Aby przejść dalej, do B2+/C1 (a moim zdaniem właśnie wtedy wiele Ukrainek zaczyna czuć się pewnie), potrzebny jest plan, systematyczność, a często także dodatkowe wsparcie. Dotyczy to zwłaszcza kobiet o wysokich kwalifikacjach: prawniczek, finansistek, specjalistek HR, dziennikarek, psychoterapeutek, które bardzo chcą wrócić do pracy w swoim zawodzie, najlepiej w polskich firmach lub międzynarodowych korporacjach. Mają wiedzę, doświadczenie, ambicje – lecz język nadal pozostaje barierą. Dla mnie to sygnał, że należy wspierać je nie tylko na etapie adaptacji, ale także w dalszym rozwoju.
Skąd się bierze ten problem? Dlaczego tak wiele kobiet zatrzymuje się na poziomie B1 i nie idzie dalej, mimo że często mają ambicje i motywację?
Przyczyn jest kilka. Główna to chaos w nauce. Wiele osób zapisuje się na różne kursy bez przeanalizowania, czy rzeczywiście odpowiadają one ich poziomowi i potrzebom. Często wybierają to, co jest po prostu dostępne – bo jest bezpłatne, bo ktoś polecił, bo jest blisko. A potem okazuje się, że grupa jest zbyt zróżnicowana: ktoś dopiero zaczyna, a inna osoba mówi już dość swobodnie, choć z błędami. To powoduje frustrację zarówno u tych, którzy nie nadążają, jak tych, którym się nudzi.
Jeśli wstępny test kwalifikacyjny do grupy ogranicza się tylko do gramatyki, zdarza się, że jedna osoba dobrze wszystko rozumie, ale źle mówi, a inna mówi pewnie, lecz brzmi nienaturalnie, ponieważ odtwarza ukraińskie konstrukcje językowe. W tak niejednorodnych grupach osiągnięcie rzeczywistych postępów jest bardzo trudne.
Do tego dochodzi niesystemowe podejście do nauki: tu darmowy webinar, tam jakaś aplikacja, kilka słów z TikToka lub filmik z Instagrama. Brakuje spójności i strategii. Jako dodatkowy zasób to może działać, ale bez fundamentów i regularnego podejścia takie zajęcia dają słabe rezultaty
Jednak najważniejszy jest brak jasnego celu.
Bardzo niewiele osób, rozpoczynając naukę, zadaje sobie pytanie: „Po co się uczę tego języka? Czy chcę pracować w swoim zawodzie? Zdać egzamin? Studiować na uniwersytecie?”. Bo język jest narzędziem. Ważne jest zrozumienie, po co chcesz to narzędzie opanować. Bez tego trudno zebrać siły do głębokiej, poważnej pracy
Na czym więc polega klucz do sukcesu? Co naprawdę działa?
Plan i systematyczność. Może to zabrzmieć banalnie, ale to naprawdę jest skuteczne. Trzeba mieć jasny, mierzalny cel, na przykład: „Za pół roku chcę osiągnąć poziom B2, by móc ubiegać się o pracę w firmie X” lub: „Chcę zdać egzamin językowy, żeby dostać się na studia podyplomowe w języku polskim”. Następnie należy podzielić ten cel na mniejsze kroki i opracować plan działania. Na przykład: „By złożyć podanie do tej firmy, będę musiała przejść rozmowę kwalifikacyjną w języku polskim, więc muszę nauczyć się prezentować swoje doświadczenie zawodowe w tym języku”.
Do tego dochodzi systematyczna praca – niekoniecznie dwie godziny dziennie, ale regularnie, nawet jeśli codziennie to tylko 20 minut. Lepiej mniej, ale regularnie, niż raz w tygodniu po trzy godziny. Język wymaga stałego kontaktu, rytmu, powtarzalności
I jeszcze jedno: niezwykle ważne jest aktywne używanie języka. Nie wystarczy tylko słuchać i czytać. Trzeba mówić i pisać, nawet z błędami. Bo jeśli ktoś tylko biernie przyswaja język, to pojawia się blokada, gdy trzeba coś powiedzieć lub napisać. A kiedy zaczynasz aktywnie używać języka – mówić, pisać nawet krótkie wiadomości – to wtedy zaczyna się prawdziwy postęp.
Przeczytaj także: „Trzy lata jestem w Polsce, a mój polski nadal kuleje. Co z tym zrobić?”
Popełniaj błędy, lecz nie przestawaj mówić
Jakie formy nauki są obecnie najbardziej skuteczne? Co najlepiej sprawdza się w przypadku dorosłych uczących się języka polskiego jako obcego?
To zależy od sytuacji i celu. Jednak widzę, że bardzo dobrze sprawdzają się zajęcia grupowe – zwłaszcza na początkowym etapie nauki, kiedy ludzie potrzebują wsparcia, interakcji, świadomości, że nie są sami. W grupie łatwiej pokonać barierę językową, przyzwyczaić się do różnych akcentów i tempa mówienia. To bardzo cenne doświadczenie.
Zajęcia online mają tę zaletę, że znacznie oszczędzają czas. Jeśli ktoś ma dzieci, pracę, codzienne obowiązki, to dojazd na kursy zabiera mu cenne godziny. Lekcję online można odbyć w domu, przy filiżance herbaty, w komfortowych i znanych sobie warunkach. Oszczędza to również czas nauczycielowi, zwłaszcza doświadczonemu, który dzięki temu może pracować z większą liczbą uczniów, nawet poza swoim miastem.

Coraz więcej osób z powodzeniem uczy się również w formacie asynchronicznym. Uczestnicy otrzymują z wyprzedzeniem zadania – na przykład teksty lub tematy do wypowiedzi – wykonują je samodzielnie, nagrywają odpowiedzi głosowe lub przesyłają prace pisemne, a następnie otrzymują indywidualną informację zwrotną: poprawki, komentarze, porady. Takie podejście pozwala uczyć się we własnym tempie, w dogodnym czasie, bez konieczności dostosowywania się do ustalonego harmonogramu. To również tańsza opcja niż regularne zajęcia na żywo, ale opcja skuteczna, o ile materiały są wysokiej jakości i jest wewnętrzna motywacja.
A co z zajęciami indywidualnymi?
To również świetna opcja, jeśli ktoś może sobie na nią pozwolić finansowo. Jedna dobrze zaplanowana godzina indywidualnych zajęć w tygodniu może dać doskonałe rezultaty. Nauczyciel pomaga określić cele, dobiera materiały, udziela informacji zwrotnych. Jednak jeśli nie masz na to budżetu, warto rozważyć asynchroniczny kurs z informacją zwrotną lub dobrą grupę. W każdym przypadku najważniejsze jest to, by wiedzieć, do czego dążysz.
Jakie różnice zauważasz w podejściu do nauki języka polskiego między Ukraińcami a innymi obcokrajowcami?
Różnice są bardzo zauważalne. Ukraińcom zdecydowanie łatwiej nauczyć się polskiego niż wielu innym obcokrajowcom. Polski i ukraiński są podobne, ich struktury gramatyczne i słownictwo często się pokrywają, więc próg wejścia jest znacznie niższy.
Już od pierwszych zajęć mogę zwracać się do Ukraińców po polsku – wybierając prostsze słowa, ale bez konieczności tłumaczenia każdego zdania. To ogromna zaleta. Paradoks polega jednak na tym, że ta łatwość czasami nie działa na korzyść kursantów
Ukrainki bardzo szybko zagłębiają się w gramatykę i koncentrują na „zamykaniu” określonych tematów – takich jak odmiana czasowników, zdania warunkowe, mowa pośrednia – ponieważ właśnie to jest dla nich wskaźnikiem postępów. „Przeszłam już tyle tematów” – dla nich to dowód, że idą do przodu.
Tymczasem ludzie z Indii, Ameryki Południowej i krajów UE mają zazwyczaj zupełnie inne podejście. Koncentrują się na komunikacji: chcą porozumieć się tu i teraz, nie czekając na to, aż będą mówić perfekcyjnie. Cieszą się z każdego praktycznego osiągnięcia: „Zamówiłam kawę po polsku”, „Przeprowadziłam prezentację”, „Zwolniłem pracownika” – to właśnie jest dla nich prawdziwą miarą sukcesu.
Ponadto dla Ukraińców bardzo często główną motywacją do nauki języka jest konieczność uzyskania certyfikatu. Certyfikat staje się swego rodzaju potwierdzeniem: „Znam język” – nawet jeśli w praktyce dana osoba nie czuje się jeszcze pewnie podczas rozmowy.
Tyle że język to przede wszystkim narzędzie, a nie egzamin z teorii. Oczywiście certyfikaty są ważne, zwłaszcza gdy chodzi o legalizację pobytu lub zatrudnienie w swoim zawodzie, ale nie powinny być jedynym celem. Swobodne posługiwanie się językiem kształtuje się w rzeczywistych działaniach – krok po kroku, nie tylko z podręcznikiem, ale także w życiu.
Czy Polacy od razu rozpoznają Ukraińców po akcencie?
Tak. Akcent zdradza pochodzenie, ale nie stanowi to żadnej bariery. W Polsce bardzo ceni się, gdy ktoś próbuje mówić po polsku. Nie oczekujemy perfekcji. Najważniejsza jest komunikacja i chęć. Polacy są zazwyczaj cierpliwi i życzliwi wobec osób uczących się języka.
Warto również wiedzieć, że w naszej kulturze wśród osób wykształconych lub po prostu świadomych nie praktykuje się poprawiania błędów językowych innych. Uważa się to za niegrzeczne
Nawet jeśli ktoś mówi z błędami, nikt zazwyczaj nie zwraca na to uwagi, chyba że w bardzo bliskich relacjach lub na zajęciach językowych. Z jednej strony to komfortowe, ale z drugiej – może utrudniać naukę, ponieważ trudno uzyskać informację zwrotną. Dlatego tak ważne są dobre lekcje z nauczycielem, który wie, jak poprawiać błędy w sposób wspierający i motywujący.
Co byś poradziła osobie, która dopiero zaczyna naukę polskiego?
Przede wszystkim zadanie sobie pytania: „Dlaczego to robię?. Co chcę osiągnąć za trzy miesiące, za pół roku, rok? Co mi w tym przeszkadza? Brakuje mi słownictwa, trudno mi się wyrażać, mylę polski z ukraińskim?” Kiedy to zrozumiesz, łatwiej będzie wybrać odpowiedni format nauki. Nie próbuj ogarnąć wszystkiego naraz, nie zapisuj się na wszystkie dostępne bezpłatne kursy. Skoncentruj się na tym, co jest naprawdę dla ciebie ważne. Jeśli nie potrafisz samodzielnie opracować planu, poproś o radę doświadczonego nauczyciela.
Mów od pierwszego dnia – choćby z błędami. Pisz, pytaj, próbuj. Tylko aktywne używanie języka pozwala naprawdę go opanować.
I nie porównuj się z innymi, bo każdy ma swoją drogę, tempo i uwarunkowania. Czasami 15 minut nauki dziennie, ale regularnie i świadomie, daje lepszy efekt niż chaotyczne zajęcia trzy razy w tygodniu po kilka godzin
W Unii Europejskiej istnieje pojęcie lifelong learning – uczenie się przez całe życie. To nie tylko modne hasło, ale sposób myślenia. Chodzi o to, abyśmy postrzegali rozwój jako naturalny i ciągły proces – nie tylko w nauce języków, ale także w pracy, rozwijaniu umiejętności interpersonalnych, życiu społecznym. Edukacja nie kończy się wraz z ukończeniem szkoły lub uczelni. Można się rozwijać w każdym wieku i w różnych dziedzinach. To daje ogromną swobodę i satysfakcję.
Kiedy postrzegasz naukę języka jako część tego długotrwałego rozwoju, jako inwestycję w siebie – zmienia się zarówno twoja motywacja, jak podejście.
Zdjęcia: Shutterstock

Co decyduje o sukcesie w nauce języka i jakie formy nauki sprawdzają się najlepiej? Rozmawiamy z Jolantą Skrzydło, nauczycielką języka polskiego jako obcego z ponad 25-letnim doświadczeniem. Dr Skrzydło specjalizuje się w biznesowym języku polskim i optymalizacji nauki, współpracuje z międzynarodowymi firmami i wspiera migrantów w adaptacji zawodowej

Diana Balynska: – Istnieje opinia, że język polski jest jednym z najtrudniejszych. Ile czasu zazwyczaj potrzebują Ukraińcy, by go opanować?
Mosze Nader: – W Internecie jest wiele rankingów trudności języków, które rzekomo określają, ile godzin potrzeba, by opanować każdy z nich. Jednak mało kto wie, że te listy zostały stworzone na potrzeby służby dyplomatycznej USA – a zatem są zorientowane na Amerykanów, dla których język polski, jako jeden z najbardziej „nietypowych”, może być naprawdę bardzo trudny w nauce.
Jednak Ukraińcy to nie Amerykanie. Użytkownikom języka ukraińskiego język polski jest znacznie bliższy. To pokrewne języki słowiańskie, o podobnej gramatyce i w dużej części o wspólnym słownictwie.
Z mojego doświadczenia wynika, że przy odpowiednim wysiłku poziom komunikatywny można osiągnąć już po czterech miesiącach nauki. Jeśli jednak podchodzisz do nauki formalnie, to nawet po czterech latach nie będzie rezultatów.
Najtrudniejszy jest ten język, którego nie chcesz się uczyć
Jakie czynniki wpływają na szybkość nauki języka?
Być może ktoś oczekuje, że wspomnę o tak zwanym „talencie językowym”, ale muszę rozczarować: nie wierzę w niego. Polegam na tym, co widziałem na własne oczy.
Na proces nauki języka wpływają motywacja, poziom wykształcenia, wiek, pochodzenie, język ojczysty itp. Jeśliby jednak wyróżnić jeden decydujący czynnik, to jest nim głęboka znajomość własnego języka.
Tak, to nie jest najlepsza wiadomość dla użytkowników surżyku [język potoczny, łączący elementy rosyjskiego i ukraińskiego – red.]. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że jeśli człowiek biegle włada językiem ojczystym – to znaczy zna jego gramatykę, niuanse stylistyczne, ma bogate słownictwo i rozwinięte wyczucie językowe – daje mu to ogromną przewagę w nauce każdego nowego języka.
Szczerze smuci mnie stan, w jakim jest dziś język ukraiński w Ukrainie. Wierzę jednak, że nadejdzie dzień, kiedy Ukraińcy powrócą do swoich głębokich, prawdziwych, autentycznych ukraińskich korzeni językowych.
Jakie błędy Ukraińcy popełniają najczęściej?
Nasze języki, ukraiński i polski, mają wiele wspólnego, ale też dzieli je sporo różnic. Właśnie w tych różnicach tkwią typowe błędy.
Jednym z najczęstszych problemów jest używanie rodzaju męskiego w liczbie mnogiej. To prawdziwe wyzwanie dla osób mówiących po ukraińsku: nawet ci, którzy dobrze rozumieją polski, często popełniają błędy właśnie w tym zakresie. Typowe przykłady: „tani banany”, „wysoki mężczyzny”, „szybki pociągi” zamiast poprawnych form: „tanie banany”, „wysocy mężczyźni”, „szybkie pociągi”. Największe trudności dla Ukraińców wiążą się więc z używaniem form „oni” i „one” oraz wszystkich związanych z nimi form gramatycznych.
Te błędy wydają się drobne, ale czasami zmieniają znaczenie lub brzmią po prostu niewłaściwie.
Ukraińcy czasami wymawiają słowo „Polacy” jako „Polaki” (kalka z języka ukraińskiego), co w Polsce może być odebrane jako forma pogardliwa – na kształt „пшеки” lub „ляхи”
Nawiasem mówiąc, mam nieprzyjemną wiadomość dla Rosjan. Według badań, język polski i ukraiński mają około 70% wspólnego słownictwa (a niektóre współczesne szacunki mówią nawet o większym odsetku). Natomiast polski i rosyjski mają tylko 44% wspólnego słownictwa. Dla porównania: w polskim i litewskim – a litewski, przypomnę, nie należy nawet do języków słowiańskich! – to około 38%.
Oznacza to, że dla Polaka, który nigdy nie miał do czynienia z językiem rosyjskim, będzie on tak samo niezrozumiały, jak litewski. Rosyjski nie jest do polskiego „podobny”, jak się często uważa, ale znacznie bardziej od niego odległy niż ukraiński. I nie mówimy tu nawet o gramatyce. Gramatyka rosyjska uważana jest za jedną z najprostszych w rodzinie słowiańskiej, podczas gdy polska – za jedną z najtrudniejszych.
Jakie nietypowe bądź kreatywne metody stosuje Pan w nauczaniu polskiego?
Zacznę od tego, czego nie robią wszyscy nauczyciele, choć moim zdaniem powinni. Uniwersytet nauczył mnie ważnej rzeczy: kompetencji kulturowej. To nie tylko znajomość obcej kultury, ale także głębokie zrozumienie kultury własnej. I choć wydaje się, że dobrze znamy swoją kulturę, w rzeczywistości często nie jesteśmy jej świadomi, ponieważ w niej dorastaliśmy.
Może się wydawać, że tu nie chodzi o język. Ale prawda jest taka, że języka i kultury nie da się rozdzielić. Język jest zwierciadłem kultury.
Jeśli nie znamy kontekstu kulturowego studentów, jeśli ignorujemy kulturowe cechy ich języka ojczystego, nasze nauczanie staje się powierzchowne
Właśnie tego brakuje wielu nauczycielom, którzy często opierają się na „uniwersalnych” metodach, nie biorąc pod uwagę rzeczywistego pochodzenia swoich uczniów.
Na przykład wciąż słyszę: „Gramatykę należy przedstawiać za pomocą tabel”. Ale takie podejście nie jest odpowiednie dla wszystkich – i nie zawsze. Jeśli pracujesz z uczniami ukraińskojęzycznymi, wyjaśnianie, że rodzaj żeński kończy się na „-a” lub „-i”, jest po prostu zbędne, bo oni już to wiedzą z języka ojczystego. Zamiast tego uczeń może dojść do błędnego wniosku, że każde słowo kończące się na „-a” jest rodzaju żeńskiego. A potem ku swemu zaskoczeniu dowie się, że „mężczyzna” nie jest rodzaju żeńskiego, a męskiego. Nie zrozumie też, dlaczego słowa „noc” czy „sól”, które nie kończą się na „-a”, są rodzaju żeńskiego.
Takich błędów można łatwo uniknąć, jeśli zamiast sztucznych schematów nauczymy się słuchać logiki ucznia, czyli kierować się jego intuicją językową.
Kolejna metoda, którą stosuję, polega na skupieniu się na prawidłowościach między językami, a nie na wyjątkach. Na przykład w języku ukraińskim często spotykamy końcówki z „o”: „-ом”, „-ому”, „-ого”. W języku polskim w tych samych formach pojawia się „e”: „зі студентом” → ze studentem; „сон” → sen; „зеленому” → zielonemu; „того” → tego.
Jeśli uczeń dostrzega te prawidłowości, jest mu znacznie łatwiej, ponieważ nie uczy się na pamięć, ale rozumie strukturę języka. A zrozumienie jest podstawą trwałej wiedzy.
Jak Polacy zazwyczaj reagują na błędy językowe Ukraińców?
Mogę mówić za siebie, chociaż doświadczenia moich studentów to potwierdzają. Polacy bardzo się cieszą, gdy ktoś uczy się ich języka, i często moi studenci narzekają nie na to, że Polacy ich nie rozumieją, ale na to, że ich nie poprawiają. Dziwią się, dlaczego nikt nie zwraca im uwagi na błędy, chociaż Polacy doskonale rozumieją, jak trudny jest język polski. Są oczywiście zabawne błędy: legendarne „ruchatysja” to już klasyka gatunku. Z ukraińskiej strony słowo to brzmi zupełnie niewinnie, podczas gdy w języku polskim „ruchać się” to wulgarne wyrażenie oznaczające „uprawiać seks”.
Czy istnieją stereotypy dotyczące tego, jak Ukraińcy mówią po polsku?
Wiele tak zwanych problemów ze „stereotypową” wymową polskich słów wynika w rzeczywistości z niewystarczającej znajomości fonetyki ukraińskiej przez samych Ukraińców.
Często trudności z wymową polską wynikają nie z tego, że język polski jest taki trudny, ale z tego, że Ukraińcy od dzieciństwa nie mówią całkowicie po ukraińsku, a raczej posługują się jego zrusyfikowaną wersją
Na przykład dźwięk „cz”. W języku polskim wymawia się go dokładnie tak samo, jak w języku ukraińskim, ale wielu zniekształca go właśnie dlatego, że wymawia go jak rosyjskie „ч”. Większość problemów wynika właśnie ze zrusyfikowanej wymowy.
A teraz przypomnijmy sobie słynny polski dźwięk: „ł” – kolejnego „strasznego potwora”. Problem polega na tym, że ludzie próbują wymawiać „ł”, używając artykulacji charakterystycznej dla dźwięku „l”. A to jest fizycznie niemożliwe – to jak próba wymawiania „m” z „r”. Spróbuj powiedzieć: „uawka” zamiast: „ławka”, a zrozumiesz, że w rzeczywistości ten dźwięk jest bliższy „u”.
Jak różnice kulturowe między Ukraińcami a Polakami wpływają na styl i skuteczność komunikacji językowej?
Lata okupowania Ukrainy przez Związek Radziecki miały ogromny wpływ na zachowania językowe Ukraińców. W szczególności wprowadziły do nich wiele tak zwanych „wschodnich manier” w komunikacji. Jest to szczególnie widoczne w przypadku uprzejmości.
Język polski jest niezwykle delikatny i uprzejmy. Tryb rozkazujący („podaj”, „zrób”, „daj mi to, proszę”) w przestrzeni publicznej niemal nie jest używany. Zamiast tego Polacy preferują łagodniejsze, pytające formy, takie jak: „Czy możesz mi to podać?”, „Czy mógłbyś to zrobić?”, „Czy mogłaby mi pani to podać?”
Kiedyś byłem świadkiem takiej oto sytuacji: pani z Ukrainy chciała kupić szynkę w sklepie i zamiast klasycznego: „Czy mogę prosić o 20 deko szynki” (Polacy ważą szynkę czy sery w dekagramach), zwróciła się: „Dajcie mi 200 gram szynki, proszę”. Reakcja sprzedawczyni była nieprzyjemna, ponieważ w Polsce takie zwracanie się do nieznajomych jest uważane za dość niegrzeczne. Ponadto forma „wy” w zwracaniu się do nieznajomych była używana tylko przez komunistów.
Czy są tematy lub wyrażenia, które mogą być postrzegane jako niestosowne lub obraźliwe w kontekście polskim?
Dla Polaków historia jest święta, więc lepiej unikać tego tematu lub poruszać go z należytą delikatnością. Trauma spowodowana niesprawiedliwością i krzywdami, które ich spotkały, jest wciąż w Polakach żywa, a stwierdzenie: „zapomnijmy o historii i żyjmy dalej” będzie ich irytować i obrażać.
Jaką radę dałby Pan Ukraińcom, którym trudno znaleźć wspólny język z Polakami?
Nie należy przyspieszać biegu zdarzeń. Polacy są mniej komunikatywni niż Ukraińcy, potrzebują więcej czasu, by zaufać. Jeśli nie odpowiadają ci uśmiechem, nie bierz tego do siebie. Pozostań sobą. Szczerość jest zawsze wyczuwalna.
Były chwile, kiedy czuł Pan dumę z osiągnięć swoich uczniów?
Mam ogromne szczęście w życiu. Pracuję z dorosłymi i zawsze spotykam wspaniałych ludzi. Jestem dumny z każdego ich sukcesu, nawet najmniejszego. Szczególnie wzruszające są chwile, kiedy omawiam trudne tematy z moimi uczniami, których niedawno nauczyłem czytać i pisać. Często łzy napływają mi do oczu z dumy i podziwu dla tych wspaniałych ludzi, którzy poświęcili tyle czasu i siły, by osiągnąć to, co mają.

Kontynuujemy nasz cykl materiałów poświęconych problemom w nauce języka polskiego przez Ukraińców. Tym razem rozmawiamy z Mosze Naderem – nauczycielem języka polskiego jako obcego, tłumaczem i poliglotą. Opowiada o swoich metodach nauczania i wyjaśnia, dlaczego nauka polskiego to nie tylko gramatyka i słownictwo, ale także głębokie zrozumienie siebie i innych

„Jak twój polski?” – to pytanie Ukraińcy w Polsce często zadają sobie nawzajem. Odpowiedzi są różne: „Rozumiem prawie wszystko, ale trudno mi mówić”; „Ukończyłam kilka kursów, lecz nie widzę znaczącego postępu”; „Komunikuję się trochę swobodniej, odkąd pracuję wśród Polaków”; „Boję się popełniać błędy, więc unikam rozmów”…
Wydawałoby się, że w ciągu trzech lat można nauczyć się języka polskiego perfekcyjnie. Ale rzeczywistość jest inna. Według danych polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Polsce mieszka ponad 1,5 miliona Ukraińców. Wśród przedwojennych migrantów 68% deklaruje dobrą znajomość polskiego, lecz wśród uchodźców odsetek ten wynosi już tylko 28%. Ostatnie badania pokazują, że u większości ukraińskich migrantów wojennych poziom znajomości języka polskiego jest niski lub średni, a tylko 10% operuje polszczyzną swobodnie.
To dowód, że w nauce języka polskiego wielu Ukraińców napotyka trudności. Główne bariery to brak czasu, pieniędzy i możliwości praktyki z native speakerami. Często pojawia się również strach przed popełnieniem błędu, który utrudnia swobodną komunikację.
Sestry rozpoczynają cykl artykułów poświęconych nauce języka polskiego Ukraińców w Polsce. Naszą dzisiejszą rozmówczynią jest Lilia Pariliak, filolożka, nauczycielka języka ukraińskiego i polskiego. Przed inwazją pracowała w Katedrze Językoznawstwa Iwo-Frankiwskiego Narodowego Uniwersytetu Medycznego, ucząc zagranicznych studentów ukraińskiego. Obecnie uczy polskiego Ukraińców na kursach w warszawskiej fundacji Polki Mogą Wszystko.

Diana Balińska: – Ile czasu zazwyczaj potrzeba, by nauczyć kogoś polskiego na poziomie wystarczającym do codziennej komunikacji?
Lilia Pariliak: – Jeśli za poziom wystarczający do codziennej komunikacji uznamy B1, to jego opanowanie trwa zazwyczaj od 9 miesięcy do roku. Jednakże oczywiste jest, że proces nauki każdego języka obcego, w tym polskiego, zależy od różnych czynników: intensywności nauki, metod, warunków, indywidualnych zdolności itp. Dlatego niektórzy już po kilku miesiącach czują się dość pewnie, a inni potrzebują znacznie więcej czasu i wysiłku, by opanować podstawy.
Każdy ma swoje tempo nauki, nie warto porównywać się z innymi
Czy istnieje różnica w tempie nauki między osobami uczącymi się języka samodzielnie a tymi, które uczęszczają na kursy lub mają nauczyciela?
Tempo nauki języka zależy nie tyle od ukończonych kursów, ile od motywacji i systematyczności samego procesu nauki. Kursy oczywiście pomagają uporządkować materiał, opanować trudne zagadnienia gramatyczne, doskonalić wymowę, ale są tylko jednym z elementów procesu nauki – obok samodzielnej pracy, która polega na zanurzeniu się w środowisku językowym poprzez czytanie, słuchanie i mówienie.
Jakie aspekty polszczyzny sprawiają ukraińskim studentom najwięcej trudności? Czy podobieństwa między językami ukraińskim i polskim mają wpływ na popełnianie błędów w wymowie?
Jeśli chodzi o trudności na początkowym etapie nauki, to główną jest akcent. Wydawałoby się, że nie ma w tym nic trudnego, ponieważ akcent w języku polskim jest stały, prawie zawsze pada na przedostatnią sylabę. Jednak studenci często popełniają błędy. Kolejnym problemem jest używanie słów, które na pierwszy rzut oka brzmią podobnie do ukraińskich, ale mają inne znaczenie.
Ci „podstępni przyjaciele”, którzy powinni ułatwić naukę języka polskiego, często powodują nieporozumienia, a nawet stają się przyczyną różnych zabawnych sytuacji
Na przykład polskie słowo „pensja” to po ukraińsku „ зарплата” (a nie „пенсія”); polskie „dywan” to po ukraińsku „килим” (a nie „диван”), polskie „zapominać” to ukraińskie „забувати” (a nie „запам'ятовувати”). I dalej: odpowiednikiem polskiego słowa „owoc” jest ukraińskie „фрукт” (a nie „овоч”),tak jak „owocowy” to „фруктовий”, a „owocny” oznacza „продуктивний, корисний”. Przymiotniki „owocowy” i „owocny” są przykładami paronimów – słów, które mają podobne brzmienie, ale różne znaczenia. Ich użycie może również sprawiać trudności podczas nauki polskiego.
Trudności sprawiają również niektóre konstrukcje gramatyczne, w szczególności czasownikowe, które studenci odtwarzają na wzór języka ukraińskiego. Na przykład w języku ukraińskim czasownik „закохатися” rządzi rzeczownikiem/zaimkiem w mianowniku(„я в тебе закохалась”). Tymczasem w języku polskim ten sam czasownik wymaga, by po nim stał rzeczownik/zaimek w miejscowniku („zakochałam się w tobie”). Po przyimku „w” używa się bowiem miejscowniku.
Podsumowując, podobieństwo języków ukraińskiego i polskiego działa w obie strony: czasami wpływa na powstawanie błędów, ale znacznie częściej w procesie nauki pomaga.

Czy są jakieś specyficzne aspekty wymowy lub intonacji, na które należy zwrócić uwagę, by poprawić komunikację?
Jeśli chodzi o wymowę,należy zwrócić uwagę na artykulację polskich dźwięków oznaczonych literami ł il. Wymowa polskiego dźwięku „ł” jest zbliżona do wymowy ukraińskiego „в”(jak w słowach „навчати”, „влити”).
Nie należy również zapominać o przeciwstawieniu spółgłosek twardych i miękkich. Nieprawidłowa wymowa miękkiej spółgłoski może bowiem zmienić znaczenie słowa lub sprawić, że stanie się ono niezrozumiałe dla native speakera. Na przykład: polskie „jedz” (ukraińskie „їж” – 2osoba liczby pojedynczej, tryb rozkazujący czasownika „їсти”, na końcu twarda spółgłoska [дз]) i polskie „jedź” (ukraińskie „їдь” – 2 osoba liczby pojedynczej, tryb rozkazujący czasownika „їхати”, słowo kończy się miękką spółgłoską),polskie czerpię (ukraińskie „ користаю”, „ черпаю ” – 1 os. l.p., czas teraźniejszy) i polskie „cierpię” (ukraińskie „страждаю ”– 1 os. l.p., czas teraźniejszy).
Wzorzec intonacyjny języka jest wchłaniany, a raczej przyswajany, poprzez naśladowanie. Pomocne może być wsłuchiwanie się w melodię języka, jego rytm, odtwarzanie fraz w taki sposób, jak refrenów piosenek.
Dlaczego Pani zdaniem niektórzy Ukraińcy nie czują postępów w nauce języka polskiego. Dlaczego „utknęli” na którymś poziomie?
Takie „utknięcie” może być zarówno subiektywnym odczuciem, jak obiektywnym czynnikiem. Obiektywnie wynika ono z zaniedbania lub niedoceniania niektórych kompetencji językowych na rzecz innych. Na przykład ktoś uważa, że w nauce języka gramatyka nie jest aż tak ważna, że najważniejsze jest zapamiętanie jak największej liczby polskich słów.
Poczucie niemożności opanowania języka na odpowiednim poziomie często może też być związane z czynnikami psychologicznymi
W takim przypadku po każdym etapie nauki warto przejść test diagnostyczny, sprawdzający znajomość języka, który zarejestruje twoje postępy.
Jakie strategie zaleca Pani Ukraińcom, którzy mają ograniczone możliwości komunikowania się z native speakerami języka polskiego?
Uczestniczyć w różnych wydarzeniach kulturalnych, wycieczkach, klubach dyskusyjnych, korzystać z aplikacji – na przykład bezpłatnych Duolingo, Mondly czy Polski – ucz się języka – a także korzystać najnowszych narzędzi, opracowanych w oparciu o sztuczną inteligencję, jak Talkpal. I oczywiście dużo czytać, słuchać, obserwować.
Czy cechy kulturowe Ukraińców i Polaków mają wpływ na komunikację językową?
Kultura ukraińska jest częścią kultury europejskiej, jej ważną częścią, ale ze względu na uwarunkowania historyczne jest niedostatecznie zbadana na Zachodzie i niedoceniana. Lecz właśnie ta przynależność Ukraińców do kultury europejskiej ułatwia nam komunikację z Polakami, jeśli wziąć pod uwagę wspólne wartości i tradycje.
Jak Polacy postrzegają Ukraińców, którzy próbują mówić po polsku? Czy zauważa Pani zmiany w stosunku Polaków do Ukraińców w ostatnim czasie?
Jeśli chodzi o pierwszą sprawę, to oczywiście pozytywnie. A jeśli chodzi o drugą, to w środku kampanii wyborczej, którą właśnie obserwowaliśmy, siły polityczne zawsze wykorzystują technologie mające na celu uzyskanie korzyści politycznych z handlu nastrojami ksenofobicznymi. Dlatego warto rozumieć i odróżniać polityczne gierki i manipulacje od rzeczywistych nastawień.
Osobiście nie odczułam żadnej zmiany nastawienia ze strony Polaków. Co najwyżej pogłębienie naszych przyjaznych i ciepłych relacji
Jakie rady może Pani dać Ukraińcom i Polakom, by lepiej się rozumieli?
Ukraińcom radziłabym wytrwale uczyć się polskiego. A także ukraińskiego, jeśli jeszcze go nie znają, co zresztą pomaga w nauce języka polskiego. A Polakom – zdecydowanie wspierać Ukraińców i Ukrainę.
<frame> W kolejnych artykułach porozmawiamy o tym, jakie są różnice w podejściu do nauki języka polskiego między Ukraińcami a innymi obcokrajowcami, na ile skuteczna jest nauka online, jakich tematów i wyrażeń należy unikać w rozmowie z Polakami, by nie wywołać nieporozumień, i czy istnieją stereotypy dotyczące tego, jak Ukraińcy mówią po polsku. <frame>
Zdjęcia Diana Balińska, Sestry

Wydawałoby się, że w ciągu trzech lat można nauczyć się polskiego doskonale. Ale rzeczywistość jest inna. U większości ukraińskich migrantów wojennych poziom znajomości polszczyzny jest niski lub średni, a tylko 10% operuje nią swobodnie. Rozpoczynamy cykl artykułów, w których podzielimy się poradami i spostrzeżeniami nauczycieli języka polskiego oraz dowiemy się, jak pokonać główne trudności

To właśnie od tego – od piękna, które trwa, od kobiecości, która nie znika nawet pod ostrzałem, i od wewnętrznej siły, która pachnie perfumami – rozpoczęła się nasza rozmowa.

Teraz wszyscy jesteśmy tacy prawdziwi
Diana Balynska: – Co dzisiaj oznacza dla Pani być piękną?
Rymma Ziubina: – Być prawdziwą. Cieszę się, że standardy typu: „90-60-90” nie dominują już tak bardzo. Na początku wojny często mówiono mi: „Wszyscy jesteście teraz tacy prawdziwi”. I to prawda. Łzy w kadrze, kiedy są prawdziwe, widać od razu. Nie da się ich pomylić ze sztucznymi. I właśnie w tej szczerości tkwi prawdziwe piękno.
Czy dbanie o siebie, ta „czerwona szminka”, pomaga nam, kobietom, w sytuacjach kryzysowych?
Oczywiście! Dbanie o siebie, higiena – to pierwsze, o czym mówili psychologowie od początku inwazji. Jeśli nie brałaś prysznica od trzech dni, to jest to niepokojący sygnał. I to nie dlatego, że nie masz dostępu do wody, ale dlatego, że leżysz i nie możesz nic zrobić – a to objaw depresji. Dbanie o siebie to forma samoorganizacji. Oznacza, że przynajmniej coś kontrolujesz. To działanie, a działanie to życie.
Poza tym w każdej sytuacji pozostajesz kobietą. Pamiętam, jak byłam już w szlafroku, gdy rozległ się alarm. Zamierzałam założyć piżamę, ale zdecydowałam: nie, potrzebuję czegoś, w czym w razie czego będę mogła wybiegnąć. I najładniejszej bielizny – tak na wszelki wypadek... Zajrzałam do koszyka i zaczęłam przeglądać: „To? Nie. O! To już lepiej”.
Na Majdanie, gdy było strasznie, miałam tę samą zasadę: tylko najlepsza bielizna, żeby nikt nie śmiał powiedzieć, że na Majdanie są same bezdomne i „ubogie” kobiety – jak pisały rosyjskie media. To taka cienka granica między śmiesznym a strasznym
Jest jakaś rzecz czy rytuał, bez których nie wychodzi Pani z domu?
Perfumy. Bardzo kocham perfumy. Nawet w walizce ewakuacyjnej miałam dokumenty, maski z czasów pandemii, szminkę nie zawsze – ale i perfumy, które były tam obowiązkowo. Wciąż je zmieniam. Kocham nowe zapachy, eksperymenty.
Skoro mówimy o pięknie w czasach wojny: co dla Pani oznacza wygląd zewnętrzny i wewnętrzna siła?
Piękno to działanie. Nie wygląd zewnętrzny, nie piękne słowa, ale czyny. Tak jak miłość – nie jest rzeczownikiem, ale czasownikiem. Działanie i słowo. Kochać to działać. Tak samo jest z pięknem – to autentyczność i siła ducha.
Wspieram ukraińskich producentów, którzy dbają o naszą zewnętrzną urodę, ponieważ to, jak obecnie działa produkcja w warunkach wojny, również świadczy o niezłomności. Na przykład bardzo lubię i wspieram firmę Wiosna, która produkuje kosmetyki na bazie naszych ukraińskich ziół. Wszystko jest wytwarzane w Ukrainie, w warunkach zatrzymania produkcji podczas przerw w dostawach prądu i alarmów powietrznych. Po nieprzespanych nocach, po ostrzałach i bombardowaniach dziewczyny przychodzą rano do pracy i pracują. Właścicielka Wiosny, Inna Skarżyńska, jest mamą czworga dzieci; podczas wojny adoptowała jeszcze jednego chłopca. Jej sklepik i zakład w Buczy zostały doszczętnie zniszczone przez rosyjskich żołnierzy. A ona wszystko odbudowała, tyle że już we Lwowie.
To jest właśnie piękno.
Piękno ludzi, którzy szyją, pieką chleb, robią najsmaczniejszą pizzę we Lwowie – kiedy mężczyźni są na froncie lub właśnie z niego wrócili
Ostatnie wzruszające pokazy Ukrainian Fashion Week w Kijowie, kiedy na wybieg wyszli chłopcy po amputacjach i z protezami, były o tym samym. To nasi bohaterowie, którzy za cenę własnego zdrowia dają nam spokojne życie. Musimy brać pod uwagę wasze potrzeby – w modzie, architekturze, życiu codziennym.
Niedawno do naszego Lwowa, do Teatru Narodowego im. Marii Zańkowieckiej, przyjechali chłopcy, którzy przechodzą rehabilitację w centrum SuperHumans. Przygotowywaliśmy się do ich wizyty, przegadaliśmy szczegóły – czy jest podjazd, gdzie będzie im wygodniej siedzieć, gdzie ustawić wózki inwalidzkie.

Już w 1995 roku, na festiwalu teatralnym w Edynburgu, widziałam, jak pierwsi w sali pojawili się ludzie na wózkach inwalidzkich. Przygotowano dla nich specjalne miejsca, i to nie z boku, skąd kiepsko widać, ale w środku pierwszego rzędu. Na świecie to działa od dawna, nie trzeba niczego wymyślać. Tyle że trzeba to zrobić pilnie.
Twarz bez zbędnych manipulacji
Czy rozumienie piękna się zmieniło? Obecnie często kojarzy się piękno z ingerencją – botoksem, wypełniaczami, plastyką...
Mamy tu dobre światło, możesz mnie sobie obejrzeć [śmiech]! Jest nawet anegdota wśród filmowców: „Słyszałem, że się ożeniłeś. Żona jest ładna?” – „To zależy, jak ustawić światło”.
Sama nie uciekam się do manipulacji estetycznych – trzymam się do ostatniej kropli krwi. Nie obiecuję, że tak będzie przez całe życie, ale na razie nie czuję takiej potrzeby.
Nawiasem mówiąc, na stronach castingowych, gdzie poszukuje się aktorek, coraz częściej pojawia się fraza: „Twarz bez zbędnych manipulacji”. To oczywiście kwestia indywidualnego wyboru kobiety. Ale jest też strona finansowa. Jeśli kobieta dokonuje darowizn, to mimowolnie sobie przelicza [koszty takich zabiegów]: jeden „zastrzyk” to trzy-pięć tysięcy hrywien. A potem znowu. Teraz jest to więc również kwestia priorytetów.
Jak postrzega Pani swój wiek? Czy Pani nastawienie do siebie zmienia się z upływem lat? Spotkała się Pani z przejawami ageizmu w swojej profesji?
W wieku 36 lat miałam już na koncie trzy role babci [śmiech]. Potrzebne do nich były twarze medialne, a wtedy takich twarzy nie było zbyt wiele. Ale ogólnie podchodzę do swojego wieku zupełnie spokojnie. Nie próbuję wskoczyć do ostatniego wagonu i sztucznie zatrzymać czas. Moje podejście do życia zmienia się, podobnie jak moje pragnienia.
Kiedy miałam 25 lat, wydawało mi się, że można zmienić świat – nawet poprzez zawód aktora. Dzisiaj już wiem, że nie
Chociaż... Dzisiaj podeszła do mnie kobieta i powiedziała: „Dwa lata temu, po rozwodzie, byłam całkowicie załamana. Spotkanie z panią tak mnie zainspirowało, że ponownie wyszłam za mąż”. Takie chwile są bardzo wzruszające.
Jeśli chodzi o ageizm – oczywiście, że istnieje. Obecnie mam niewiele ról filmowych, ponieważ nie gram młodych kobiet, a ról dla kobiet w moim wieku w kinie jest niewiele – nie tylko w Ukrainie, ale i na całym świecie. Jeśli Sharon Stone mówi, że w Hollywood po 45. roku życia nie piszą już dla ciebie scenariuszy i nie kręcą cię, to co ja mogę powiedzieć? Na szczęście jest teatr, w którym jestem potrzebna.

Wiele starszych Ukrainek, które wyjechały do Polski, również spotyka się z ageizmem. Co by Pani poradziła takim kobietom, które po przeprowadzce, utracie kariery, części swojej tożsamości nie mogą odnaleźć siebie?
Nie mam już zbyt wielu rad. Trudno doradzać, kiedy się nie doświadczyło czegoś samemu. Ale widzę, że nawet w Ukrainie niektóre firmy zaczynają doceniać pracowników w starszym wieku. Tłumaczą swój wybór na korzyść pań po pięćdziesiątce tym, że oprócz doświadczenia zawodowego w tym wieku kobieta koncentruje się już na pracy, podczas gdy młodą dziewczynę czeka jeszcze małżeństwo, narodziny dzieci – co dla pracodawcy oznacza urlopy macierzyńskie, zwolnienia lekarskie, nieobecności w pracy.
Pamiętam siebie jako młodą pracującą mamę: dziecko ma gorączkę, a ja całuję je, ale biegnę do teatru. Biegnę i płaczę, bo rozumiem, że żadne przedstawienie nie jest tego warte. Ale idę, bo czuję się zobowiązana. Bo nie mogę jeszcze stawiać warunków i odwoływać przedstawień.
Jestem przekonana, że 50 lat to wspaniały czas, by przypomnieć sobie o sobie, o swoich niespełnionych marzeniach. Jeśli twój zawód pokrywa się z hobby, tak jak u mnie, to jest to dar
Jednak wiele kobiet całe życie poświęca tylko pracy i dlatego zapomniały, czego kiedyś chciały. A warto sobie przypomnieć: „Marzyłam, by nauczyć się włoskiego” albo: „Kiedyś chciałam tańczyć”. I warto to zrobić. Nawiasem mówiąc, serial „Lusia stażystka”, w którym zagrałam, jest hymnem kobiet po 50. Pod koniec 2021 roku otrzymałam nawet nagrodę za ten projekt, która nosi nazwę „Precz ze stereotypami roku”.
Wojna to nie tylko czołgi i zgliszcza
Często bywa Pani za granicą. Czy można tam jakoś rozpoznać Ukrainkę na ulicy wśród innych kobiet?
Wie pani, podczas podróży ze mną jest jak ze sportowcami, którzy widzą tylko lotniska, hotele i halę sportową. Ja mam tak samo, tylko zamiast hali sportowej jest sala kinowa albo teatralna [śmiech]. Ale przypomniało mi się, jak nasz ukraiński kierowca we Włoszech, gdzie kręciliśmy „Gniazdo gołębicy”, a w kadrze było może z dziesięć ukraińskich dziewczyn, podszedł pod koniec zdjęć: „Pani Rymmo, ja pani nie rozpoznałem! Jest pani dokładnie taka, jak te dziewczyny, które co tydzień tu wożę – tak samo ubrana, z taką samą torebką”. To był komplement – że jestem prawdziwa, jak ta emigrantka zarobkowa, którą gram w filmie. I nie chodzi nawet o ubranie. W filmie, w tych scenach z pierwszego okresu bohaterki we Włoszech, mam nawet inne oczy.
Oczy nas zdradzają. Spojrzenie. Smutek. Przerażenie. Niepewność. Nie chcę nikogo obrazić. Chcę tylko, żeby oczy Ukrainki błyszczały ze szczęścia.

A gdyby dzisiaj musiała Pani zagrać migrantkę zarobkową, to jak wyglądałaby ta postać?
Bardzo podobnie. Już wtedy pytano mnie: „Przeżyła pani coś takiego?”. A ja odpowiadałam: „Tak, częściowo”. Samotność, zwątpienie, nieporozumienia w rodzinie, poczucie, że nikt nie potrzebuje twojego zawodu... To wszystko było w moim życiu. Teraz ten obraz stał się tylko bardziej bolesny.
Po „Gnieździe gołębicy” były propozycje, by grać emigrantki zarobkowe, ale odmawiałam, bo to powielanie roli. A dla mnie ważne jest odkrywanie czegoś nowego w sobie i dla widza.
Zaproponowano mi też zagranie współczesnej historii: kobiety, która na własne oczy widziała rozstrzelanie dziecka, przeżyła traumę psychiczną... Odmówiłam, ponieważ moim zdaniem przed taką rolą trzeba przejść pewne przygotowania – porozmawiać z psychologami, pobyć w klinice, wczuć się. A zdjęcia miały rozpocząć się tydzień po przeczytaniu przeze mnie scenariusza.
Czy filmy o emigracji są teraz na czasie?
Absolutnie. Ale trzeba zrozumieć, że są różne takie filmy, tak jak filmy o wojnie. Wojna to nie tylko czołgi, lotnictwo, ruiny. To także kobieta w obcym kraju – bez języka i pracy. I dziecko, które widziało wojnę. Najgłębsze dzieła sztuki zawsze opowiadają o małym człowieku na tle wielkiej tragedii.
Jakiego kina potrzebują dziś widzowie?
Ukraińskiego. Widz naprawdę chce oglądać nasze historie, naszych aktorów, słyszeć nasz język. Jako członkini akademii filmowej obejrzałam wszystkie filmy, które powstały w ostatnich latach, by móc wybrać laureatów nagrody „Złoty Bączek”. Obecnie jest bardzo mało pełnometrażowych filmów fabularnych. Ale nawet te, które są, różnią się gatunkowo – są i dramaty, i komedie.
Mamy potężne kino dokumentalne, które prezentujemy na światowych festiwalach filmowych. Jednak współczesnych ukraińskich filmów fabularnych, które warto byłoby pokazać światu, jest na razie tylko kilka
A jak zmienił się teatr w czasie inwazji?
Teraz działa już zupełnie inaczej. Wpływa na to wszystko: odległość od linii frontu, alarmy powietrzne, godziny policyjne. Na przykład w Użhorodzie, gdzie ani przez jeden dzień nie było godziny policyjnej, spektakle zaczynają się o 19:00, jak wcześniej. Natomiast w Kijowie Teatr im. Iwana Franki gra już o 15:00 lub 17:00.
W Charkowie, Sumach i Chersoniu sytuacja jest krytyczna: przedstawienia odbywają się tylko w schronach. W Charkowie teatry dosłownie walczą o przetrwanie. Same opłacają wynajem pomieszczeń w schronach, a ludzie otrzymują 25% stawki, czyli mniej niż 100 dolarów miesięcznie.
Nie zawsze możemy zaplanować repertuar. Jeśli aktor jest w rezerwie, to gra. Jeśli przychodzi wezwanie, to dziś jest jeszcze na scenie, a jutro już nie.

Podczas alarmów powietrznych przerywamy przedstawienie, czekamy w schronie, a potem zaczynamy grać od tej minuty, w której przerwaliśmy. Nie zawsze jednak jest możliwość, by po zakończeniu alarmu dokończyć przedstawienie tego samego wieczoru. W końcu przez ostatnie dwa tygodnie w Ukrainie alarmy powietrzne trwały po 8 godzin. I to jest to, czego można się spodziewać po Rosjanach nie tylko w nocy.
Jeśli widzimy, że ludzie nie zdążą wrócić do domu przed godziną policyjną, przenosimy przedstawienia na inny dzień. A wyjazdy na tournee to w tej chwili dla teatru ogromne ryzyko finansowe.
We Lwowie, w naszym Teatrze im. Marii Zańkowieckiej, przed rozpoczęciem spektaklu puszczaliśmy komunikat z prośbą o wyłączenie telefonów komórkowych. Teraz taki komunikat zaczyna się słowami: „Chwała Ukrainie!”, a sala odpowiada: „Chwała bohaterom!” A potem informujemy: „W przypadku alarmu powietrznego zatrzymamy przedstawienie, a administratorzy pomogą wam zejść do schronu”. Dopiero wtedy zaczyna się przedstawienie. I niezależnie od tego, o czym ono jest, po spektaklu wychodzimy, by się ukłonić, i mówimy: „Nasze ciepłe spotkania są możliwe tylko dzięki Siłom Zbrojnym Ukrainy”. Bo w sali i na scenie znajdują się ludzie, których bliscy są na froncie: synowie, córki, mężowie, bracia, siostry, rodzice. Po każdym spektaklu w Teatrze imienia Zańkowieckiej ogłaszamy ze sceny zbiórkę datków.
W czym dziś odnajduje Pani wewnętrzne oparcie?
– W ludziach, i to nie tylko w znajomych. Mogę spotkać kogoś na ulicy, a ta osoba powie mi, że ją wsparłam – filmem, występem, słowem. Takie spotkania zdarzają mi się w chwilach zwątpienia. I to właśnie one dodają mi otuchy.

Z Rymmą Ziubiną, ukraińską aktorką, spotkałyśmy się w Warszawie podczas prezentacji książki Karoliny Sulej „Rzeczy osobiste. Opowieść o ubraniach w obozach koncentracyjnych i zagłady”. Czytała historie o kobietach, które nawet w najokrutniejszych warunkach zachowały godność dzięki ubiorowi, codziennym rytuałom pielęgnacyjnym – i czerwonej szmince, która stała się dla nich symbolem oporu

Według danych polskiego Ministerstwa Zdrowia od czasu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji oficjalne zatrudnienie w Polsce znalazło około 4 tysięcy ukraińskich medyków. Dla wielu z nich oznaczało to nie tylko przeprowadzkę, ale też rozpoczęcie kariery od nowa: naukę języka, zdawanie egzaminów, a często także ponowne studia.
Dlaczego polska medycyna potrzebuje ukraińskich specjalistów, lecz nie zawsze łatwo ich przyjmuje? Jak wygląda droga od tymczasowego zezwolenia na pracę do pełnej licencji i uznania medyka za specjalistę? Co czeka tych, którzy zdecydowali się przejść tę drogę do końca? I co czują ci, którzy jeszcze wczoraj byli uznanymi specjalistami, a dziś muszą udowodnić, że zasługują na pracę w swoim zawodzie?
Oto trzy prawdziwe historie – o rozczarowaniu, walce i nowym początku.
„Bez języka i nostryfikacji jesteś nikim”: dentystka
Inna [imię zmieniono na prośbę bohaterki – red.] przyjechała do Polski z Charkowa około pół roku temu. Decyzja o przeprowadzce nie była łatwa, ale codzienne ostrzały, ciągły niepokój i brak warunków do normalnego życia, w szczególności do nauki dla dzieci, zmusiły ją do poszukiwania bezpieczeństwa za granicą.
Z chwilą wybuchu wojny na pełną skalę państwo polskie uprościło procedury dla ukraińskich lekarzy: pojawiła się możliwość uzyskania warunkowej licencji, która pozwala na pracę w konkretnej placówce medycznej pod nadzorem polskiego lekarza. Takie zezwolenie jest ważne przez pięć lat. Inna zebrała więc niezbędne dokumenty i złożyła wniosek do Ministerstwa Zdrowia o wydanie jej tymczasowego prawa do wykonywania zawodu lekarza. Mimo że nie znała języka polskiego, doświadczenie i kwalifikacje pozwoliły jej szybko znaleźć pracę w ukraińskiej prywatnej klinice stomatologicznej, pracującej przede wszystkim na rzecz pacjentów z Ukrainy.
– Na początku wydawało mi się, że jest super: od razu można pracować – mówi Inna. – Ale wkrótce pojawiło się poczucie, że nie jesteś lekarzem, a tylko narzędziem do zarabiania pieniędzy.
.avif)
Po rosyjskim najeździe na Ukrainę polski rynek medyczny zaczął się szybko dostosowywać do nowej rzeczywistości: liczba ukraińskich pacjentów rosła, a wraz z nią rósł popyt na ukraińskich lekarzy. Niektóre prywatne kliniki od razu dostrzegły w tym nie tylko humanitarną, ale i finansową szansę – i zaczęły intensywnie poszukiwać i zatrudniać ukraińskich specjalistów. Niestety niektóre firmy w pogoni za zarobkiem zaczęły ignorować kwestię jakości usług i warunków pracy swoich lekarzy.
Inna znalazła się właśnie w takim systemie: znajome twarze, język, zawód – wydawało się, że wszystko jest na swoim miejscu. Jednak z każdym tygodniem było coraz bardziej oczywiste, że traktują ją nie jak specjalistkę, ale jak „aktyw”, który ma generować dochód.
– Nie czułam się lekarzem. I to nie dlatego, że zapomniałam, jak leczyć. Nie miałam prawa ani do własnego zdania, ani do inicjatywy zawodowej. Ciężko jest, gdy twoje doświadczenie, wykształcenie, etyka nie mają już znaczenia.
Praca stała się rutyną – krótkie wizyty, minimum interakcji, brak wsparcia ze strony kolegów czy administracji. Stosunki w zespole były chłodne, zdystansowane. To doświadczenie okazało się dla Inny wyczerpujące. W końcu postanowiła zrezygnować.
Zrobiła sobie przerwę. Teraz uczy się polskiego, rozważa możliwość nostryfikacji dyplomu, szuka sposobów na legalne i stałe zatrudnienie. Dla niej ważne jest nie tylko odzyskanie pełnego prawa do wykonywania zawodu, ale także poczucie godności zawodowej.
– Popełniłam błąd, myśląc, że można obejść system. Jeśli chcesz szacunku, musisz być częścią oficjalnego systemu. W przeciwnym razie na zawsze pozostaniesz „tymczasowym specjalistą”
Inna nie ukrywa obaw – że nie zda egzaminów, że nie da rady. Poza tym nostryfikacja to dość kosztowna i trudna procedura. Jednak jeszcze bardziej boi się powrotu do miejsca, gdzie będą ją wykorzystywać.
– Wiem, na co mnie stać. Teraz muszę po prostu przejść tę drogę do końca. Bez złudzeń, ale z godnością.
„To długa droga, ale warto”: lekarka rodzinna
Historia kolejnej bohaterki pokazuje jednak zupełnie inną drogę.
Maryna Biłous przeprowadziła się do Polski w marcu 2022 roku. W Ukrainie przez ponad 15 lat pracowała jako lekarka rodzinna. W Polsce musiała zacząć praktycznie od zera: znalazła się tu z trójką dzieci i kotem – bez wsparcia, bez konkretnego planu, ale z determinacją, by kontynuować pracę w zawodzie.
– Nie wyobrażam sobie siebie w innej roli. Lekarz to nie tylko praca, to część mnie. Wiedziałam, że będzie ciężko, ale nie miałam innego wyjścia.

Podobnie jak wielu jej kolegów, Maryna skorzystała z możliwości uzyskania warunkowej licencji na wykonywanie zawodu lekarza w Polsce. Jednocześnie od razu postanowiła budować karierę z myślą o długoterminowej perspektywie. A do tego konieczna była pełna nostryfikacja dyplomu.
Nostryfikacja wymaga zdania dwóch egzaminów: testu językowego NIL (Naczelna Izba Lekarska) z języka polskiego medycznego oraz kompleksowego egzaminu z przedmiotów klinicznych. Pierwszą rzeczą, za którą zabrała się Maryna, był język.
– Język jest kluczem. Nawet jeśli jesteś najlepszym specjalistą, bez języka nie będziesz w stanie porozumieć się z pacjentem ani pracować w zespole. Zmuszałam się do nauki przez 4-6 godzin dziennie przez pół roku
Nauczyła się języka samodzielnie – najpierw gramatyki i podstawowego słownictwa, potem uczyła się z książek, filmów i konwersacji. Terminologię medyczną opanowała dzięki platformie internetowej wiecejnizlek.pl, do której ukraińscy lekarze mieli bezpłatny dostęp.
Po zdaniu egzaminu językowego dostała pracę jako lekarz pierwszego kontaktu w klinice medycznej w Grodzisku Mazowieckim. Równolegle ukończyła kurs USG, uzyskała certyfikat i zaczęła wykonywać badania ultrasonograficzne. Rozpoczęła też przygotowania do kompleksowego egzaminu nostryfikacyjnego.
Ten egzamin jest przeprowadzany przez komisję uniwersytetu medycznego 3-4 razy w roku i kosztuje (według danych z wiosny 2025 r.) 4 685 złotych. Zawiera 160-200 pytań z różnych dziedzin medycyny: interny, chirurgii, ginekologii, psychiatrii, pediatrii i intensywnej terapii. Po zaliczeniu dyplom odpowiada dyplomowi absolwenta polskiego uniwersytetu medycznego. Przygotowanie się do tego zajęło Marynie jeszcze około pół roku. Codziennie uczyła się po 2-3 godziny.
– Egzamin jest trudny – obejmuje wszystko. Były nawet pytania z historii medycyny, na przykład: „Kto pierwszy wykonał resekcję żołądka?”. O ile mi wiadomo, zdało go tylko 20 procent kandydatów. Jestem naprawdę szczęśliwa, że znalazłam się w tej mniejszości.
Po pełnej nostryfikacji dyplomu Maryna oficjalnie uzyskała prawo do pracy w polskim systemie opieki zdrowotnej. Obecnie przyjmuje pacjentów jako lekarz pierwszego kontaktu, dyżuruje w szpitalu, nadal wykonuje zabiegi USG i zauważa, że w Polsce to jest cenione: lekarz rodzinny ma szeroki zakres obowiązków.
– Tutaj lekarz pierwszego kontaktu to nie tylko terapeuta, ale także kierownik ds. zdrowia pacjenta
Większość jej pacjentów to Polacy, około 5% to Ukraińcy. W ciągu miesiąca przez jej gabinet przewija się około 500 osób. Mówi, że pacjenci traktują ją z zaufaniem i otwartością:
– Większość przychodzi do mnie regularnie. Nie odczuwam uprzedzeń. Nie ma też większych problemów z językiem: jeśli nie znam jakiegoś słowa – pytam, a pacjenci chętnie mi podpowiadają.
Maryna podkreśla, że polski system bardzo różni się od ukraińskiego: nie ma kolejek, pacjenci przychodzą po wcześniejszym umówieniu się, nikt nie ma jej prywatnego numeru telefonu – komunikacja odbywa się wyłącznie w ramach wizyty, która trwa 15 minut. Wśród kolegów panuje szacunek, wsparcie, jest wymiana doświadczeń.
Zarazem Maryna zauważa, że polscy lekarze oburzają się, gdy niektórzy ukraińscy medycy nazywają siebie „specjalistami” bez odbycia stażu. Bo w Polsce taki status przyznawany jest dopiero po dodatkowych latach nauki. Ten etap Maryna ma jeszcze przed sobą.
Jeśli chodzi o wynagrodzenie, różnica w porównaniu do realiów ukraińskich jest również bardzo odczuwalna. Według najnowszych danych ukraińscy lekarze w Polsce mogą zarabiać od 6 000 do 12 000 złotych miesięcznie, w zależności od specjalizacji, umiejętności i doświadczenia. Maryna zauważa, że nie ma stałej stawki: wszystko zależy od ustaleń i poziomu wiedzy. Ale im więcej potrafisz, tym wyższe są twoje zarobki.
Dziś Maryna czuje się pewnie i stabilnie. Praca wymaga poświęcenia intelektualnego i emocjonalnego, ale Ukrainka jest sobie wdzięczna za to, że wkroczyła na tę ścieżkę.
– To bardzo trudne i dość długotrwałe, ale ta praca na pewno się opłaci. Jestem głęboko przekonana, że to inwestycja w przyszłość. Moją i moich dzieci.
Mimo zmęczenia i obciążenia pracą, mówi, że jest szczęśliwa:
– Tutaj jest system, jest szacunek.
Lekarz to nie tylko postać w białym fartuchu, ale też człowiek, któremu ufają. I to jest najważniejsze
„Zacząć wszystko od zera – uczciwie i zgodnie z zasadami”: okulistka
Nasza trzecia bohaterka również wybrała oficjalną, choć znacznie trudniejszą, drogę powrotu do zawodu.
Kateryna Kazak przyjechała do Warszawy trzeciego dnia wielkiej wojny. Choć pochodzi z Wołynia, ma obywatelstwo białoruskie. Jednak ostatnie przedwojenne lata mieszkała i pracowała na Ukrainie. Do poszukiwania bezpiecznego miejsca zmusiła ją wojna.
Niemal natychmiast po przyjeździe zaczęła szukać możliwości kontynuowania praktyki lekarskiej. Złożyła dokumenty o warunkową licencję, ale ponieważ jej dyplom był białoruski, nie otrzymała przywilejów przysługujących ukraińskim lekarzom: po 9 miesiącach oczekiwania przyszła odmowa. Wtedy zdecydowała się na inną drogę nostryfikacji dyplomu.

– Czas oczekiwania na decyzję wykorzystałam na załatwienie formalności związanych z legalizacją i na intensywną naukę języka. Postanowiłam pójść oficjalną drogą. Bez względu na to, jak trudna ona będzie.
Zdała dwa egzaminy: językowy – z języka polskiego medycznego oraz kompleksowy – z medycyny ogólnej. Po nostryfikacji uzyskała status absolwentki uniwersytetu medycznego. Kolejny etap to staż (13 miesięcy dla lekarzy, 12 dla dentystów) lub dwa lata pracy w polskiej służbie zdrowia. Następnie – egzamin LEK (Lekarski Egzamin Końcowy); dopiero po jego zdaniu można uzyskać pełną licencję lekarską. Dzięki niej lekarz może pracować w POZ (Podstawowa Opieka Zdrowotna), na SOR (Szpitalny Oddział ratunkowy) lub w NPL (Nocna Pomoc Lekarska). Aby pracować np. jako neurolog, kardiolog czy okulista, trzeba mieć tytuł specjalisty.
– Czyli nostryfikacja to tylko połowa drogi. Nie możesz od razu zostać specjalistą. By móc pracować w swoim zawodzie, musiałam ponownie przystąpić do rezydentury – mówi Kateryna.
Obecnie pracuje jako lekarz rezydent w szpitalu uniwersyteckim w Łodzi. Jest tam jedynym obcokrajowcem. Jej pacjenci to głównie Polacy.
– Oczywiście mój polski jest jeszcze daleki od ideału. Czasami brakuje mi słów, by wyjaśnić pacjentom niuanse choroby lub operacji. Wtedy rysuję, proszę kolegów o pomoc albo sami pacjenci pomagają mi znaleźć właściwe słowo.
Kateryna przyznaje, że zaufanie nie zawsze przychodzi od razu, zwłaszcza w przypadku starszych pacjentów:
– Dla niektórych jestem obca. Ale kiedy tworzysz atmosferę bezpieczeństwa i wyjaśniasz każdy swój krok, nieufność znika
Czy warto iść tą drogą? Wyzwania, zarobki i perspektywy ukraińskich lekarzy w Polsce
Jeśli chodzi o różnice w podejściu do medycyny w Polsce i w Ukrainie, Kateryna uważa, że są one dość istotne, choć każdy z systemów ma swoje wady i zalety:
– W Ukrainie istnieje duża różnica między medycyną państwową a prywatną. W prywatnych ośrodkach często poziom i zakres usług są wyższe. Natomiast w Polsce, zwłaszcza w dużych miastach, kliniki państwowe niewiele ustępują prywatnym. Zarówno wyposażenie, jak kwalifikacje personelu są na wysokim poziomie. Większość lekarzy pracuje jednocześnie w szpitalach państwowych i prywatnych [chociaż wielu wysoko wykwalifikowanych lekarzy preferuje prywatną praktykę – red.]. Średni czas konsultacji wynosi 10-15 minut i nie zawsze wystarcza na to, aby omówić wszystko z pacjentem. Wizyty planowane są z wyprzedzeniem – czasami na 3-4 miesiące, a do niektórych specjalistów na półtora roku naprzód. Pomoc szpitalna udzielana jest tylko w przypadkach stanów skomplikowanych. I nie da się nikomu „posmarować”, jak w Ukrainie.
Według Kateryny w Polsce najbardziej brakuje chirurgów, pediatrów, lekarzy ogólnych i specjalistów medycyny ratunkowej. A chirurgia staje się coraz mniej popularna – z powodu przeciążenia i trudnych warunków pracy.
– Od kilku lat w rezydenturach brakuje chirurgów. Młodzi ludzie nie chcą iść tam, gdzie wypalisz się w trzy lata.
Kateryna uważa, że ukraińscy lekarze planujący przeprowadzkę powinni być przygotowani na poważne wyzwania:
– Ważne jest, by zdać sobie sprawę, że to trudna i wyczerpująca droga. W domu mogłeś być gwiazdą, tutaj zaczynasz od zera. Najprawdopodobniej będziesz musiał uczyć się języka, jednocześnie pracując. Konkurencja jest nie tylko ze strony Polaków, ale także ze strony emigrantów z Ukrainy i Białorusi, których z każdym rokiem jest coraz więcej. A co najważniejsze – trzeba się nieustannie uczyć, nie poddawać się, wierzyć w siebie i cały czas iść do przodu. Bez względu na to, jak trudna i straszna wydaje się ta droga.
Zdjęcia: archiwum prywatne
Projekt jest współfinansowany ze środków Polsko-Amerykańskiego Funduszu Wolności w ramach programu „Wspieraj Ukrainę”, realizowanego przez Fundację „Edukacja dla Demokracji”.

W Ukrainie ratowały życie i pomagały chorym. Teraz znowu muszą zdawać egzaminy, by móc leczyć w Polsce. Ukraińskie uchodźczynie – lekarki opowiadają o tym, jak w nowym kraju przebiega proces uznawania ich dyplomów i umiejętności. A także o barierze językowej, biurokracji i strachu przed rozpoczynaniem wszystkiego od nowa

Skontaktuj się z redakcją
Jesteśmy tutaj, aby słuchać i współpracować z naszą społecznością. Napisz do nas jeśli masz jakieś pytania, sugestie lub ciekawe pomysły na artykuły.