Klikając "Akceptuj wszystkie pliki cookie", użytkownik wyraża zgodę na przechowywanie plików cookie na swoim urządzeniu w celu usprawnienia nawigacji w witrynie, analizy korzystania z witryny i pomocy w naszych działaniach marketingowych. Prosimy o zapoznanie się z naszą Polityka prywatności aby uzyskać więcej informacji.
Co zaplanowałam na następny rok? Jak zawsze... PRZETRWAĆ i pomóc tylu ludziom, ilu zdołam dosięgnąć rękami, umysłem lub sercem. Ten plan czasami wydaje się nierealny, ale od tego są święta: od składania fantastycznych życzeń. Czasami one nawet się spełniają
Zadałam sobie pytanie, jakie są moje osiągnięcia w tym cholernym roku 2024.
– Nie całkiem mnie rozjebało. To dobrze!
Na przykład w 2022 roku stwierdziłam w myślach, że nie rozjebię się nigdy, jestem silną i potężną kobietą. W 2023 roku nie dałam się rozjebać. W 2024 roku rozjebałam się, ale nie do końca. To wszystko. To ogromne osobiste zwycięstwo, biorąc pod uwagę warunki życia w Ukrainie. Moje „nie do końca rozjebanie” oznacza, że nadal wychodzę z domu, potrafię spokojnie i rozsądnie argumentować swoje racje (dzięki psychoterapeucie i antydepresantom), nie zabiłam nikogo w odpowiedzi na agresję.
I wreszcie, piszę to nie z łóżka na oddziale psychiatrycznym, kapiąc śliną na klawiaturę, ale z wygodnej kanapy za dwiema ścianami, bo alarm znów ostrzega przed bombardowaniem
W 2024 roku wyjechałam za granicę i miałam okazję kontaktować się z Ukraińcami, którzy mieszkają w krajach europejskich od dekad. Rozmawiałam też z obcokrajowcami – na ile pozwoliła mi bardzo emocjonalna mieszanka angielskiego i niemieckiego. To był pierwszy raz, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie powinnam z taką pewnością mówić o sobie: „nie jestem pojebana”. Bo jestem... OK, na razie nie do końca.
Opowiadała pewnemu Niemcowi, jak żyję w Kijowie, przywołując osobistą ŚMIESZNĄ historię, jak to latem szłam ulicą z kawą na ważne spotkanie. Alarm wył już wcześniej, ale kogo obchodzą alarmy, nikt nie odwołuje spotkań, trzeba pracować, bo jak inaczej nakarmić dzieci, pomóc krajowi i zapewnić utrzymanie armii? Jeśli będziesz stosować się do wszystkich zaleceń i alarmów, to wszystko stanie w miejscu i nic nie zarobisz.
No i ten alarm... Idę sobie, trzymam w ręku ulubioną kawę z sokiem pomarańczowym (Niemiec nerwowo drgnął), a tu jak nie rypnie nad moją głową, papierowy kubek wypada mi z rąk, kawa się rozlewa, a ja wrzeszczę: „Fakin Raszja. Fakin szit. Moja kawa!!!”. Jestem w połowie drogi z biura do miejsca spotkania. Decyduję się iść po kolejną kawę. Moją ulubioną, gorzką, z sokiem pomarańczowym.
Dochodzę do kawiarni, a tam kolejka i wszyscy mówią to samo: „Fakin Raszja, rozlałem sobie kawę, proszę, zrób mi jeszcze jedną”. Gdzieś dalej, na niebie, nasi zestrzeliwują rakiety albo szahidy
I wtedy zauważam, że pan Niemiec stoi w pozycji „a może udałoby mi się od niej zwiać”, kiwając protekcjonalnie głową.... Sama tak robiłam, gdy rozmawiałam z osobą chorą na schizofrenię, a ona opowiadała mi, że w piwnicy przedszkola hodują gady i karmią je kaszą manną z krupami.
Ciekawe doświadczenie. Bardziej o mnie niż o tym biednym Niemcu, który teraz na pewno myśli, że wszyscy Ukraińcy są jebnięci.
Niegdyś moi przyjaciele i ja dla żartu zarezerwowaliśmy salkę w klinice psychiatrycznej i wygodnie ją urządzaliśmy, żeby w razie czego móc pojechać tam razem i się leczyć. Teraz to już nie żart, to całkiem konkretny plan. Wszyscy już rozumieją, że każdy będzie musiał naprawić dach, kukułcze gniazdo czy cokolwiek innego, co ludzie nazywają zdrowiem psychicznym. Przynajmniej ci, którzy jeszcze nie są za mocno pojebani.
Jeśli oderwać się od naszych doświadczeń i zwykłych codziennych wiadomości, naprawdę zaczyna się rozumieć, że nasza norma, to, co określamy stwierdzeniem: „wszystko normalnie”, 10 lat temu byłoby oznaką kompletnego szaleństwa. Ale my teraz nie tylko żyjemy, my przetrwaliśmy. To właśnie ta szalona plastyczność psychiki pozwala nam przetrwać. Nasza zdolność do kłótni, dreszczu emocji, przeklinania i kupowania ulubionej kawy.
Nasza zdolność do pracy i budowania własnych wysp nowej normalności pośród tego wszystkiego – i do dupy z tym, że w pozostałej części świata nasze wyspy normalności byłyby uważane za centra szaleństwa. Chcemy po prostu przetrwać
Co planuję na następny rok?
Jak zawsze... PRZETRWAĆ i pomóc tylu ludziom, ilu zdołam dosięgnąć rękami, umysłem lub sercem. Ten plan czasem wydaje się nierealny, ale od tego są święta: od składania fantastycznych życzeń. Czasem one nawet się spełniają.
Nie rozjebać się całkowicie. Jeśli już, to co najwyżej do takiego stopnia, żeby specjaliści mogli jeszcze wszystko naprawić i wyleczyć. Przynajmniej tak, żebyśmy ja i moi bliscy mogli dostrzec moment, w którym wszystko się kończy i czas się poddać.
Ciekawie byłoby w przyszłym roku znów wyjechać za granicę i opowiadać obcokrajowcom zabawne, ironiczne historie o swoim codziennym życiu. Zastanawiam się tylko, w którym momencie zaczną dzwonić po karetkę albo uciekać
I najważniejsze: chciałbym, żeby Rosjanie w końcu się od nas odjebali, żeby poszli na swoje bagna rozwiązać własne problemy, zbudowali toalety w pobliżu swoich wieżowców, w końcu doprowadzili gaz i elektryczność do swoich wiosek, a nie zabijali ludzi, palili miasta na popiół, straszyli cały świat rakietami i grzechotali swoją bronią we wszystkich kierunkach. Jeszcze lepiej: niech podzielą się na różne kraje, które w końcu zadbają o swoich obywateli, może nawet zbudują dla nich kanalizację. Chodzi o to, że... gówno mnie obchodzi, co oni tam mają, niech bawią się z bobrami na swoich bagnach, byle spierdalali z naszej ziemi i zapłacili sprawiedliwie za każdą zbrodnię przeciwko naszym ludziom.
Tatusya Bo (Tetiana Komlyk) jest blogerką, autorką książek dla dzieci, wolontariuszką, dyrektorką wykonawczą Fundacji Charytatywnej „Ukraińska Fundacja „Mriya". Z wykształcenia jest reżyserką wydarzeń teatralnych oraz nauczycielką języka i literatury ukraińskiej. Pracowała jako korespondentka, redaktorka, scenarzystka. Mama dwójki zabawnych dzieci.
Zostań naszym Patronem
Nic nie przetrwa bez słów. Wspierając Sestry jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.
Ukraina ogłosiła niepodległość 24 sierpnia 1991 roku. Polska jako pierwsza uznała tę deklarację, a dziś należy do państw konsekwentnie wspierających wschodniego sąsiada w walce z rosyjską agresją. Rosja bowiem w istocie nigdy suwerenności ukraińskiego państwa nie zaakceptowała. Gdy Rewolucja Godności zniweczyła kremlowskie kalkulacje na utrzymanie politycznego wpływu w Kijowie i powstrzymanie euroatlantyckich aspiracji ukraińskiego społeczeństwa, w marcu 2014 roku aneksja Krymu przez Rosję okazała się pierwszym aktem wojny, trwającej już jedenasty rok.
Rosja nie zamierza zrezygnować z realizacji swoich celów strategicznych, przy czym najważniejszym z nich nie jest wcale podbój Ukrainy, tylko rewizja porządku światowego, a likwidacja ukraińskiej suwerenności stanowi kluczowy środek prowadzącym do tego celu.
Ukraińcy nie chcą rezygnować z suwerenności, przekonani, że są w stanie niepodległość swego państwa obronić i realizować własną strategię – integrację ze strukturami euroatlantyckiej przestrzeni geostrategicznej.
Ukraińskie społeczeństwo świętuje 34. rocznicę niepodległości, tocząc wojnę obronną przeciwko rosyjskiej agresji. I choć ofensywa dyplomatyczna Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej oraz państw wspierających Ukrainę przyniosła szansę na zatrzymanie walk zbrojnych, to jednak trwały pokój jest bardzo odległy.
Skuteczny opór
W lutym 2022 roku, gdy rozpoczęła się pełnoskalowa rosyjska inwazja, mało kto wierzył, że Ukraina zdoła się obronić. Ukraińcom udało się jednak skutecznie stawić opór i pozyskać dla swej sprawy koalicję państw szeroko rozumianego „Zachodu”, gotowych wspierać Kijów finansowo, politycznie, dostawami uzbrojenia oraz innymi formami pomocy wojskowej. Pomoc ta jest niezbędna, byłaby jednak nieskuteczna, gdyby nie zdolność ukraińskiego społeczeństwa do utrzymywania mobilizacji i ducha oporu oraz sprawność państwa nie tylko organizującego wysiłek obronny, ale także zapewniającego nieprzerwanie dostęp do usług społecznych i infrastruktury.
Punktualność pociągów dalekobieżnych w komunikacji krajowej osiągnęła w pierwszym półroczu 2025 roku 95%, a państwowe przedsiębiorstwo kolejowe Ukrzaliznycia stało się symbolem nie tylko jakości serwisu, ale także trwałości nowoczesnego państwa.
W 2022 roku pociągi ukraińskich kolei ewakuowały ponad 4 miliony osób oraz 120 tysięcy zwierząt domowych. Dziś przewożą pasażerów i towary. Niszczona podczas bombardowań infrastruktura jest na bieżąco odbudowywana, a tabor unowocześniany. Od początku bieżącego roku wprowadzono do służby 36 nowych, wyprodukowanych w Ukrainie wagonów. Trwa produkcja kolejnych stu. Tę statystykę dopełniają inne wojenne liczby – w czasie wojny zginęło ponad 900 kolejarzy, 2700 odniosło rany.
Koleje nie są wyjątkiem, podobnie działają inne służby. Wielu czytelników pamięta zapewne jesienne doniesienia o skali zniszczeń infrastruktury energetycznej i ostrzeżenia, że brak dostępu do elektryczności i ciepła w Ukrainie może doprowadzić do wymuszonej zimnem migracji setek tysięcy ludzi. Zamiast tego najnowsze statystyki donoszą, że w czerwcu i lipcu 2025 roku Ukraina więcej energii elektrycznej wyeksportowała, niż musiała kupić, a dostawy elektryczności są stabilne, co umożliwia ciągłą pracę przemysłu.
Stabilność makroekonomiczna
Mimo olbrzymich nakładów na prowadzenie wojny – sięgają one 35% PKB – inflacja utrzymywana jest pod kontrolą i osiąga w tej chwili poziom 14,1%. Niemało, ale w bezpiecznych granicach, pozwalających zachować stabilność makrofinansową. Istotnym jej gwarantem jest wsparcie finansowe z zagranicy – środki zewnętrzne finansują wszystkie cywilne wydatki z budżetu państwa ukraińskiego (połowa wydatków budżetowych), dochody własne przeznaczone są w całości na działania wojenne. Na pokrycie zobowiązań cywilnych Ukraina potrzebuje w tym roku 38,4 miliardów i ma na potrzeby pełne pokrycie w deklaracjach partnerów, a dodatkowym stabilizatorem jest rezerwa walutowa na poziomie 41,5 miliardów dolarów.
Bezrobocie w lipcu 2025 roku zmalało do 11,2% – to najniższy poziom od początku pełnoskalowej agresji, a sytuacja na rynku pracy oceniana jest przez ekspertów jako stabilna. W istocie obraz statystyczny psuje zjawisko unikania formalnego zatrudnienia przez mężczyzn w wieku poborowym.
Wielu z nich obawia się, że jeśli podejmą oficjalnie pracę, staną się celem wojskowych komisji rekrutacyjnych, wolą więc szukać zatrudnienia „na czarno”. Mimo to sytuacja gospodarcza – jak na czasy wojenne – jest stabilna, czego wyraz stanowią zarówno poprawa nastrojów konsumenckich (choć w obszarze nastrojów uznawanych za negatywne), jak i zmniejszenie się ubóstwa (odsetek osób deklarujących, że muszą oszczędzać na jedzeniu) do poziomu 21,6%, choć niestety to tylko miesięczna korzystna fluktuacja.
Głos rynku
Badania sondażowe warto uzupełnić danymi rynkowymi, bo te lepiej oddają rzeczywiste nastroje. W informacjach z Ukrainy dominują doniesienia o codziennych atakach powietrznych na miasta i infrastrukturę cywilną. Siła tych ataków narasta, rosną liczby ofiar. Od zagrożenia nie są wolne nawet ośrodki na zachodzie kraju. Mimo to rynek nieruchomości rozwija się żwawo, a liczba rozpoczętych w 2025 roku inwestycji mieszkaniowych wzrosła o 35% w stosunku do ubiegłego roku (a o 52%, kiedy się mierzy metrażem). Kijów znów stał się najdroższym miastem w Ukrainie – za kawalerkę trzeba zapłacić tam przeciętnie 65 tysięcy dolarów, za wynajem 18 tysięcy hrywien miesięcznie.
W Ukrainie trwa brutalna wojna, czego wyrazem są tragiczne statystyki ginących każdego dnia żołnierzy, pracowników służb cywilnych i zwykłych cywili, zabijanych w ludobójczych atakach na dzielnice mieszkaniowe i infrastrukturę cywilną.
Od grozy śmierci silniejsze są jednak wola życia i pragnienie wolności, których sens wyraża się nie tylko w gotowości do walki i wspierania sił zbrojnych, ale także w praktykowaniu dobrego życia mimo trudności: w uczestnictwie w kulturze, trosce o przestrzeń wspólną czy zaangażowaniu w debatę polityczną.
Dlatego czerwcowy kijowski festiwal Książkowy Arsenał odwiedziły dziesiątki tysięcy widzów, a w lipcu dziesiątki tysięcy Ukrainek i Ukraińców wyszły na ulice Kijowa i szesnastu innych miast, aby zaprotestować przeciwko ustawie ograniczającej niezależność głównych instytucji do walki z korupcją.
Kobieta uspokaja syna chowając się w metrze podczas rosyjskich ataków dronów na Kijów; Ukraina, czerwiec 2025 r. Zdjęcie: Jewhen Małoletka/Associated Press/Eastern News
Pokój, ale nie za wszelką cenę
W czwartym, a w istocie jedenastym roku wojny, jaką Ukraina prowadzi z Rosją, Ukraińcy niewątpliwie czują się zmęczeni i marzą o pokoju. Jednak nie za wszelką cenę. Zdają sobie sprawę, że o przyszłości nie zadecyduje pole działań zbrojnych, tylko negocjacje. I wiedzą, że Ukraina nie ma dość siły, aby odbić zajęte przez Rosjan terytoria – to około 20% powierzchni kraju. Dlatego, zgodnie z wynikami sondażu Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii (próba realizowana na przełomie lipca i sierpnia 2025), największe uznanie społeczeństwa ma scenariusz, zgodnie z którym Ukraina uznaje de facto okupację zajętych terytoriów, ale nie akceptuje tego de iure. W zamian otrzymuje od państw europejskich i Stanów Zjednoczonych gwarancje bezpieczeństwa oraz kontynuuje proces integracji europejskiej. Ten wariant skłonnych jest zaakceptować 54% respondentów, dla 35% jest on nieakceptowalny. Warunków rosyjskich oznaczających w istocie kapitulację nie akceptuje 76% badanych osób. Ukraińcy nie mają zamiaru zaakceptować także różnych wariantów propozycji amerykańskich, uznawanych za odmianę oczekiwań Rosji.
W takiej sytuacji trwały pokój może jeszcze długo nie nastąpić, trudno nawet sobie wyobrazić jego namiastkę w formie długotrwałego zawieszenia broni. Miałoby ono sens, gdyby państwa wspierające Ukrainę zaproponowały rzeczywiście mocne gwarancje bezpieczeństwa. W trakcie spotkania prezydentów Donalda Trumpa i Wołodymyra Zełenskiego, w którym uczestniczyli także liderzy państw europejskich, pojawiło się hasło gwarancji na miarę artykułu 5. z Traktatu o Sojuszu Północnoatlantyckim.
Co jednak w praktyce takie gwarancje miałyby znaczyć? Papier zniesie wszystko, o czym przekonali się Ukraińcy po podpisaniu w 1994 roku Memorandum Budapeszteńskiego. Jego sygnatariusze – Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Rosja – zapewniały zachowanie integralności terytorialnej Ukrainy w zamian za rezygnację przez ten kraj z arsenału jądrowego. Wielu Ukraińców decyzję tę uważa dziś za największy błąd popełniony wówczas przez młodą republikę.
Jakie gwarancje?
Czy takie gwarancje zapewnią żołnierze państw zachodnich wysłani do Ukrainy w ramach misji pokojowej? Temat ten dostarcza więcej emocji niż konkretów, bo najwyraźniej na razie pełni funkcję żetonu w negocjacyjnej grze. Wprowadził go do obiegu prezydent Francji Emmanuel Macron, podbijając stawkę, co początkowo liderzy innych państw przyjęli z irytacją. Ruch okazał się jednak skuteczny, bo stał się swoistym „sprawdzam” wobec rzeczywistych intencji uczestników „koalicji chętnych”.
Premier Polski Donald Tusk zdecydowanie odmówił zaangażowania polskich żołnierzy, argumentując, że ich zadaniem jest obrona wschodniej flanki NATO na terytorium Rzeczypospolitej. W istocie w naszym kraju zdecydowana większość społeczeństwa – 64% w badaniu Ibris, Defence24 i Fundacji Stand with Ukraine – jest przeciwna wysyłaniu wojsk, a tylko 15% akceptuje takie rozwiązanie.
Ukraińcy zdają sobie sprawę, że wobec narastającego populizmu decyzje w polityce zagranicznej w coraz większym stopniu wynikają z logiki polityki wewnętrznej i stają się funkcją nastrojów społecznych, a nie głębokiego namysłu strategicznego.
Przekonali się o tym wyraźnie w 2023 roku, kiedy ponad pół roku musieli czekać na rozwiązanie pata w Kongresie Stanów Zjednoczonych, który zablokował procedowanie ustawy o pomocy wojskowej. Wtedy też okazało się, że w Polsce ani rząd Mateusza Morawieckiego, ani nowy rząd Donalda Tuska nie potrafiły rozwiązać problemu blokady granicy polsko-ukraińskiej przez rolników. Na swoje argumenty, że blokada godzi bezpośrednio w wysiłek obronny, Ukraińcy mogli usłyszeć, że muszą zrozumieć logikę trwającej w Polsce kampanii wyborczej.
Ukraińcy oczywiście uczestniczą we wszelkich formatach spotkań, walcząc w pierwszej kolejności o jedno – stabilność pomocy finansowej i wojskowej. Dlatego ważnym hasłem, jakie pojawiło się w Waszyngtonie, była deklaracja zakupu przez Ukrainę amerykańskiego uzbrojenia za blisko 100 mld dolarów, które mają wyłożyć państwa europejskie. I porozumienie z USA o wspólnej produkcji dronów wartości 50 miliardów dolarów. Donald Trump będzie mógł się pochwalić, że zgodnie z zasadą America First zrobił kolejny świetny deal. Wołodymyr Zełenski z kolei zyska nowe dostawy zaopatrzenia pomagającego stabilizować sytuację na froncie.
Samodzielność
W rzeczywistości jednak Ukraina od początku wojny konsekwentnie realizuje strategię jak największej strategicznej autonomii, której wyrazem ma być samodzielna produkcja jak największej ilości kluczowego dla działań zbrojnych uzbrojenia i materiałów wojennych. Elementem tej strategii jest też aktywne kształtowanie realiów pola walki w taki sposób, aby zniwelować oczywistą asymetrię sił między Rosją i Ukrainą.
Rosja dysponuje większymi zasobami ludzkimi i materiałowymi. Ukraińcy postawili na wyrównywanie szans poprzez innowacje technologiczne umożliwiające zmianę charakteru działań zbrojnych.
Spektakularnym wyrazem skuteczności tej strategii okazało się otwarcie w drugiej połowie 2023 roku kanału żeglugowego na Morzu Czarnym. Odblokowanie portu w Odessie umożliwiło obsługę eksportu drogą morską. Jak jednak dokonało tego państwo de facto nieposiadające floty wojennej? Odpowiedzią okazały się drony morskie, które są budowane w ekosystemach rozwoju innowacji technologicznych podporządkowanych Służbie Bezpieczeństwa Ukrainy i Zarządowi Wywiadu Wojskowego. Opracowane w tych ekosystemach konstrukcje Sea Baby i Magura stały się bronią, która uszkodziła i posłała na dno trzecią część rosyjskiej Floty Czarnomorskiej i zmusiła pozostałe okręty do opuszczenia akwenu.
Drony nawodne i powietrzne stały się podstawowym narzędziem prowadzenia wojny, a w wyścigu na rozwój technologii dronowych Ukraińcy utrzymują parytet jakościowy i ilościowy. Ponadto wprowadzają do uzbrojenia zautomatyzowane systemy bojowe umożliwiające ograniczenie zaangażowania siły ludzkiej. W konsekwencji, mimo nominalnej przewagi Rosjan, ci ostatni nie są w stanie doprowadzić nie tylko do przełomu strategicznego, ale nawet operacyjnego. Sukcesy taktyczne opłacane są z kolei gigantycznymi stratami ludzkimi i materialnymi, nie przybliżają jednak przełomu, który mógłby zmusić Ukrainę do kapitulacji.
Żołnierz Gwardii Narodowej Ukrainy przygotowuje drona „Pingwin” do lotu w rejonie Pokrowska w Ukrainie, 6.08.2025. Zdjęcie: Jewhen Małoletka/Associated Press/Eastern News
Wojenne fundamenty przyszłości
Ukraińcy mają świadomość, że przy stabilnej pomocy zachodnich partnerów są w stanie jeszcze długo prowadzić działania obronne. Z kolei aby jak najmniej zależeć od ewentualnej chwiejności, systematycznie rozwijają moce produkcyjne przemysłu obronnego, który w tej chwili zapewnia około 40% niezbędnego zaopatrzenia wojennego. W istocie w obszarach tak kluczowych jak drony i systemy walki elektronicznej Ukraina jest praktycznie samowystarczalna. Jednocześnie w coraz mniejszym stopniu zależy od dostaw systemów artyleryjskich i pocisków. Jak zauważył tygodnik „The Economist”, Ukraina, rozwijając w warunkach wojennych produkcję tak złożonych systemów jak samobieżne armatohaubice Bohdana, rakiety bojowe czy drony morskie, tworzy też podwaliny dla przemysłu przyszłości, który będzie opierał się na rozproszonym wytwarzaniu w systemie połączonych w sieć gniazd posługujących się m.in. zaawansowanymi drukarkami 3D.
W stwierdzeniu tym kryje się głębsza prawda – Ukraińcy zdołali w warunkach wojennych uruchomić potencjał kreatywności i innowacyjności oraz zinstytucjonalizować go w taki sposób, że stał się kluczowym elementem systemu obronnego oraz – szerzej – systemu odporności państwa i społeczeństwa.
Rzecz bowiem nie dotyczy jedynie wytwarzania uzbrojenia, innowacji taktycznych czy wykorzystania kreatywnych metod marketingu do pozyskiwania rekrutów przez jednostki wojskowe. To także rozwój usług społecznych w oparciu o cyfrowe sieci zintegrowane w systemie Dia i modele współpracy struktur władzy publicznej, instytucji, biznesu oraz organizacji społeczeństwa obywatelskiego.
Przykładem pozycja Ukrainy w rozwoju usług publicznych online – w rankingu w ramach przygotowywanego przez ONZ „E-Government Survey” kraj ten zajął w 2024 roku piąte miejsce, awansując do światowej czołówki z 32 miejsca w roku 2022. Polska znajduje się bliżej piątej dziesiątki.
Te wszystkie osiągnięcia zadecydowały, że Ukraina nie uległa rosyjskiemu naporowi i jest nadal w stanie prowadzić wojnę. Osiągnięcia te nie mogą jednak przesłaniać licznych dysfunkcji i patologii państwa ukraińskiego.
Walka z patologiami
Największymi problemami są stan elit politycznych i zasady działania systemu politycznego. Wołodymyr Zełenski jest niewątpliwie niekwestionowanym liderem i symbolem ukraińskiej jedności w czasie dziejowej próby. Jednocześnie coraz większy sprzeciw wywołuje styl sprawowania przez niego władzy, polegający na jej koncentracji w Biurze Prezydenta. Rola rządu ogranicza się do administrowania krajem, natomiast kluczowe decyzje polityczne i strategiczne w wymiarze wewnętrznym, zagranicznym oraz militarnym są podejmowane osobiście przez Zełenskiego i zaufanych funkcjonariuszy Biura pod wodzą Andrija Jermaka.
Opozycja polityczna została zmarginalizowana, Rada Najwyższa odgrywa rolę maszynki do głosowania, mającej realizować zamiary podejmowane w otoczeniu prezydenta. Jaskrawym przykładem tej metody okazała się praca nad ustawą ograniczającą autonomię Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP).
Prace nad aktem prawnym trwały jeden dzień – 22 lipca – i tyle wystarczyło, by projekt przeszedł przez odpowiednią komisję parlamentarną, został przegłosowany oraz podpisany przez prezydenta. Mało kto poza samymi twórcami miał czas na zapoznanie się z treścią procedowanego dokumentu. Tydzień później, podczas nadzwyczajnego posiedzenia Rady w dniu 31 lipca, w takim samym trybie została przegłosowana kolejna ustawa przywracająca NABU i SAP ich niezależność.
Powodem tak szybkiej korekty legislacyjnego „błędu” stały się masowe protesty społeczne, których nie przewidzieli sam Wołodymyr Zełenski ani jego współpracownicy. Podobnie jak nie przewidzieli stanowczego sprzeciwu ze strony Komisji Europejskiej i liderów państw europejskich. Mimo szybkiej reakcji największy kryzys polityczny Wołodymyra Zełenskiego od początku wojny, a może i początku prezydentury, będzie na pewno miał dalsze konsekwencje.
Ujawnił nie tylko patologię systemu władzy, ale też pokazał siłę społeczeństwa obywatelskiego, którego ethos kształtowały dwie rewolucje: Pomarańczowa z 2004 roku i Godności na przełomie lat 2013 i 2014.
Skutkiem Rewolucji Godności jest swoista umowa społeczna mówiąca, że cel ukraińskiego społeczeństwa, współdzielony przez wszystkie jego części i elity, stanowi realizacja euroatlantyckich aspiracji, wyrażających się w akcesji do Unii Europejskiej i NATO. To właśnie te aspiracje próbuje zniweczyć Władimir Putin, nie może być więc zgody, aby zagroziła im polityka ukraińskiego prezydenta.
Ukraińskie priorytety
Co rzeczywiście wypchnęło Ukraińców na ulice, by protestować przeciwko feralnej ustawie? Wystarczy wczytać się w badanie opublikowane w czerwcu przez agencje Janus, Socis i projekt Barometr. Na pytanie, co najbardziej niekorzystnie wpływa na sytuację w kraju, na pierwszym miejscu 48,5% ankietowanych wskazało wysoki stopień korupcji na szczeblu państwowym. Dopiero na drugim miejscu, ze wskazaniami 41,7%, znalazły się ciągłe ataki powietrzne, a na czwartym – 34,9% – obawa przed nowymi zdobyczami terytorialnymi przez Rosję. Nie należy spieszyć się z interpretacją tych wyników.
Tak, Ukraina ma problem z korupcją, ale jej poziom w ostatnich latach zmalał. Tyle tylko, że radykalnie wzrosła antykorupcyjna świadomość społeczeństwa. Niezgoda na korupcję stała się powszechna po wybuchu wojny – i to dlatego jest ona postrzegana jako najważniejszy problem.
Ważniejszy niż wojna i jej konsekwencje? Tu znowu można zaproponować dość niezwykłe wytłumaczenie. Ukraińcy niemal bezgranicznie ufają Siłom Zbrojnym i są przekonani, że kontrolują one sytuację na froncie oraz najlepiej jak mogą chronią miasta przed rosyjskimi atakami powietrznymi. Opieka wojska powoduje, że wojna jest uciążliwym, ale znajdującym się pod kontrolą aspektem codzienności. Dzięki tej opiece można martwić się o korupcję, ale także pracować, bawić się i wierzyć w przyszłość. Chociaż bowiem odsetek osób twierdzących, że sprawy w Ukrainie zmierzają w złym kierunku, przeważa nad odsetkiem myślących przeciwnie, to jednak ponad połowa, dokładnie 53% badanych, jest przekonana, że Ukraina w ciągu dziesięciu lat stanie się kwitnącym państwem należącym do Unii Europejskiej. Przeciwnego zdania jest 40% respondentów.
Jak więc Ukraińcy postrzegają sami siebie w przededniu 34. rocznicy niepodległości? Częściowej odpowiedzi udziela sondaż grupy Rating opublikowany w połowie sierpnia. Aż 94% ankietowanych uważa za oczywiste, że najważniejszym odniesieniem określającym tożsamość jest bycie obywatelem Ukrainy, a 95% bez wahania zagłosowałoby dziś pozytywnie w referendum niepodległościowym. Od czego będzie zależeć niezależność Ukrainy? Na pierwszym miejscu (57%) badani wskazują zwycięstwo w wojnie, na drugim (35%) wyeliminowanie korupcji.
Wojna skonsolidowała ukraińskie społeczeństwo, wieńcząc zapoczątkowany podczas Rewolucji Godności proces budowy nowoczesnego narodu politycznego, zjednoczonego wokół idei własnego, niepodległego państwa. Państwa silnego podmiotowością swych obywateli i dzięki tej sile zdolnego do obrony suwerenności.
Warszawa, ciepły sierpniowy dzień. Maryna jedzie z trzyletnim Mironem tramwajem do zoo. Chłopiec siedzi u mamy na kolanach, zajada M&M’sy, zadaje milion pytań.
Rozmawiają po ukraińsku. Choć Maryna mieszka w Polsce od 10 lat, ma męża Polaka i świetnie mówi po polsku, to z synem często rozmawia w ojczystym języku. Chce, żeby Miron znał dobrze język matki i mógł swobodnie rozmawiać z dziadkami i resztą rodziny, która mieszka w Ukrainie.
W pewnym momencie cukierek spada na podłogę. Maryna schyla się, żeby go podnieść, ale wtedy stojące obok starsze małżeństwo zaczyna krzyczeć: - Przyjechali tutaj i nam brudzą w tramwajach! Niech wraca do siebie i tam śmieci! Cały tramwaj milczy. Maryna, z trzęsącymi się rękami, chwyta Mirona i wysiada na najbliższym przystanku. Stara się nie płakać, żeby nie przestraszyć syna, choć ten już jest przerażony.
Larysa, inna moja znajoma, od tygodnia prosi ośmioletnią córkę, żeby na placu zabaw rozmawiała po polsku. To wtedy sąsiadka otworzyła okno i wrzasnęła: - Uciszcie te ukraińskie bachory! Starsza córka Larysy, piętnastolatka, prawie przestała wychodzić z domu - boi się, że ktoś zaatakuje ją za to, że jest Ukrainką. Nawet po polsku boi się odezwać, bo uważa, że każdy usłyszy jej akcent.
To tylko dwie z wielu historii, które w ostatnich miesiącach spotkały moich ukraińskich przyjaciół.
Pamiętam Larysę z pierwszych dni wojny. Przyjechała do Polski, by jej dzieci nie dorastały w rytmie alarmów i w schronach. Wsparcie, jakie otrzymała po przybyciu od obcych ludzi, pozwoliło jej przetrwać najgorszy czas i uwierzyć, że jest nadzieja na lepszą przyszłość. Starsze małżeństwo, u którego zamieszkała, traktowało ją jak własną córkę. Gdy po kilku miesiącach znalazła pracę i wynajęła samodzielnie mieszkanie, cała ulica uczestniczyła w jego urządzaniu. Na sąsiedzkiej grupie ustalali, kto co może dostarczyć. Pomogli odmalować i kompletnie je wyposażyli ci, którzy jeszcze pół roku wcześniej byli zupełnie obcy. Na pierwsze święta Bożego Narodzenia prawie kłócili się, u kogo Larysa ma spędzić Wigilię. Więc, żeby było sprawiedliwie, była chyba na trzech, a w pozostałe świąteczne dni odwiedzała kolejne rodziny.
To była Polska moich marzeń: gościnna, solidarna, przyzwoita.
Wielu Polaków nadal taką Polskę tworzy — wciąż pomagają, wciąż jeżdżą na Ukrainę z darami.
Nie wierzę, że ci, którzy w 2022 roku otwierali swoje domy, dziś krzyczeliby na matkę z dzieckiem w tramwaju. Ale wiem, że dziś głos mają inni — ci, którzy wcześniej milczeli, a teraz zostali ośmieleni przez populistyczne hasła polityków.
W ostatniej kampanii prezydenckiej karta antyukraińska i antymigracyjna była rozgrywana bezwstydnie. Łatwo jest podzielić: my i oni. Łatwo wmówić, że wszystko, co złe to „oni”, i że jeśli się ich pozbędziemy, będzie nam lepiej.
A przecież wiemy z historii, do czego prowadzi szukanie wroga w sąsiedzie. Jak słowa szybko mogą zmienić się w czyny.
Rząd milczy. Nie reaguje. Jak ludzie w tramwaju. Na co czeka? Na bojówki? Na pogromy?
„Uważam, że ludzkość jest zdolna do najpotworniejszych rzeczy i że ta zdolność jest immanentna. A mechanizmem rozwoju i przetrwania jest nieustanna walka z tą skłonnością” — mówiła Agnieszka Holland w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.
Wielu moich polskich znajomych pyta mnie, czy w Polsce będzie wojna. Nie, nie jestem absolutnie żadną ekspertką. Może dlatego pytają, bo widzą, że ciągle zajmuję się Ukrainą, podczas gdy większość deklaruje, że jest już zmęczona. A może po prostu ostatnio wszyscy zadajemy sobie to pytanie.
Dziś w Polsce trwa wojna innego rodzaju. Bez czołgów, ale równie groźna. Rosyjska propaganda działa skutecznie: sieje fake newsy, manipuluje, podsyca nienawiść. Ktoś widzi „rolkę” na TikToku i wierzy bez cienia wątpliwości. Prowokacje działają. Wystarczy flaga UPA na koncercie, trzymana przez podstawioną osobę, by kolejni „obrońcy” mogli wykrzyczeć w twarz Ukraince, że jest „ruską k…” albo „banderówą”.
Politycy prawicy cynicznie to podsycają. A liberalno-demokratyczny obóz władzy? Nie prowadzi zakrojonej na szeroką skalę walki z dezinformacją. Milczy. Pozwala, by w przestrzeni publicznej królowały brunatne performance Brauna, czy Bąkiewicza.
Czy znowu wszystko ma wziąć na siebie społeczeństwo obywatelskie tak jak w lutym 2022 roku?
Tak, nadzieja jest tylko w nas — ponownie przywołam słowa Agnieszki Holland. To duża odpowiedzialność w czasach, gdy wydaje się, że już znikąd tej nadziei nie ma.
Bo jak dodaje Slavoj Žižek, słoweński filozof i myśliciel:
„Już nie możemy myśleć o lepszym świecie, ale po prostu o przetrwaniu”.
Tak trudno marzyć o lepszym świecie, patrząc, jak amerykańscy żołnierze na kolanach rozkładają czerwony dywan przed zbrodniarzem. Tak dziś wyglądają wartości Zachodniego Świata, do którego przyłączenia od ponad trzech lat walczą Ukraińcy?
Nie normalizujmy zła. Nie udawajmy, że nie widzimy. Odezwijmy się w tramwaju, na przystanku, w sklepie. Nie dajmy się zakrzyczeć ekstremom. Bo jeśli my się nie odezwiemy, jeśli my się nie sprzeciwimy, jeśli my nie powiemy „dość”, to kto to zrobi?
Maryna i Larysa nie potrzebują naszych wielkich deklaracji ani politycznych frazesów. Potrzebują, by ktoś w tramwaju powiedział „proszę przestać”, by ktoś na placu zabaw uśmiechnął się do ich dzieci. Potrzebują zwykłej przyzwoitości, która kosztuje mniej niż bilet do zoo.
Jeśli nie będziemy umieli jej okazać to wojna, przed którą uciekły, dotrze do nas szybciej, niż myślimy.
– Przypomnijcie sobie, od jakiego słowa zaczyna się większość ukraińskich piosenek – mówi Switłana Rojz, psycholożka dziecięca i rodzinna, kuratorka interaktywnej wystawy „Trzecie oddechy” prezentowanej właśnie w Kijowie.
– Oj! – wciągają powietrze odwiedzający. I od razu dowiadują się, że to „oj!” nie jest śpiewane przypadkowo. Podobnie jak same piosenki, to jest terapia oddechowa, dzięki której człowiek odczuwa ulgę. A tej ulgi Ukraińcy bardzo potrzebują, bo od lat żyją w ciągłym stresie i napięciu.
– Z całej gamy emocji jedyną nam niedostępną jest teraz radość – mówi Switłana Rojz. – To takie „wow!”, po którego wypowiedzeniu otrzymujesz zastrzyk dopaminy.
Ale tak nie powinno być. Bez radości człowiek marnieje, kamienieje, staje się twardszy. Dlatego w ciemnych i ciężkich czasach bardzo ważne jest, by umieć rozpoznawać, analizować swoje i cudze emocje, odczytywać je. A także, korzystając z ćwiczeń cielesnych, nauczyć się pracować z tymi emocjami. Ta wystawa może tego nauczyć – i właśnie dlatego przy wejściu są kolejki.
Odstawszy swoje, wchodzimy do środka i pytamy, gdzie można dostać audioprzewodnik.
– Za chwilę rozpocznie się wycieczka ze Svitłaną Rojz – informuje miła dziewczyna.
Mamy szczęście – myślę sobie. I oto ona, w żółto-pomarańczowym stroju, niczym kwiat słonecznika, uśmiechnięta i wesoła. A przecież jej mąż jest na wojnie, ma dwoje dzieci, jest wolontariuszką, pracuje.
Psycholożka Switłana Rojz oprowadza dorosłych po wystawie
Switłana zaprasza do pierwszej sali, gdzie oddaje hołd tym wszystkim, dla których emocje są przedmiotem zainteresowania zawodowego i naukowego. Zajmował się nimi m.in. Karol Darwin, który udowodnił, że podstawowe emocje są odczytywane w ten sam sposób przez ludzi posługujących się różnymi językami na wszystkich kontynentach. I nie tylko przez ludzi, ale także przez zwierzęta.
Swego czasu Dalajlama poprosił Paula Ekmana, amerykańskiego psychologa, pioniera w dziedzinie badań emocji i ich ekspresji ruchowo-mimicznej, o stworzenie ogólnego atlasu emocji, by uczynić życie ludzi bardziej konstruktywnym. Paul wraz z córką, socjolożką Eve Ekman, opisał pięć podstawowych emocji: radość, smutek, strach, gniew i wstręt – możecie je kojarzyć z postaciami z filmu animowanego „W głowie się nie mieści”. Paul Ekman nauczył dorosłych odczytywać emocje na podstawie wyrazu twarzy dzięki serialowi „Magia kłamstwa”. Na wystawie ta mapa emocji jest po raz pierwszy prezentowana w języku ukraińskim.
Jest tu również dobrze znany autor popularnej piramidy potrzeb Abraham Maslow. I szanowany amerykański biolog, neurolog i prymatolog Robert Sapolsky.
Oglądamy film ze znaną joginką, która krok po kroku uczy, jak radzić sobie z niepokojem – po prostu opuszczając ramiona, rozluźniając usta, uśmiechając się. Ten film stał się już viralem. Switłana prosi, byśmy powtórzyli ćwiczenia – i wszyscy posłusznie je powtarzają, chociaż zgromadzeni są zróżnicowani zarówno pod względem wieku, jak temperamentu.
Obserwuję kobietę – już niemłodą, o bardzo zmęczonej, niemal pozbawionej wyrazu twarzy. Dziś w Kijowie jest wiele takich twarzy. Razem z innymi powtarza ćwiczenia joginki, a potem naśladuje Switłanę, która pokazuje, jak należy oddychać, opuszczać ramiona, kłaść dłoń na brzuchu, pocierać czoło w kierunku od nosa do skroni, by się „uziemić”. Po kolejnych ćwiczeniach uczestnicy, a wraz z nimi ta kobieta, wyglądają na coraz spokojniejszych. Zaczynają się uśmiechać, żywo dyskutować o swoim stanie, jakby w końcu zaczęli się otwierać.
Według Switłany taka otwartość i rozluźnienie są szczególnie ważne, gdy pracujemy z dziećmi. Bo w przeciwieństwie do dorosłych dzieci nie zwracają szczególnej uwagi na słowa i odczytują nasze emocje niewerbalne.
Jeśli podejdziesz do dziecka zesztywniała, z zaciśniętymi szczękami – cokolwiek powiesz, ono ci nie zaufa, nie zrelaksuje się w twoim towarzystwie. I nawet sobie pomyśli: „To jakaś ciotka”
Strefa rysowania
W następnej sali wszyscy są już gotowi do skakania przez gumę (pamiętacie tę grę z dzieciństwa?). Tym, którzy zapomnieli lub nie znali jej zasad, przypomina je nasza mistrzyni olimpijska Jarosława Maguczich, która specjalnie w tym celu nagrała filmik. Ludzie stopniowo uczą się budzić w sobie dziecko, bo pragną znowu poczuć czyste emocje. Astrid Lindgren, która na starość chętnie wspinała się na sosny, bo „nie ma takiego prawa, które zabraniałoby starszym paniom wspinać się na drzewa”, przestaje już wydawać się kimś dziwnym.
Potem wielu chce założyć kalosze i skakać po kałużach. Kałuże są tu płytkie, więc Switłana przeprasza:
– Widzicie, pierwszego dnia wystawy mężczyźni tak skakali, że pękł beton.
A potem jest ściana, na której każdy może napisać i przeczytać najpiękniejsze słowa, jakie usłyszał w swoim życiu. Tu niektórzy zaczynają płakać.
„Zawsze będę przy tobie”, „Chłopczyk, 3800”, „Żywy”, „Wróciłem z niewoli”
To słowa miłości, którą wystawa wypełniona jest po brzegi.
Przed wyjściem pytam kobietę, którą obserwowałam, dlaczego tu przyszła i z czym wychodzi.
– Ostatnio czuję się jak martwa. Najpierw uciekaliśmy z rodziną zielonym korytarzem ze wsi pod Kijowem. Strzelano do nas, później znaleźliśmy kule, które utknęły w tylnych siedzeniach samochodu. Potem było życie pod bombami i rakietami, nie pamiętam już, kiedy się wyspałam. Podczas jednego z ostatnich ostrzałów rakieta uderzyła w sąsiednie podwórze, zginęło 13 osób, dom został całkowicie zniszczony. Mnie i syna uratowała szkoła, stojąca między tym domem a naszym.
– Czy ta wystawa na coś się Pani przydała?
– Tak, próbowałam prawidłowo oddychać, opuszczać ramiona, trzymać rękę na brzuchu. I rzeczywiście zrobiło mi się lżej. Ale nie wiem, czy będę o tym pamiętać, jeśli znów znajdę się pod ostrzałem, kiedy strach dławi wszystko
Pani Switłana opowiedziała, jak uspokajała swoje dziecko podczas ostatniego nalotu. Improwizowała. Trzymając rękę na brzuchu dziecka, mówiła:
„Wyobraź sobie, że jesteś filiżanką z herbatą, a do tej filiżanki trzeba wsypać cztery łyżeczki cukru. Pokaż cztery palce i wyobraź sobie, jak łyżeczka po łyżeczce cukier wpada do herbaty, a ty go mieszasz”.
Dziecku udało się skoncentrować i uspokoić. Myślę, że to skuteczna metoda. Też jej spróbuję.
– O co chciałby Pani zapytać Switłanę? Podejdźmy do niej.
Podeszłyśmy. Wokół której tłoczyli się chętni do zrobienia sobie selfie.
– Gdzie leży granica, po przekroczeniu której organizm i psychika człowieka nie wytrzymują obciążenia? Jak zrozumieć, że już się znalazłaś na tej granicy? – zapytała moja pani Liudmyła.
– Każdy ma swoją rezerwę wytrzymałości – odpowiedziała kuratorka wystawy. – Za pomocą tych samych praktyk fizycznych można tę rezerwę zwiększyć, choć i tak może nadejść moment, kiedy wszystko stanie się obojętne. Wtedy bardzo ważne jest, by w pobliżu była bliska osoba.
– Czy warto teraz oszczędzać emocje, skoro ludzie wokół potrzebują naszego współczucia, empatii?
– Teraz wszyscy oszczędzamy emocje, nic nie można na to poradzić. A współczuć tym, którzy tego potrzebują, można pomagając konkretnymi czynami. To pomoc dla człowieka i ulga dla ciebie
Astrid Lindgren na drzewie
Zdjęcia pochodzą od autorki i organizatorów wystawy
Kiedy my, uchodźczynie, zaczęłyśmy dyskutować o tym, czy wielomiesięczny brak fizycznej bliskości nie szkodzi organizmowi, okazało się, że niemal każda z nas ma za sobą doświadczenie wizyty u ginekologa, który zamiast fachowej pomocy proponował „dodanie do swojego życia więcej seksu” jako uniwersalnego „lekarstwa” na wszystkie choroby.
„Częściej niż dwa razy w tygodniu - a twój cykl menstruacyjny się poprawi”, "Regularne życie seksualne rozwiąże problemy z bólem skóry i piersi, a jeśli to nie pomoże, po prostu musisz mieć dziecko".
Nawet strona internetowa Ministerstwa Zdrowia Ukrainy stwierdza, że „stymulacja pochwy u kobiet może zablokować przewlekły ból pleców i nóg, zmniejszyć skurcze menstruacyjne, dyskomfort związany z zapaleniem stawów i bóle głowy”. Pojedyncze badanie jest cytowane jako dowód naukowy: mężczyźni, którzy uprawiają seks co najmniej dwa razy w tygodniu, są o połowę mniej narażeni na śmierć z powodu chorób serca niż ci, którzy prowadzą nieregularne życie seksualne. Nie jest więc jasne, kto kogo leczy.
Ginekolog Natalia Leliukh mówi, że kiedyś wytrwale szukała publikacji opartych na dowodach na to, że seks jest dobry dla zdrowia kobiet. Słyszała bowiem takie stwierdzenia od kobiet: „Jedna z moich przyjaciółek spotykała się z mężczyzną dla seksu, nazywając stosunki seksualne 'moimi multiwitaminami'. Cóż, specjalistka również nie znalazła niczego naukowo udowodnionego.
Opierając się na swojej praktyce medycznej i osobistym doświadczeniu, Natalia Leliukh twierdzi, że najgorsze szkody dla zdrowia można wyrządzić, uprawiając seks i nie czerpiąc z niego przyjemności.
Badania naukowe potwierdzają, że wysokiej jakości seks z ukochaną osobą poprawia nastrój, sen, pracę serca, poczucie własnej wartości, a nawet kolor skóry. Wzrasta poziom endorfin i oksytocyny. Czasami regularna satysfakcja seksualna może nawet opóźnić objawy menopauzy.
Jednocześnie nie ma jak dotąd dowodów na to, że abstynencja seksualna ma negatywny wpływ na zdrowie kobiet.
Innymi słowy, bez seksu ciało kobiety nie rozpadnie się, hormony nie zawiodą, a przedwczesna starość nie nadejdzie.
- Szczerze i staroświecko wierzę, że seks polega na zakochaniu się i intymności, a nie na zapobieganiu żylakom i krzywicy” - podsumowuje lekarka
Napięcie możesz rozładować i bez partnera
- „Strasząc kobiety chorobami wynikającymi z braku seksu, niektórzy lekarze próbują zwolnić się z odpowiedzialności” - mówi dziennikarka medyczna, biolog i promotorka zdrowego stylu życia Darka Ozerna - „Zamiast dogłębnej analizy przyczyn problemów zdrowotnych, przerzucają winę na samą kobietę: mówią, że to jej styl życia jest przyczyną. I radzą pilnie szukać partnera „dla zdrowia”, choć sytuacja może wynikać z pewnych przyczyn fizjologicznych”.
Victoria Burgo, ginekolog endokrynolog, jest przekonana, że kobieta może łatwo rozładować napięcie seksualne, jeśli je ma, masturbując się pod nieobecność partnera. I należy to nawet robić, aby napięcie się nie kumulowało.
Inną rzeczą jest to, że relacje z mężczyzną, partnerem, nie polegają na rozładowywaniu napięcia. A kiedy mówimy, że brakuje nam intymności, mamy na myśli głównie czułość, przyjemność z bycia pożądanym i uczucie ciepłego, rodzimego ciała obok nas.
Czynnik wojny i jego wpływ na libido
„Jeśli pytasz mnie o seks, czy za nim tęsknię, to nie” - mówi moja 46-letnia przyjaciółka Kateryna S. Mieszka w Polsce z dwójką dzieci, jej mąż był okupowany, udało mu się stamtąd wydostać dopiero po roku, a teraz pracuje w jednym z najważniejszych przedsiębiorstw w Ukrainie.
Przede wszystkim brakuje jej tego wszystkiego, czym jest małżeństwo: bycia razem, zasypiania w swoich ramionach, „ja mówię, a on słucha”, wieczornych spacerów, wspólnego oglądania filmów, wspólnego gospodarstwa domowego, czułości.
Mężczyznom również tego brakuje, choć rzadziej to wyrażają, mówi Tasya Osadcha, psycholog, psychoterapeuta i doradca seksualny. I często, kiedy mężczyźni mówią, że chcą seksu, mówią też o tym świecie intymności i bliskości, a nie o nagim stosunku.
- Pomyślałabym, że namiętność opadła”, mówi Kateryna, ”ponieważ nie jesteśmy już młodymi kochankami. Nawet po rozstaniu nie wskakujemy od razu do łóżka. Jednak kiedy rozmawiam z moimi przyjaciółmi, którzy są 10-15 lat młodsi ode mnie, czują to samo. Kiedy idziemy na zakupy przed powrotem do domu, żartujemy, że musimy kupić tę uwodzicielską bieliznę, aby założyć ją na „randkę” z mężem. A potem śmiejemy się z siebie - ukraińscy mężczyźni nie są zaskoczeni bielizną.
Problem w tym, że długa rozłąka odciska piętno na intymnej sferze związku.
Kiedy ludzie nie mieszkają ze sobą przez długi czas, chemia, uczucie partnera, zdolność do osiągnięcia szczytu przyjemności podczas stosunku słabną lub zanikają.Potrzeba czasu, aby ponownie się do siebie przyzwyczaić.
Status uchodźcy, żony lub dziewczyny żołnierza jest rzeczywistością dla setek tysięcy ukraińskich kobiet. Zdjęcie: ROMAN PILIPEY/AFP/East News
- Po zdjęciach z Buczy moje libido całkowicie zniknęło, po prostu nie chcę już uprawiać seksu, jakby coś zostało wyłączone. I nie jestem jedyna - słyszę to także od moich przyjaciół” - mówi inna Ukrainka, Jewhenija.
„Jest to naturalna reakcja na silny stres związany ze słuchaniem o zbiorowych gwałtach, codziennych zgonach, ciągłym niebezpieczeństwie i niepewności co do przyszłości.
- Na początku inwazji na pełną skalę powszechne były dwie przeciwstawne reakcje: albo silnie zwiększone pożądanie seksualne, o którym wstyd było mówić, ponieważ „wszystko płonęło, a ja miałam seks tylko w głowie”, albo odwrotnie - gwałtowny i znaczny spadek libido. Aby się podniecić, kobieta potrzebuje poczucia spokoju i bezpieczeństwa, co jest trudne do osiągnięcia w sytuacji wojennej. Istnieją indywidualne osobliwości, ale przeważnie działa to w ten sposób” - mówi Tasya Osadcha.
Jednocześnie ekspertka zwraca uwagę na fakt, że w ciągu trzech lat wojny problemy z libido mogą mieć nie tylko przyczyny psycho-emocjonalne, ale także zależeć od bardzo konkretnych zaburzeń zdrowotnych.
- Depresja, zaburzenia lękowe, dysfunkcje tarczycy, cukrzyca - wszystko to może prowadzić do spadku popędu seksualnego. Warto poddać się badaniom kontrolnym, aby wykluczyć te czynniki lub leczyć zaburzenia.
Ponowne poczucie pożądania
Kobiety, z którymi rozmawiałam, twierdzą, że pragnienie intymności czasami powraca tak nagle i niespodziewanie, jak zniknęło na początku wojny na pełną skalę.
Najczęściej libido skacze w górę, gdy podstawowe codzienne kwestie zostają rozwiązane: znaleziono stabilną pracę, podpisano umowę najmu, nie trzeba myśleć o pieniądzach w każdej minucie i jest miejsce na osobisty komfort i prywatność.
Sport, jogging, spacery, joga i medytacja również pomagają przywrócić pożądanie, ponieważ zmniejszają stres i pomagają uwolnić endorfiny. Nie należy tego lekceważyć.
A kiedy pożądanie powraca, ale niemożliwe jest odwiedzenie partnera, na ratunek przychodzi komunikacja wideo i różne stymulatory seksualne - od ekscytujących słów po użycie wibratora lub womanizera, dzielą się kobiety.
Tasya Osadcha wyjaśnia, że podniecenie jest odruchem warunkowym, który powstaje w odpowiedzi na określone bodźce, ale jeśli nie otrzyma wzmocnienia, z czasem zanika. Żart „co nie działa, zanika” jest całkiem prawdziwy w odniesieniu do sfery intymnej. „Jeśli nie robimy nic, aby aktywować podniecenie seksualne, to naturalne, że libido spada, a nawet zanika” - wyjaśnia Osadcha.
Natura kobiecego podniecenia i orgazmu jest subtelna i kapryśna. Wojna stwarza kobietom jeszcze więcej przeszkód w ujawnianiu swojej zmysłowości. Zmysłowość można jednak zachować nawet podczas wojny, jeśli zadba się o siebie i swoje potrzeby.
Rozmowa z ukochaną osobą zamiast prac domowych
— „Nawet w ośrodkach dla uchodźczyń, akademikach i hostelach są łazienki i prysznice, w których można zachować prywatność” - kontynuuje Tasia Osadcha. „Jeśli kobieta dzieli z kimś przestrzeń, musi uzgodnić to z innymi kobietami w pokoju, aby każda miała czas na prywatność. Jeśli masz dzieci, kiedy są w szkole, z przyjaciółmi lub na spacerze, nie powinnaś chwytać za obowiązki domowe w tych wolnych chwilach. Powinnaś chwycić za telefon, aby spędzić czas ze sobą i swoim partnerem. Lub tylko dla siebie - jest to również przydatne i pomaga przywrócić zmysłowość.
Masturbacja, sexting (wysyłanie intymnych zdjęć, wiadomości o intymnej treści - red.) i zabawki erotyczne to rzeczy, które mogą podtrzymać ogień nawet na odległość.
Ale najważniejsze jest, aby więcej się komunikować. Rozmawiajcie ze sobą o swoich uczuciach, emocjach i codziennych drobiazgach przez telefon, wideo, listy lub wiadomości audio. Śmiejcie się, żartujcie, płaczcie razem. Każdego dnia. Flirtujcie, wspominajcie szczęśliwe chwile i planujcie przyszłe, oglądajcie razem filmy, słuchajcie tej samej muzyki, tańczcie i gotujcie „na odległość”. Utrzymuj więź emocjonalną. Jest to klucz do utrzymania relacji na odległość. To właśnie więź emocjonalna pomaga zmniejszyć poczucie samotności, które jest wrogiem w związku na odległość. Pamiętaj: to tymczasowe, ale musisz przez to przejść. I to właśnie więź emocjonalna wywołuje pasję i energię miłości - nie tylko do partnera, ale do samego życia.
Prof. Borys Todurow jest członkiem korespondentem Narodowej Akademii Nauk Medycznych Ukrainy i Zasłużonym Lekarzem Ukrainy. Od 17 lat kieruje Instytutem Serca, wcześniej znanym jako Kijowskie Miejskie Centrum Serca. Przeprowadził ponad 15 tysięcy operacji, a w 2001 r. – pierwszy przeszczep ludzkiego serca w Ukrainie. W 2016 r. wraz z niemieckim profesorem Christophem Schmidem przeprowadził pierwszą w Ukrainie operację wszczepienia sztucznego serca.
Natalia Żukowska: Panie Profesorze, czy wojna „odmłodziła” choroby serca?
Borys Todurow: Wojna jest zawsze wielkim stresem dla każdego. Zwłaszcza tak brutalna wojna jak ta, która toczy się w Ukrainie, z nieustannym, codziennym ostrzałem. Przewlekły stres wywołuje choroby naczyniowe i choroby serca. Teraz widzimy, że całkiem młodzi ludzie, do czterdziestego roku życia, przychodzą do nas z zawałami serca, kardiomiopatiami i innymi chorobami. Dlatego – tak, dziś możemy śmiało powiedzieć, że wojna znacznie „odmłodziła” choroby serca.
Borys Todurow na sali operacyjnej. Zdjęcie: prywatne archiwum
Jakie są najczęstsze choroby serca w ostatnich trzech latach?
Najczęstsza jest choroba wieńcowa, ponieważ nasiliły się czynniki ryzyka jej wystąpienia: nadciśnienie tętnicze, otyłość, cukrzyca, palenie tytoniu, wysoki poziom cholesterolu, wysokie ciśnienie krwi, stres. Wszystkie te czynniki są dziś obecne u młodych ludzi, zwłaszcza tych na pierwszej linii frontu. Ich połączenie prowadzi do tego, że choroby dziedziczne mogą być zaostrzone i rozwijać się znacznie wcześniej niż w normalnych warunkach.
Jako lekarz był Pan na dwóch wojnach, w Kosowie i Iraku. Czy są jakieś podobieństwa między warunkami, w jakich pracował Pan w tamtych krajach, a tym, z czym ma Pan do czynienia w Ukrainie?
Ani w Iraku, ani w Kosowie nie widziałem takich walk, jak w Ukrainie. Pracowaliśmy w szpitalach, gdzie nie było takiego ostrzału, nie było 100 szahidów i rakiet codziennie latających nad naszymi głowami, nasza praca była dość komfortowa. W Ukrainie pracujemy w warunkach częstych przerw w dostawach prądu, codziennego ostrzału i nalotów
Jesteśmy nieustannie zagrożeni, bo kiedy idziemy na salę operacyjną i zaczyna się nalot czy ostrzał, nie możemy iść do schronu – bo nie możemy przerwać pracy
Każdego dnia w szpitalu, gdy dochodzi do ostrzału, nasi pacjenci i my jesteśmy narażeni na ogromne ryzyko. Wystarczy wspomnieć to, co się stało w szpitalu dziecięcym Ochmatdyt, kiedy rosyjskie pociski zniszczyły budynek i zabiły kilka osób. Tych wojen nie można porównywać. Ukraina cierpi z powodu znacznie większej agresji wroga.
W jakim stopniu Instytut i wasi lekarze byli przygotowani na wybuch tak wielkiej wojny? Jakie były pierwsze zadania, przed którymi stanęliście w pierwszych dniach?
Pierwszego dnia inwazji zebraliśmy się w Instytucie Serca o 7 rano. Zwołałem wszystkich. Powiedziałem, że jesteśmy lekarzami, czyli zmobilizowanymi, więc musimy zorganizować pracę naszego szpitala w warunkach wojennych. Organizowaliśmy proces chirurgiczny, przyjmowaliśmy rannych cywilów i żołnierzy, a piwnicę przekształciliśmy w pełnowartościowy schron przeciwbombowy. Zdając sobie sprawę, że możemy stracić łączność, elektryczność i ogrzewanie, kupiliśmy kilka generatorów. By mieć alternatywne źródło wody, wywierciliśmy studnię. Zorganizowaliśmy własne ogrzewanie na bazie wiórów drzewnych – by nie być zależnymi od centralnego ogrzewania.
Na początku mieliśmy dwa Starlinki [telekomunikacyjny system satelitarny obsługiwany przez firmę Starlink Services, LLC, należącą do koncernu SpaceX Elona Muska – red.], dzięki którym zapewniliśmy sobie alternatywną komunikację.
Borys Todurow: „W naszym schronie bombowym przez prawie trzy miesiące mieszkało prawie 500 osób”. Kadr z nagrania wideo
Zrobiliśmy też zapasy artykułów spożywczych, bo przez pierwsze trzy miesiące poruszanie się po Kijowie było prawie niemożliwe. Rankiem 24 lutego pojechałem karetką do sklepów, które były jeszcze otwarte, kupiliśmy chleb i jedzenie. Przez prawie trzy miesiące w naszym schronie mieszkało niemal 500 osób – nasi pacjenci, pracownicy z rodzinami i zwierzętami. Przywieźliśmy nawet dzieci z sierocińca w Sumach i z innych regionów. Zabraliśmy też kilku pacjentów z naszego oddziału w Irpieniu, który został zaatakowany przez wroga w marcu.
Zapewnienie żywności, ogrzewania i wody nie było łatwe, ale udało się. Rozumieliśmy, że nasza pomoc będzie potrzebna w tych trudnych czasach. Dlatego zorganizowaliśmy się i nie przerwaliśmy pracy ani na jeden dzień. Dziś jesteśmy całkowicie niezależni.
Nawet jeśli wszystko wokół stanie w miejscu, Instytut Serca będzie działał jeszcze przez trzy miesiące
Mieszkał Pan w klinice przez pierwszych 90 dni wojny. Jak to wyglądało?
Mieszkałem w pracy, spałem na kanapie w moim biurze. Trzymałem obok siebie kałasznikowa, obrona terytorialna zapewniała nam amunicję. Każdy z pracowników miał jakąś broń. Byliśmy gotowi do obrony kliniki i miasta. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że jeśli dojdzie do walk w Kijowie, weźmiemy w nich udział jako zwykli żołnierze. Byliśmy na to gotowi zarówno technicznie, jak moralnie. Wszyscy byli w patriotycznym nastroju.
„Rannych zaczęliśmy operować w 2014 roku”. Zdjęcie: media społecznościowe
Okupanci zniszczyli oddział Instytutu Serca w Irpieniu, dopuścili się okrucieństw w obwodzie kijowskim i w innych regionach – i nadal to robią. Mieszkał Pan w Rosji przez 5 lat. Skąd wzięła się ta rosyjska nienawiść do Ukraińców?
Myślę, że to nie tylko nienawiść do Ukraińców. Oni nienawidzą też samych siebie. Ta nienawiść kształtuje się w nich od dzieciństwa. W Rosji istnieje tak zwana „subkultura obozowa”. Jeśli pani obejrzy kilka rosyjskich filmów z ostatnich 10-15 lat, zobaczy pani, że tworzy się tam rodzaj ideologii obozowej, w której jest stróż, „pachan”, „wor w zakonie” [profesjonalny przestępca przestrzegający zasad „kodu przestępczego”, będący autorytetem dla innych przestępców – red.]. Całe rosyjskie społeczeństwo jest teraz zbudowane w ten sposób.
Jako dziecko mieszkałem z rodzicami w Rosji, w obwodzie irkuckim, przez 5 lat i doświadczyłem wpływu tej subkultury. Pamiętam, że w szkole mieliśmy „strażników”, którzy zbierali pieniądze od dzieci. Były gangi, które krążyły od szkoły do szkoły, od klasy do klasy. Oznacza to, że Rosjanie od dzieciństwa tworzą subkulturę opartą nie na demokracji i prawie, ale na sile i przemocy. Tam, gdzie można bezkarnie dopuszczać się przemocy, Rosjanie to robią – i to nie tylko wobec innych krajów, ale także wobec własnego narodu.
Myślę, że ta subkultura ukształtowała się od czasów Mongołów, dlatego Rosja nie jest ani demokratyczna, ani liberalna, ani cywilizowana
Wszystkie problemy są tam rozwiązywane tylko za pomocą przemocy i siły, nie jestem więc zaskoczony. Widziałem to zachowanie, kiedy byłem dzieckiem, kiedy chodziłem do szkoły.
Wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia. W rzeczywistości Ukraina zawsze rozumiała, kto jest jej sąsiadem. Niestety byliśmy trochę nieprzygotowani. Nikt nie myślał, że w XXI wieku oni będą zdolni iść na wojnę i zabijać tysiące ludzi. Nie tylko innych ludzi, ale także swoich własnych. W imię ambicji jednej, niezbyt zdrowej psychicznie osoby.
Kardiochirurdzy z Instytutu mają duże doświadczenie w interwencjach w przypadku ran bojowych. Z jakimi problemami najczęściej trafiają do was wojskowi?
Zaczęliśmy operować rannych już w 2014 roku. Zajmowaliśmy się 11 batalionem, to byli ochotnicy. Jeździliśmy karetką, zabieraliśmy rannych żołnierzy i leczyliśmy ich w naszych placówkach.
Borys Todurow podczas wyjazdu do Donbasu, 2015 Zdjęcie: media społecznościowe
Po wybuchu wojny na pełną skalę kontynuowaliśmy tę pracę i nadal operujemy osoby z ranami serca, naczyń krwionośnych i klatki piersiowej – i to nie tylko u nas. Odwiedzamy również szpitale wojskowe i przeprowadzamy w nich operacje. Niedawno byliśmy w szpitalu w Charkowie. Żołnierz miał poważny uraz aorty i płuc. Zabraliśmy ze sobą sztuczne płucoserce, by otworzyć aortę i usunąć odłamki. Uratowaliśmy mu życie. Później zabraliśmy go do naszego szpitala, gdzie przeszedł rehabilitację.
W ciągu ostatnich trzech lat przez nasz instytut przewinęły się setki rannych. Mam dużą kolekcję odłamków, które usunęliśmy z ich serc, a dużych naczyń krwionośnych, płuc i klatek piersiowych. W pierwszych dniach wojny przywożono do nas też cywilów z Buczy
Oczywiście szpitale wojskowe, chirurdzy ogólni i neurochirurdzy wykonywali znacznie więcej operacji, zoperowali tysiące ludzi.
Lekarze zrobili swoją robotę w tej wojnie. Przetrwali, nie odeszli i nadal ratują ludzi. I robią wszystko, co w ich mocy, aby zapobiec kalectwu rannych.
Ile operacji przeprowadził Pan w swej karierze?
Dziś nie wiem dokładnie, ale rok temu liczba ta wynosiła 15 tysięcy – w ciągu 38 lat mojej działalności chirurgicznej.
A Pana pierwszy przeszczep serca?
Pierwszy przeszczep serca w Ukrainie przeprowadziłem wraz z kolegami w 2001 roku. W tamtych czasach nie było takich warunków i tak dobrego prawa dotyczącego transplantacji jak obecnie. Nie było na to budżetu, wszystko robiliśmy za własne pieniądze. W 2000 roku przeprowadziliśmy cztery przeszczepy. Niektórzy z naszych pacjentów żyli 16-17 lat. A w ciągu ostatnich trzech lat wykonaliśmy już 110 przeszczepów, w tym 10 u dzieci. Niedawno przeprowadziliśmy w naszym instytucie pierwszy przeszczep płuc. Zakończył się sukcesem, pacjent wraca do zdrowia. Tego samego dnia przeprowadziliśmy jeszcze trzy przeszczepy serca: u ośmioletniego chłopca, matki pięciorga dzieci i młodego mężczyzny. Nasz program transplantacji działa dobrze.
W 2024 r. przeprowadziliśmy 29 przeszczepów serca bez choćby jednej ofiary śmiertelnej – wszyscy pacjenci przeżyli i są w dobrym stanie
Jesteśmy bardzo dumni z tych wyników. Myślę, że nawet w krajach zachodnich żadna klinika nie może powiedzieć, że w ciągu roku nie straciła ani jednego pacjenta po przeszczepie serca. Dlatego dzielimy się naszym doświadczeniem z kolegami z zagranicy, dużo się uczymy, prowadzimy wykłady i prezentacje na konferencjach.
Jak wygląda sytuacja ukraińskiej transplantologii podczas wojny?
W 2019 r., kiedy uchwalono nową ustawę, zaczęło się normalne finansowanie i łatwiej było koordynować przeszczepy w całym kraju.
Podczas transportu narządów do przeszczepu. Zdjęcie: media społecznościowe
Każdego roku robimy postępy i zwiększamy liczbę operacji o 20-30%. Ogólnie rzecz biorąc, nie tylko my, ale także kilka innych ośrodków transplantacyjnych w Ukrainie rozwija się dość szybko. Dziś wkraczamy na europejski rynek medyczny z dość rozwiniętą transplantologią. Dotyczy to przeszczepiania nerek, wątroby, serca, płuc, trzustki i komórek szpiku kostnego.
Innymi słowy, prawie wszystkie obszary transplantologii w Ukrainie rozwijają się intensywnie i owocnie. Mimo wojny, a czasem braku pieniędzy i personelu – pracujemy
Był Pan zapraszany do przeprowadzania operacji w wielu krajach. Które najbardziej zapadły Panu w pamięć?
Moja pierwsza podróż zagraniczna, do Egiptu, odbyła się w 1999 roku. Operowaliśmy noworodki. Przeprowadziłem też wiele operacji dzieci w Azerbejdżanie. W Gruzji operowaliśmy w Batumi, po pierwszych 100 skomplikowanych operacjach zostałem honorowym mieszkańcem tego miasta. Operowałem również w Uzbekistanie – w Taszkiencie i Samarkandzie.
Przed inwazją byliśmy w Duszanbe i Islamabadzie. Podpisaliśmy umowę o współpracy, lecz wojna zniweczyła te plany. Ponadto działałem w Iraku, podczas wojny w 2004 roku. A podczas wojny w Kosowie, w 2005 roku, zabraliśmy dzieci z Prisztiny.
Każdy z tych krajów zapamiętałem w inny sposób. Na przykład Gruzja i kraje Azji Środkowej były bardzo gościnne. Zostaliśmy tam dobrze przyjęci i operowaliśmy najtrudniejsze przypadki.
Z polskimi kardiochirurgami podczas międzynarodowej konferencji w Kijowie, 2019 r. Zdjęcie: archiwum prywatne
Nawiązał Pan także współpracę z polskimi lekarzami. Na czym ona polega?
Z polskimi kolegami współpracujemy od wielu lat – od czasu kiedy poznaliśmy profesora Mariana Zembalę w Zabrzu. Ta współpraca jest bardzo owocna, znamy niemal wszystkich czołowych kardiochirurgów w Polsce.
Z profesorem Marianem Zembalą, 2017 r. Zdjęcie: archiwum prywatne
Wymieniamy się doświadczeniami i konsultujemy naszych ciężkich pacjentów z chirurgami transplantologami w Polsce. Opracowujemy również nowe metody dotyczące przeszczepu sztucznego serca i konsultujemy się w kwestii wykorzystywania sztucznego serca w Ukrainie. W zeszłym roku miałem kilka prezentacji w Polskim Towarzystwie Kardiologicznym i na międzynarodowych kongresach w Polsce.
Jak Pan radzi sobie ze stresem? Co pomaga Panu odzyskiwać siły?
Najlepszym sposobem na zresetowanie się i rozładowanie stresu jest dla mnie zrobienie czegoś własnymi rękami. Mam mały warsztat w moim domku na wsi, gdzie zbieram interesujące kawałki drewna o dobrej strukturze i robię z nich małe przedmioty – kubki, pudełka na słodycze, pudełka na biżuterię, wazony. Potem rozdaję je moim przyjaciołom. To moje ulubione hobby. Zwykle robię to zimą, bo latem spędzam czas w małym ogrodzie na daczy. Bardzo kocham ogrodnictwo.
Rozmawiamy w czasie świąt noworocznych. Którą z Pana operacji można byłoby nazwać cudem?
Ostatnio przeprowadzam bardzo skomplikowane operacje.
Jestem dumny z przeszczepu serca, który przeprowadziłem u 6-letniej Sołomii. Myślę, że to było największe osiągnięcie w mojej praktyce – pierwszy przeszczep pediatryczny w Ukrainie
Z dziewczynką, która przeszła przeszczep serca. Zdjęcie: prywatne archiwum
Pierwsza operacja przeszczepienia płuc w naszym instytucie była jeszcze bardziej skomplikowana. Przeprowadziliśmy ją u Margarity, matki pięciorga dzieci – ta niezwykle skomplikowana operacja trwała prawie 10 godzin. Pacjentka przeżyła i przechodzi rehabilitację, co moim zdaniem jest prawdziwym cudem. Cieszymy się razem z nią.