Exclusive
20
min

Sonia Sotnyk: - Dla obojętnych mam taki znak: „Remont. Przepraszamy za utrudnienia”

„Jesteś na antenie, prowadzisz satyryczny poranny program rozrywkowy ‘Kamtugeza’. A potem nadchodzi ten moment i nie wiesz, czy są jakieś ofiary, czy ludzie ocaleli. I jak tu kontynuować nadawanie? Mam przejść na czarny humor, czy co? Takie audycje zawsze weryfikują cię jako profesjonalistkę”

Oksana Gonczaruk

Sonia Sotnyk

No items found.

Zostań naszym Patronem

Dołącz do nas i razem opowiemy światu inspirujące historie. Nawet mały wkład się liczy.

Dołącz

Sonia Sotnyk, popularna ukraińska prezenterka radiowa, ma na koncie tysiące audycji radiowych, Majdan i wolontariat od 2014 roku. Jej mąż jest na froncie od pierwszego dnia. Ta rozmowa odbyła się po kolejnym zmasowanym ataku rakietowym na Kijów i inne miasta Ukrainy.

Nikt nie jest dziś ze stali – czasami musisz pozwolić sobie na antydepresanty

Oksana Gonczaruk: – Jak się trzymasz po 900 dniach wojny?

Sonia Sotnyk: – Radzę każdemu, by skonsultował się z psychoterapeutą, a następnie udał się do psychiatry, neurologa – i wziął leki przeciwdepresyjne. Biorę je już od dziewięciu miesięcy, inaczej nie dałabym rady. Ale biorę je ostatni miesiąc. Potem spróbuję wymyślić, co dalej.

Myślisz, że wszystko jest w porządku, nie wpadasz w histerię, oddychasz równomiernie, ale twoje ciało się rozpada. Stres sprawia, że odczuwasz silny ból. Miałam problemy fizjologiczne, poszłam do gastroenterologa, a on powiedział, że nic nie poradzi. Mózg i żołądek są ze sobą silnie połączone, dlatego stres wpływa przede wszystkim na żołądek.

I wyobraź tylko sobie: drugiego dnia przyjmowania antydepresantów wszystkie moje problemy fizjologiczne zniknęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki!

Na YouTube ktoś napisał o Tobie: „Sonia jest ze stali”, bo naprawdę robisz takie wrażenie. Tyle że wcale nie jesteś taka stalowa...

Nie ma co udawać: nikt z nas nie jest ze stali. Gdybym nie brała antydepresantów, miałabym tachykardię, nadciśnienie i ataki paniki.

To dlaczego nie wyjechałaś z kraju?

Po pierwsze, nie musiałam ratować swoich dzieci, bo ich nie mam. Gdybym je miała, serce matki powiedziałoby mi, bym zabrała je z tego horroru. Po drugie, mój mąż jest żołnierzem.

Żyję tych realiach od dłuższego czasu i mniej więcej wiem, gdzie się udać i co zrobić, żeby być użyteczną. Dlatego nawet nie myślałam o opuszczeniu Kijowa

Jesteśmy krwiobiegiem

Ludzie znają Cię nie tylko jako popularną prezenterkę radiową, ale także jako aktywną wolontariuszkę. Jak długo się tym zajmujesz?

Od 2014 r. Niedawno pomyślałam, że wolontariat można metaforycznie porównać do układu naczyniowego ludzkiego ciała. Tak jak naczynia krwionośne są wypełnione krwią, tak wolontariusze wypełniają wykrwawiany przez wrogów kraj wszystkim tym, co jest potrzebne. Jesteśmy krwiobiegiem, w którym wszyscy się wspierają. Są duże żyły – to społeczne fundamenty, i są małe naczynia – czyli my. I wszystko to pracuje dla jednego wielkiego organizmu.

Ja i moi przyjaciele przeżyliśmy Majdan. Istnieliśmy w idealnym, małym świecie, w którym każdy starał się być użyteczny. I to właśnie tam nasze stare bractwo wolontariuszy stało się silniejsze. Od dziesięciu lat nikt nie odszedł. Trwamy.

Kiedy pierwsi ochotnicy poszli na front, miałam wrażenie, że znam ich wszystkich. Bo wszyscy byli moimi przyjaciółmi. Wtedy oczywiście automatycznie zaczynasz pomagać swojemu przyjacielowi i bratu. A oni poszli naprawdę boso, w klapkach i szortach.

Ta szalona motywacja powtórzyła się w 2022 roku. Uwierz mi, wielu ochotników, którzy walczyli od 2014 roku, było sceptycznie nastawionych do tego, że Ukraina powstanie. I byli zdumieni, że Ukraińcy stanęli w jej obronie. To było motywujące i inspirujące.

Często można usłyszeć, że wolontariusze pracują zamiast państwa.

W 2022 roku państwo było przytłoczone skalą tragedii. Była tak wielka, że żadne państwo nie mogłoby jej podołać. Przygotowanie mechanizmów pomocy zajęło trochę czasu. Było wielu ochotników, którym należało zapewnić broń, nie było wystarczających zasobów. Wtedy do akcji wkroczyli ochotnicy.

To jest to, czego Rosjanie nie wzięli pod uwagę – że bataliony ochotnicze miały broń zakopaną w lasach w pobliżu Kijowa. I ochotnicy nie przerwali swojej pracy od 2014 roku, więc zareagowali natychmiast.

Kiedy jesteś online 24/7 i łączysz ludzi z ludźmi, gromadzisz numery telefonów, pod które w normalnym życiu nigdy byś nie zadzwoniła. Pewnego dnia, za 20 lat, opowiem ci o tym – teraz jest jeszcze za wcześnie. Cóż, dostajesz ofertę od służb wywiadowczych, słuchasz, kiwasz głową i myślisz: dlaczego ja?

Na tyłach każdy toczy trzy prywatne wojny

Jakie są dziś problemy związane z pomaganiem armii?

Dziury trzeba zapełniać wszędzie, ale na szczęście nie brakuje już wszystkiego, jak na początku. Jest jednak coś, na co wolontariusze nie mają wpływu: brak broni i amunicji.

Zajmujemy się teraz wszystkim, co jest związane z medycyną. Możemy też wpływać na procesy w ministerstwach i wyspecjalizowanych agencjach. Chłopaki toczą na froncie wojnę z wrogiem, a na tyłach każdy ma trzy osobiste wojny.

Pierwszą wojnę toczysz z samą sobą – żeby pracować bez przerwy

Druga jest z rządem, ponieważ rząd czasami zapomina – to jego cecha – że jest dla ludzi. Więc ludzie muszą zmuszać rząd do robienia różnych rzeczy, by zdobyć to, czego potrzebują.

Ostatnio odnieśliśmy duże zwycięstwo: kilka fundacji zjednoczyło się i przeforsowało kwestię zapewnienia nieopodatkowanej pomocy wolontariuszy nie tylko tym, którzy mają legitymacje kombatanta, ale wszystkim żołnierzom, którzy walczą teraz w Ukrainie. Bo nie każdy ma legitymację kombatanta. Dziś, zapewniając apteczkę pierwszej pomocy osobie, która właśnie się zmobilizowała i jedzie na front, fundacja musi zapłacić podatek.

Trzecia wojna dotyczy wroga wewnętrznego. Wiadomo, kto jest kim na froncie, ale znacznie trudniej ustalić to na tyłach. Znamy wiele postaci, które w 2014 roku były na przykład burmistrzami i poddały swoje miasta, a teraz żyją sobie spokojnie i nawet wygrywają procesy [z państwem ukraińskim – red.] w niektórych europejskich sądach, otrzymując odszkodowania. Niektórzy przenieśli się już za granicę i tam cieszą się życiem.

Pewnego dnia to wszystko się skończy. Będziesz mogła pracować w radiu – i czasami śpiewać.

Czasami moja mama narzeka, dlaczego musimy to wszystko robić. A ja jej mówię, że dostaliśmy to życie w niebiańskim urzędzie i musimy być użyteczni na tej ziemi, albo... nie. Jeśli ludzie są obojętni i nie chcą nic robić – proszę bardzo, nie róbcie nic. Ale przynajmniej nie przeszkadzajcie. Mamy dla was taki znak: „Remont. Przepraszamy za niedogodności”.

„NaCzapkę” to miejsce siły

Mówiąc o wolontariuszach, nie możemy nie wspomnieć o waszym projekcie „NaCzapkę”, który łączy rock, jazz, zespoły klasyczne i działalność charytatywną. W jego ramach na scenie występowali najlepsi muzycy w kraju. Ile wydarzeń już się odbyło?

Od 2015 roku robimy ten projekt każdego lata, w każdy czwartek od maja do września. Po 24 lutego nigdy nie odwołaliśmy żadnego koncertu, nawet jeśli był ciężki ostrzał. Bo tu nie chodzi tylko o muzykę. „NaCzapkę” to miejsce mocy, w którym ludzie mogą się zobaczyć, porozmawiać, spotkać, zakochać, a nawet wziąć ślub (śmiech).

Czyj koncert przyniósł projektowi najwięcej pieniędzy?

Zespołu Żadan i Sobaki. Zebraliśmy około 400 tysięcy hrywien na implanty kości dla naszych rannych; to rekord. Wtedy nawet nie reklamowaliśmy Żadana. Powiedzieliśmy tylko, że pojawi się tajemniczy gość.

Z Serhijem Żadanem na estradzie

Żołnierze często przyjeżdżają na koncerty organizowane w ramach „NaCzapkę”. Co ich interesuje? Co cieszy?

Nie zawsze wiem, którzy z widzów są wojskowymi, bo przychodzą w cywilnych ubraniach. Ale na przykład ostatnio podczas koncertu podszedł do mnie mężczyzna i powiedział, że od dawna słucha Radia ROKS. Okazało się, że jest strażnikiem granicznym z Mariupola, zwolnionym z niewoli w lutym 2024 roku. Powiedział mi też z uśmiechem, że ma się dobrze i trochę przytył. Cóż mogłam na to odpowiedzieć? Więc po prostu staliśmy tam, przytulając się do siebie – i to wszystko. Jego żona dodała później, że chłopaki w Mariupolu słuchali Radia ROKS, zanim zostali wzięci do niewoli.

To było jak eksplozja w mojej głowie. Bo kiedy pracujesz, nawet nie zdajesz sobie sprawy, że ktoś może potrzebować twojej pracy

Potrzebujemy różnej ukraińskiej muzyki. Złej też

Od początku wojny pojawiło się wielu nowych, interesujących muzyków. Czy któryś z nich zwrócił Twoją uwagę?

Podoba mi się wszystko, ponieważ potrzebujemy ilości, aby przerodziła się w jakość. Potrzebujemy dużo różnej ukraińskiej muzyki – w tym złej, byśmy wiedzieli, czym jest dobra. Tylko najbardziej utalentowani i autentyczni przetrwają. Wiele projektów rodzi się nie tylko w muzyce pop i rock, ale także w muzyce klasycznej i jazzowej. Piana opadnie, wartościowe rzeczy pozostaną. Niedawno zapytano mnie, dlaczego ukraińska muzyka nie jest powszechnie grana za granicą. Wydaje mi się, że powinniśmy bardzo poważnie potraktować pomysł, by nauczyć się pisać muzykę przynajmniej dla siebie.

Jaką muzykę możesz nazwać swoją?

Przysyłają mi dużo muzyki i słucham wszystkiego. Dzięki kolegom, którzy wciąż podrzucają mi coś nowego, tylko podczas jednej audycji poznaję co najmniej 14 nowych utworów.

Ostatnio wciągnęła mnie nowa płyta „Zmęczenie” Żeni Galicza i O.Torvalda. To reinkarnacja Galicza jako muzyka, jako osoby. To, co pisał kiedyś, i to, co robi teraz, to zupełnie różne rzeczy. Interesuje mnie, jak zmieniają się muzycy, jak wpływa na nich sytuacja. Żenia poszedł na front, gdzie pracował z „dwusetnymi” [chodzi o żołnierzy poległych w walce – red.]. Ciekawie jest zobaczyć, jak udało mu się wyprzeć to wszystko w swojej duszy.

Im dłużej żyję, tym częściej wracam do muzyki, którą kocham od dawna. Mówiąc metaforycznie, mój stan emocjonalny jest taki, że chcę być cały czas w swoim starym towarzystwie, gdzie wszystko jest jasne. Dlatego często wracam do muzyki, którą kochałam, gdy miałam 20, a nawet 14 lat.

Dlatego czekam na przykład na nowy album Sade, którego ona nie może skończyć.

Wielu znanych muzyków i liderów opinii jest dziś na froncie. Niedawno poszedł na wojnę Serhij Żadan. Ci ludzie są bezcenni dla milionów innych, więc być może nie powinniśmy ich narażać?

Możesz zrobić milion dobrych i miłych rzeczy, ale jest coś, co nazywa się refleksją. Oni myślą: „Dziewczyny poszły na wojnę – a co ze mną?” To jest wewnętrzna historia człowieka, który musi sobie odpowiedzieć na pytania. Ludzie tej rangi muszą podejmować odpowiednie decyzje.

Ważne jest to, że idą na front jako ochotnicy, że nie są do tego zmuszani. I że to ich akt godności

W naszym życiu zawsze była wojna

Twój mąż jest na wojnie od 2014 roku. Przeszedł przez kocioł iłowajśki i został wzięty do niewoli. Poznaliście się dwa lata później. Nadal walczy. Jedyna różnica polega na tym, że teraz ktoś czeka na niego w domu. Jakie to uczucie dla kobiety – wciąż czekać? Do czego możesz się przyzwyczaić, a do czego nie?

Jest mi chyba łatwiej, bo poznaliśmy się, gdy Mychajło był już na wojnie. Po prostu nie znam żadnego innego Mychajły, znam tylko tego jednego. O wiele trudniej jest, gdy twój mąż, który miał normalną cywilną pracę, wychowywał dzieci i był całkiem spokojną osobą, nagle zostaje wyrwany z tego spokojnego życia. Takie doświadczenie jest trudne dla każdej kobiety, na przykład gdy odruchowo kładzie na stole dwa talerze. Albo przyłapuje się na myśleniu, że twój mąż wróci do domu z pracy i powiesi tę półkę lub wyniesie śmieci. A on nie przyjdzie, bo jest daleko.

I ta oś, na której opiera się rodzina, rozpada się, a ty musisz sama poradzić sobie ze wszystkim, musisz odbudować swoje życie i być dorosła

To trudne. W naszym życiu z mężem zawsze była wojna, a strach o niego był częścią mnie przez wiele lat.

Z mężem Mychajłą

Ile dni po 24 lutego spędził z Tobą na przepustce?

Jeśli zsumować wszystkie jego wizyty, najwyżej półtora miesiąca. Nie liczę dni, bo kiedy przyjeżdża, zaczynają się moje wakacje. A potem wyjeżdża.

Jak się poznaliście?

Zapoznała nas nasza wspólna znajoma Łarysa Pokalczuk, która kiedyś nakręciła film „Ochotnicy” o batalionie Donbas i Iłowajśku. To historie o wyrwaniu się z okrążenia, o niewoli i o tych, którzy tam zginęli. Ten film opowiada również historię Mychajły. Po którejś „Czapce” poszłam z przyjaciółmi do kawiarni, a Łarysa zaprosiła nas do swojego stolika, gdzie siedziała pstrokata grupa ludzi. Z entuzjazmem zakomunikowaliśmy, że właśnie zebraliśmy pieniądze na budowę strzelnicy. Wtedy jeden z mężczyzn przy stoliku powiedział, że z powodu takich wolontariuszy jak my ukraińska armia nigdy nie stanie się silna i piękna. Bo wolontariusze pomagają jej, zaspokajają wszystkie jej potrzeby, a państwo siedzi z założonymi rękami i nic nie robi. Ten człowiek miał na imię Mychajło. Od razu się pokłóciliśmy, chociaż do pewnego stopnia miał rację.

Jak się okazało, Misza słuchał Radia ROKS, zanim mnie poznał. A kiedy już się poznaliśmy, przestał – tak go wkurzyłam. I tyle. Bóg go za to ukarał, bo teraz „wkurzam go” 24/7 (śmiech).

Jaka to było, że mu się oświadczyłaś?

Wylądował w szpitalu. I wtedy zdałam sobie sprawę, że jeśli coś, nie daj Boże, się z nim stanie, będę nikim. Że jeśli nie pójdę do szpitala i nie będzie mnie przy nim, to nie będę w stanie rozwiązać żadnych problemów. Poprosiłam go więc o rękę. Pobraliśmy się w ciągu doby.

Zdjęcia z prywatnego archiwum

No items found.
Р Е К Л А М А
Dołącz do newslettera
Thank you! Your submission has been received!
Oops! Something went wrong while submitting the form.

Ukraińska dziennikarka, piosenkarka i kompozytorka (pierwotnie była muzyka, która do tej pory nigdzie nie zniknęła). Swoją pracę w dziennikarstwie rozpoczęła od artykułów w magazynie muzycznym „Galas”. Przez wiele lat pracowała jako felietonistka kulturalna gazety „KP w Ukrainie”, była również redaktorką naczelną magazynu „Atelier”. Przez ostatnie kilka lat była krytykiem muzycznym w Vesti.ua, a wraz z wybuchem wielkiej wojny odnalazła się jako dziennikarka w reportażu społecznym.

Zostań naszym Patronem

Nic nie przetrwa bez słów.
Wspierając Sestry jesteś siłą, która niesie nasz głos dalej.

Dołącz

Z Serhijem i Rusłanem spotykam się we Lwowie, w nowym centrum rehabilitacyjnym dla byłych jeńców wojennych i cywilów w niedawno otwartym przy centrum Unbroken, jedynym takim w Ukrainie. Centrum będzie świadczyć pacjentom pełną pomoc: leczenie stacjonarne i ambulatoryjne, wsparcie psychologiczne, arteterapię.

Pierwszymi jego podopiecznymi są żołnierze, którzy wrócili z niewoli. Po uzyskaniu pomocy specjalistów oficerowie w końcu zaczęli spać, koszmary z niewoli śnią im się coraz rzadziej, zniknęły ataki paniki w reakcji na hałas, w końcu odnaleźli w sobie siłę. Są gotowi opowiedzieć o niewoli, choć jeszcze niedawno bali się nawet o niej wspomnieć.

Nawet nosiliśmy im jedzenie

Serhij Taraniuk wstąpił do piechoty morskiej w wieku 16 lat. Gdy w 2014 r. okupanci przyszli na Krym, służył w jednostce wojskowej w Teodozji. To ta legendarna ostatnia brygada, która nie złamała przysięgi wierności Ukrainie, za co została ostrzelana i wzięta do niewoli przez rosyjskie siły morskie. Jednak potem Serhij był świadkiem, jak niektórzy z jego towarzyszy przeszli na stronę Rosji.

Serhij Taraniuk

– Była zima. Obudziliśmy się rano i zobaczyliśmy, że do naszej jednostki podjechały rosyjskie pojazdy opancerzone – opowiada Serhij Taraniuk. – Nie rozumieliśmy, co się dzieje, a przybywało ich z każdą chwilą. Nie mogliśmy już wrócić do domu, byliśmy wtedy w jednostce na służbie bojowej.

Rosjanie nic nie mówili. Znaliśmy tych żołnierzy, bo przez wiele lat uczestniczyliśmy z nimi we wspólnych ćwiczeniach w Sewastopolu. Razem wysiadaliśmy z okrętu desantowego, wspólnie się szkoliliśmy, dzieliliśmy się doświadczeniem. Jednak choć znaliśmy ich osobiście, nie wiedzieliśmy, po co przyjechali. Oni też początkowo nie wiedzieli. Mieli rozkaz stać w miejscu.

I stali – za ogrodzeniem, a my nawet przynosiliśmy im ciepłe posiłki, bo mieli tylko racje żywnościowe. Rozmawialiśmy z nimi, jak z przyjaciółmi. Kiedy ich dowództwo się o tym dowiedziało, zastąpiło ich innymi chłopakami

Kiedy wszystkie ukraińskie jednostki w Krymie zostały już przejęte przez rosyjskie wojsko (tak zwanych zielonych ludzików), dowództwo Siergieja podjęło decyzję, że nie zdradzi Ukrainy. Po pseudoreferendum, kiedy Krym ogłoszono częścią Rosji, rosyjskie wojsko nakazało ukraińskiej piechocie morskiej złożyć broń.

– Trzymaliśmy się do końca, nasza jednostka w Teodozji została zajęta jako ostatnia. Przyleciał dowódca rosyjskich sił morskich, ale nasz dowódca odmówił złożenia broni.

Zostaliśmy na noc w jednostce, by wrogowie nie przejęli naszego sztandaru. O piątej rano rozpoczął się szturm. Przyleciały helikoptery, a my byliśmy bez broni. Załadowali nas do kamazów i wywieźli do portu w Teodozji. Tam zaczęli nas przekonywać: „Zostańcie w Rosji, tak będzie lepiej”. Mówili, że Ukraina nas nie potrzebuje. Niektórzy mieli rodziny na Krymie, więc ponad połowa oddziału została. Wyjechało tylko 140 z 350 osób. Wszystkie ukraińskie bataliony, które opuściły Krym, zebrano w Mikołajowie, w 36. brygadzie. Potem rozpoczęła się operacja antyterrorystyczna [ATO – red.], wstąpiłem do akademii wojskowej, a następnie naszą brygadę piechoty morskiej przeniesiono pod Mariupol.

Obrona w Zakładzie Iljicza

I to właśnie pod Mariupolem, dokąd ściągnięto najlepsze jednostki bojowe Ukrainy, zimą 2022 r. Serhija i Rusłana zaskoczyła rosyjska inwazja. Obaj dostali się do niewoli, gdy Rosjanie otoczyli już miasto, podczas próby przedarcia się na terytorium kontrolowane przez Ukrainę.

– Rosjanie wkroczyli do Mariupola z Doniecka. Już 18 lutego rozpoczęły się intensywne ostrzały. 24 lutego była burza, grad, zniknęło światło. Deszcz padał przez dwa dni. W takich warunkach rozpoczęła się rosyjska ofensywa: spadały pociski, jechały czołgi, wszędzie było błoto. Zaczęliśmy się powoli wycofywać. Dowodziłem kompanią 60 ludzi, trzymaliśmy się, dopóki Rosjanie nie przełamali flanki. 28 lutego weszliśmy na teren Zakładu Iljicza [tak do niedawna nazywano część tamtejszego kombinatu metalurgicznego – red.].

Były dwie lokalizacje: Azowstal i Zakład Iljicza. W Zakładzie Iljicza zebrały się straż graniczna, gwardia narodowa, cała piechota morska i dużo innego wojska. Trzymaliśmy obronę Mariupola i czekaliśmy na posiłki. Ale wiedzieliśmy już, że Rosjanie przełamali obronę w Czonkarze [miejscowość nad Morzem Azowskim, na północ od Krymu – red.] i idą na nas.

Ruszyli dwiema falangami: w kierunku Mikołajowa – Chersonia oraz na Melitopol – Berdiańsk i do nas. Nikt jeszcze nie rozumiał, co się dzieje, nie sądziliśmy, że będzie aż tak ciężko. Kiedy otoczyli nas pierścieniem i odcięli dostawy broni i zaopatrzenia z Ukrainy, nasze szanse na obronę gwałtownie zmalały.

Przylatywały do nas helikoptery z Ukrainy, by zabrać rannych, dostarczyć lekarstwa i żywność. Wielu pilotów tych helikopterów zginęło, zostali zestrzeleni przez Rosjan, to w zasadzie były loty śmierci. U nas było wielu ciężko rannych w wyniku ostrzału artyleryjskiego, więc założyliśmy szpital. Rosjanie długo nie mogli zdobyć Azowstali i Zakładu Iljicza. Trzymaliśmy się tam aż do 12 kwietnia.

Planowaliśmy przebić się na terytorium Ukrainy. Wiedzieliśmy, że brygada poniesie straty, ale myśleliśmy, że się przebijemy. Jednak wkradł się chaos, dowódcy plutonów zaczęli zabierać swoich ludzi i przedzierać się samodzielnie. O tym, że niektórzy ludzie dotarli do swoich, a niektórzy zginęli podczas przedzierania się, dowiadywałem się już w niewoli, gdzie spotkałem znajomych, którzy zostali jeńcami już w 2024 roku.

Koszmar Ołeniwki

– Nie chcieliśmy się poddać. W naszej brygadzie służyli chłopcy, którzy już przeszli rosyjską niewolę w 2014 roku i opowiadali o okropnościach i torturach, które tam przeżyli.

Nigdy nie przygotowywałem się do niewoli i nie potrafiłem sobie wyobrazić, że coś takiego mi się przydarzy. Rozumiałem, że mogę zginąć, ale o niewoli nawet nie myślałem

Przedzierając się, jechałem z moimi ludźmi BTR-em [pojazd opancerzony produkcji radzieckiej – red.], za mną jechała nasza ciężarówka z personelem. W BTR-ze byli sami oficerowie. Zostaliśmy ostrzelani z granatników, wóz się przewrócił, ale wszyscy przeżyli. Straciłem przytomność. Kiedy doszedłem do siebie, próbowałem wyjść z pojazdu, ale Rosjanie zaczęli do nas strzelać. Potem ruszyli do ataku i wzięli nas do niewoli. Spędziłem w niej 29 miesięcy.

Rosjanie, którzy nas pojmali, byli zawodowymi żołnierzami, znającymi wojskowy porządek. Traktowali nas normalnie. Nikt nawet nie związał nam rąk, dali nam jeść. Potem przyjechały zwykłe autobusy i nas zabrali. I dopiero kiedy przywieziono nas do strefy w Ołeniwce, zaczęła się „prawdziwa niewola”. Delikatnie mówiąc, traktowali nas tam strasznie.

W tak zwanej prijomce, czyli punkcie przyjęć, kazali nam się rozebrać, obfotografowali nas, skatowali, a dopiero potem wysyłali do baraku

Barak był przeznaczony dla 200 osób, ale było nas tam 800. Nie było nic – ani jedzenia, ani lekarstw. Byliśmy bardzo głodni. Potem zaczęli nas karmić: śniadanie o drugiej w nocy, obiad o północy, a kolacja o czwartej rano.

Mówili, że nas torturują i okaleczają, żebyśmy nigdy więcej nie poszli na wojnę.

Nie wszyscy ludzie są odporni na stres, nie wszyscy to wytrzymali. Torturowali nas prądem, bili. Wymyślali też różne oryginalne rodzaje tortur. Mówili nam, że dzisiaj będzie eksperyment, bo mają dla nas nową torturę.

Byliśmy w Ołeniwce, kiedy Rosjanie wysadzili barak z ukraińskimi żołnierzami. Podłożyli ładunki wybuchowe, kazali przenieść tam ludzi, a w nocy wszystko wysadzili. Nasi jeńcy wojenni, którzy pracowali w stołówce, słyszeli, jak rozmawiali funkcjonariusze DRL [samozwańcza prorosyjska Doniecka Republika Ludowa – red.] rozmawiali ze sobą, że przygotowali barak daleko w strefie przemysłowej i specjalnie przenieśli tam żołnierzy Azowa. Wybrali charyzmatycznych i zdolnych do przewodzenia ludzi. Nasi przyjaciele, którzy potem wyciągali stamtąd rannych i zabitych towarzyszy, opowiadali, że po wybuchu dach i ściany zostały wręcz rozniesione przez odłamki. Wyraźnie było widać, że wybuch nastąpił od wewnątrz.

Nikt nie spieszył się z pomocą naszym chłopakom, kiedy wołali pomocy. Palili się żywcem. Dopiero po dwóch godzinach wysłano tam naszych medyków, też jeńców. Widziałem tych, którzy przeżyli. Poparzeni, cali we krwi.

Człowieczeństwo było karane

W niewoli panowała całkowita izolacja informacyjna. Przez pierwsze pół roku byliśmy pełni optymizmu, że wkrótce nas uwolnią. Ale mija rok, półtora roku, a ty myślisz już tylko o tym, jak sprawić, żeby życie w niewoli było choć trochę lepsze. Nikt z naszych bliskich nie wiedział nic o naszym losie, a my nie wiedzieliśmy nic o ich losie.

Ciągle przenoszono nas do innych cel. Co dwa miesiące zmieniano nam otoczenie, żebyśmy nie przyzwyczaili się do siebie i nie nawiązali przyjaźni. Albo przenoszono nas do innego aresztu śledczego lub więzienia. W ten sposób zaliczyłem dziesięć miejsc przetrzymywania na terenie Rosji. Ciągle zawiązywano nam oczy i widzieliśmy tylko ściany cel.

Strażnikom rosyjskich więzień nie wolno było z nami rozmawiać ani opowiadać o wydarzeniach w Ukrainie. A nam nie wolno było się do nich zwracać. Jeśli zdarzyło się, że któryś z Rosjan zwrócił się do nas w ludzki sposób, swoi natychmiast na niego naskakiwali. Przejawy człowieczeństwa były karane.

W Taganrogu była taka sytuacja: przyszedł młody strażnik, miał około 18 lat. Pracował jako strażnik, żeby nie wzięli go do armii.

Zaczął z nami rozmawiać: „Chłopaki, czego byście chcieli?” Powiedzieliśmy, że czegoś słodkiego. Na następną zmianę, dwa dni później, przyniósł nam małe czekoladki „Guliwer”. Inni strażnicy to zobaczyli i wieczorem go zwolnili

Byli strażnicy, którzy prosili innych, żeby nas nie bili, ale w odpowiedzi słyszeli, że jesteśmy nazistami. Tam mają bardzo silną propagandę. Po półtora roku wydali nam literaturę do czytania. To była komunistyczna propaganda sowiecka. Nie mogliśmy tego czytać, chociaż bardzo chcieliśmy poczytać cokolwiek.

W więzieniu Rosjanie prowadzali nas do tak zwanej bani. Nie, nie takiej do mycia, to była odmiana tortur. Tam się nie myłeś, tylko stałeś nagi, a oni przepuszczali prąd przez twoje mokre ciało.

Kto miał słabe serce, nie wytrzymywał. Katowali ludzi na śmierć. W tej „bani” zapytali mnie: „Kim jest Stalin?”. Odpowiedziałem, że prezydentem ZSRR. Zaczęli się śmiać i mnie bić, mówiąc, żebym następnym razem, gdy tu trafię, już wiedział, kim był Stalin. Dobrze, że w celi siedzieli ze mną ludzie po sześćdziesiątce, którzy opowiedzieli mi szczegółowo o Stalinie. Żeby mnie więcej nie bito.

Pewnego razu rosyjski żołnierz sił specjalnych zobaczył mój tatuaż ze Spartaninem i zaczął razić mnie paralizatorem. Do dziś mam blizny po oparzeniach.

Raził mnie prądem, aż mi ręka zdrętwiała. Zapytał: „Wiesz, dlaczego? Bo masz bardzo ładny tatuaż, chciałem ci go zniszczyć”

Później odbył się proces Serhija. Skazano go na 29 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

– W dniu kiedy mnie eskortowano podszedł do mnie konwojent z DRL i powiedział: „Wkrótce wrócisz do domu, nie martw się”. Był normalny, nigdy nas nie torturował, dawał zapalić papierosa.

I tak też się stało – już wieczorem wysłano mnie do Ukrainy w ramach wymiany.

Cud przyjaźni

27-letni Rusłan Zorianycz z Czernihowa był dowódcą plutonu w kompanii Serhija. Zaprzyjaźnili się. Razem trafili do niewoli, razem ją przetrwali i zostali zwolnieni tego samego dnia. Rusłan uważa to za cud przyjaźni:

– Razem trafiliśmy do niewoli. W Ołeniwce odbywała się selekcja, a potem razem z Siergiejem przewożono nas do różnych więzień – wspomina. – A kiedy nas jeszcze razem wymieniono, to już był szczyt szczęścia. Na wymianę przewożono nas w wagonach, gdzie były przedziały z kratami. Kiedy podczas wywoływania usłyszałem jego nazwisko w sąsiednim przedziale, nie mogłem uwierzyć. Wtedy jeszcze nie rozumieliśmy, dokąd nas wiozą. Rosjanie zawsze mówili, że wiozą nas na wymianę, a zamiast tego przewozili do kolejnego aresztu śledczego w Rosji.

Rusłan Zorianycz

Rusłan spędził dwa lata w areszcie śledczym w Kursku. Potem trafiał do różnych więzień w Rosji: Ołeniwka, Taganrog, Nowozybkow w obwodzie briańskim, Borisoglebsk w obwodzie nowogrodzkim i inne.

– Dwa lata spędziłem w całkowitej izolacji. Tam wszyscy chodzą w kominiarkach, a ty 16 godzin na dobę musisz stać na nogach. Kaci potem tłumaczyli, że to po to, żeby nie zanikły nam mięśnie. Nie załamać się pomagała mi wiara, że czekają na mnie w domu. Podtrzymywały mnie wspomnienia z dzieciństwa, marzenia o przyszłości.

Kiedy jesteś tam już dwa lata i nie wiesz, co dzieje się w domu, czy twoi bliscy żyją, trudno marzyć, ale mimo wszystko fantazjujesz: że będziesz budował dom, sadził drzewa, otworzysz firmę. Pomagało też otoczenie. Jesteś wśród swoich, podobnie myślących ludzi i ciągle rozmawiasz z nimi o życiu.

Gdziekolwiek byłem, wszędzie miałem przyjaciół. Bo jeśli w celi panuje napięcie, przeżycie tortur jest jeszcze trudniejsze.

– Pewnego razu prowadzono nas na elektrowstrząsy i strasznie się bałem. A mój towarzysz z celi mówi do mnie: „Ja pójdę pierwszy, bo się nie boję. Oberwę zamiast ciebie!”

– To znaczy, że ktoś się poświęca, żeby cię chronić. Teraz koresponduję z nim, on nadal jest w niewoli. Czeka na wymianę. Tacy ludzie pokazują, czym jest prawdziwa przyjaźń.

Rozgryzłem siebie, przestałem się bać

– Na początku po wymianie przeraża tłum – przyznaje Siergiej. – Przez dwa i pół roku prawie z nikim nie rozmawiałeś, a tu tylu ludzi. Na początku nawet pójście do sklepu było trudne. Kiedy siedzisz w więzieniu, myślisz, że gdy wrócisz, to pójdziesz do sklepu i kupisz sobie wszystko, co tylko zechcesz. Ale w rzeczywistości jest inaczej. Boisz się tych tłumów w sklepach, na ulicach.

Trudno było przyzwyczaić się do normalnego życia, zrozumieć wszystko, co działo się w kraju przez cały ten czas. Nie możesz spać, w ogóle nie masz na to ochoty. Jeśli zasypiasz, cały czas śni ci się niewola.

Chcesz wszystko sfotografować. Chcesz fotografować jedzenie. Chcesz fotografować normalne życie

Chcesz chłonąć jak gąbka wszystko, co przegapiłeś: wąchać powietrze, patrzeć na drzewa, rozmawiać z bliskimi. W niewoli miałem możliwość napisania tylko dwóch listów. Odpowiedź otrzymałem półtora roku później. Dowiedziałem się, że bliscy wiedzą, że jestem w niewoli. Drugi list dotarł do nich dopiero wtedy, gdy mnie wymieniono.

Przez pierwszy miesiąc po wymianie w ogóle nie spałem. Byłem na lekach. 11 miesięcy po wymianie niewola „nadrabia zaległości”. Reakcja na syreny i głośne dźwięki jest paniczna. Niedaleko od nas trwa remont, czasami coś spadnie – a ty myślisz, że to nalot. I w jednej chwili masz atak paniki.

– Leczyliśmy się w Kijowie i w Mikołajowie, ale takiego szpitala, jak ten we Lwowie, jeszcze nie widziałem – mówi Siergiej. – Wspaniałe warunki, wspaniali specjaliści. Wcześniej gdyby mi powiedziano: „Idź do psychologa”, obraziłbym się, że jestem jakiś nie taki. Teraz moje podejście się zmieniło. Bardzo miło mi rozmawiać z psychoterapeutą i psychologiem, bo oni naprawdę bardzo pomagają. Czuję, że jest mi znacznie lepiej. Rozgryzłem siebie, przestałem bać się głośnych dźwięków.

– Mnie też bardzo podoba się we Lwowie – dodaje Rusłan. – Zwłaszcza dlatego, że tutaj wszyscy rozumieją, że trwa wojna. Minuta ciszy o 9 rano, kiedy całe miasto zatrzymuje się i wspomina poległych braci, robi ogromne wrażenie. Wśród nich są nasi przyjaciele, którzy już nigdy nie wrócą z rosyjskiej niewoli.

Zdjęcia: Adriana Dowga

20
хв

„Torturujemy was, byście nigdy nie mogli wrócić na front”. Wspomnienia z rosyjskiej niewoli

Jaryna Matwijiw

Jędrzej Dudkiewicz: – Jakie były początki Kobiet Wędrownych?

Khedi Alieva: – Jestem uchodźczynią polityczną. Gdybym nie została zmuszona, nigdy nie opuściłabym swojego kraju, Czeczenii, żyłabym tam w spokoju. Są momenty, że myślę: „Po co była ta cała walka o to, żeby żyć na emigracji? A może lepiej byłoby umrzeć, zostać zapomnianą, co jest losem wielu ludzi na świecie?”

Przyjechałam jednak do Polski i jestem szczęśliwa, że tu mieszkam – mimo że dla uchodźców nie ma tu raju, wielu z nich popada chociażby w bezdomność. Oczywiście rozumiem, że mieszkań jest mało, że młodzi ludzie mają problemy z wynajmem, że w wielu krajach na Zachodzie uchodźcy mają większe szanse na mieszkania. Przybywając do Polski miałam nadzieję, że otrzymam ochronę, ale tak się nie stało. Przy czym ochronę rozumiem jako na przykład wsparcie w zrozumieniu, jakie jest prawo w Polsce. Przyjechałam z innego kraju, gdzie jest inna religia, inna kultura, inna mentalność, w których zostałam wychowana.

Dopiero tutaj po czasie zrozumiałam, że kobiet nie wolno bić. Pochodząc z bardzo patriarchalnego miejsca myślałam, że to norma

Już wtedy, w 2014 roku, gdy rozmawiałam z dziennikarzem „Dziennika Bałtyckiego”, wskazywałam, że warto ludziom przybywającym do Polski od razu tłumaczyć różne rzeczy związane z demokracją, innymi wartościami, by pozostawili różne swoje przekonania na granicy. Ochronę rozumiem też jako legalną pracę, nawet w sklepie czy przy sprzątaniu. Dużo się mówi o tym, że trzeba się uczyć polskiego, ale najważniejsza jest właśnie praca. Działam z wieloma uchodźczyniami i wiele z nich naprawdę nie rozumie, że legalna praca to zabezpieczenie zdrowotne czy możliwość uzyskania na pewien czas wsparcia finansowego w razie zwolnienia. Niedawno przyjęłam do pracy pewną kobietę i gdy jej powiedziałam, że lipiec to miesiąc wakacyjny, więc może być mniej obowiązków, ale i tak dostanie normalne pieniądze – to nie mogła uwierzyć.

„Ludziom przybywającym do Polski warto od razu tłumaczyć różne rzeczy związane z demokracją, innymi wartościami”

Widziałam wiele kobiet z Czeczenii i Ukrainy, które nielegalnie sprzątały, sama jednak chciałam zacząć życie na nowo, z czystą kartą, w pełni legalnie. Początkowo chodziło więc właśnie o to, w tym także o wsparcie psychologiczne dla mnie i mojej rodziny. To w ogóle bardzo ważny temat. Uważam, że powinny być środki na to, by wszystkim osobom przybywającym do Polski zapewnić taką pomoc. Dodatkowo można by wtedy opowiedzieć o tym, jak wygląda tutaj sytuacja, jakie są prawa, jakie możliwości. To istotne także z punktu widzenia poczucia bezpieczeństwa. W którymś momencie, kiedy stałam już pewnie na nogach, zapytałam znajomego, co mogłabym robić w kierunku tego wszystkiego. Powiedział: „Zostań mostem. Tłumacz różnice kulturowe, opowiadaj o islamie”. A raczej o pewnym odłamie islamu i społeczeństwa czeczeńskiego, bo wewnątrz tej religii różnice są spore. Tak się to wszystko zaczęło.

Czyli Kobiety Wędrowne zaczęły wspierać ludzi przyjeżdżających do Polski z najróżniejszych państw?

Tak, z takim założeniem, że nawet jeżeli z dziesięciu na nogi stanie tylko jedna, to i tak to będzie sukces. Sama otrzymałam mnóstwo pomocy od Polek i Polaków, więc nie chcę tego zmarnować. Chcę coś dać od siebie – zwłaszcza kobietom, które przyjeżdżają z miejsc, w których ich prawa są znacznie mniejsze. Dlatego duża część tego, co robię, to tłumaczenie, że w Polsce naprawdę jest demokracja i sytuacja kobiet jest tu o wiele lepsza.

Czym się zajmują Kobiety Wędrowne?

Od samego początku, odkąd piszemy projekty i staramy się realizować nasze pomysły, zależało nam na tym, by ich uczestniczki dostawały wynagrodzenie. Ostatnio uchodźczyni z Kirgizji powiedziała mi, że dopiero dzięki temu zrozumiała, czym jest równe traktowanie.

Sądzę, że języka najłatwiej się uczyć w praktyce – sama zresztą poznawałam polski nie na kursie, tylko jak najwięcej czytając, nawet ogłoszenia na ulicy. Korzystamy z kompetencji, które mają kobiety, i angażujemy je w działanie. To różne rzeczy.

Nakręciłyśmy na przykład film, w którym przybliżamy historie kobiet – pełne przemocy, handlu ludźmi – by pokazać np. straży granicznej, czemu one uciekają z różnych miejsc

We wszystkim, co robimy, towarzyszą nam polskie kobiety, co pozwala na budowanie relacji i prawdziwą integrację, pokazanie, że osoby przyjeżdżające z innych krajów nie są zagrożeniem. I nie chodzi o to, by wyrzekały się swojej kultury; sama nie chcę zmieniać tego, że jestem Czeczenką. Jednak kiedy widzimy, jak wiele nas łączy, łatwiej o porozumienie.

Innymi słowy, ważna jest integracja, ale też dawanie kobietom przyjeżdżającym do Polski z zagranicy podmiotowości, sprawczości i możliwości rozwijania swych kompetencji.

„Mamy restaurację, do której przychodzi wiele osób z Polski. Wiele z nich jest już regularnymi, stałymi klientami, często to osoby starsze. Inni zamawiają u nas catering”

Myślę, że to bardzo ważne. O ile wsparcie, na przykład żywnościowe, jest istotne, to jednak nie może ono trwać zbyt długo. Znacznie większą pomocą jest danie legalnej pracy. Dzięki temu osoby z innych krajów nie tylko zarabiają pieniądze i płacą podatki, ale zyskują też większą kontrolę nad swoim życiem, większą wolność. W ten sposób próbuję przekazać innym kobietom coś z mojego doświadczenia.

Moje wartości zmieniły się, kiedy zabili mojego męża, na własne oczy zobaczyłam wojnę i zostałam bez domu

Otrzymałam pomoc, ale zależało mi na zyskaniu sprawczości, na robieniu czegoś samodzielnie i decydowaniu o samej sobie. Zrozumiałam też, że to daje spokój, możliwość wyspania się, wypicia bez pośpiechu kawy, bezpiecznego wyjścia na ulicę. To jest coś, o co cały czas walczę, choć to nie zawsze jest łatwe.

Co ma Pani na myśli?

Nie jest tak, że wiem wszystko. Wciąż mam w głowie sporo stereotypów, chociażby związanych z przedstawicielami innych odłamów islamu. Bywa, że się ich boję, dlatego dużo czytam o różnych rzeczach, a przede wszystkim poznaję takie osoby. Wtedy lęk się zmniejsza, chociaż nie chciałabym podróżować do Syrii czy Afganistanu. Niemniej wspieram rodzinę, która przyjechała do Polski z Afganistanu, mam też kolegę z tego kraju, z którym dzielę się doświadczeniem, bo chce otworzyć biznes w Polsce. Wiem, jak to jest walczyć o bycie wolną, i chcę, żeby inni też mieli taką możliwość.

Wspomniała Pani, że w projektach biorą udział też Polki i w ten sposób integracja się udaje. Macie na to jakiś własny sposób?

Mamy restaurację, do której przychodzi wiele osób z Polski. Wiele z nich jest już regularnymi, stałymi klientami, często to osoby starsze. Inni zamawiają u nas catering. Nasze jedzenie zawsze jest najwyższej jakości i świeże, nie ma możliwości, by wykorzystać w cateringu cokolwiek wczorajszego. Wydaje mi się, że nasz sukces polega także na tym: wygrywamy jakością. Dodatkowo współpracujemy z polskim gospodarstwem, z którego mamy świetne produkty. Wszystko to na pewno pomaga w integracji, przełamywaniu stereotypów. Daje także dużo możliwości osobom przyjeżdżającym do Polski z innych krajów. Mamy sporą rotację pracownic i pracowników, bo po jakimś czasie idą do lepiej płatnej pracy. Znam ludzi, którzy zaczynali w naszym lokalu, a dziś zarabiają więcej ode mnie. I bardzo mnie to cieszy.

Z czego wynika to, że przychodzi do was wiele osób starszych?

Niedaleko nas jest przychodnia, więc pewnie zaglądają do nas przed lub po wizytach w niej. Często mówią, że w innych restauracjach coś im nie do końca pasowało, a u nas czują się dobrze. Nie bierzemy też pieniędzy za kawę czy herbatę. Zwykle ludzie są zdziwieni, starsze osoby chcą płacić. Wtedy mówię, że to jest moja forma wdzięczności za wszystko to, co dobrego spotkało mnie w Polsce. Mówiono mi, że możemy przez to zbankrutować, ale nic takiego się nie wydarzyło. Ba, udało się odnieść sukces, więc staramy się też wspierać inne organizacje pozarządowe. Dość regularnie dostaję w podziękowaniach kwiaty lub czekoladki, ale to niepotrzebne, wystarczy zwykłe „dziękuję”. Mam naprawdę przyjemną pracę, którą lubię. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć szczęśliwą uchodźczynię, to z pewnością mogę to być ja.

„Przyjechałam jednak do Polski i jestem szczęśliwa, że tu mieszkam – mimo że dla uchodźców nie ma tu raju”

Mimo wszystko atmosfera w Polsce w ostatnim czasie jest straszna. Nie budzi to Pani zaniepokojenia?

Mogę robić to, co robię, niewiele więcej. Uważam, że należy pomagać, zwłaszcza kobietom i dzieciom uciekającym z Ukrainy. Bardzo blisko siebie mamy przecież wojnę. Jednocześnie rozumiem, że trzeba sprawdzać, kto wjeżdża do Polski, jakaś weryfikacja musi być zachowana, bo to kwestia bezpieczeństwa. Dobrym pomysłem byłoby zaangażowanie na granicach osób z różnych krajów, by wspierały pograniczników w rozmowach z tymi, do których najbliżej im kulturowo czy językowo. Może to też pomogłoby nieco obniżyć napięcia, a równocześnie uchodźcy i migranci od razu dostawaliby o wiele więcej lepszych informacji o sytuacji i możliwościach w Polsce.

I nie daj Boże, żeby wojna dotarła do Polski. Jeśli jednak tak się stanie, jestem gotowa stanąć do walki o ten kraj

Zdjęcia: prywatne archiwum bohaterki

20
хв

Kobieta, która stała się mostem

Jędrzej Dudkiewicz

Możesz być zainteresowany...

Ексклюзив
20
хв

Niebo nie pyta o płeć

Ексклюзив
20
хв

Choćby ziemia miała wchłonąć moją krew

Ексклюзив
20
хв

Czarownice z Buczy. Jak „Walkiria” i „Kalipso” polują na drony

Skontaktuj się z redakcją

Jesteśmy tutaj, aby słuchać i współpracować z naszą społecznością. Napisz do nas jeśli masz jakieś pytania, sugestie lub ciekawe pomysły na artykuły.

Napisz do nas
Article in progress